KiF na wakacje

Zobacz co znajdziesz w nowym numerze.

Piotr Szymiec - Kulturystyka to trudny sport

(2008-08-01) anka
Piotr Szymiec, organizator zawodów StrongMan: "Kulturystyka to trudny sport". Rozmowa z Piotrem Szymcem, kulturystą, strongmanem i wiceprezesem Federacji Strongman w Polsce.











Co w sporcie cenisz najbardziej?
- Sport wykształcił we mnie siłę charakteru i upór w dążeniu do celu, co później potrafiłem przenieść na inne dziedziny życia, chociażby takie, jak własny biznes. W sporcie trzeba się zmagać z konkurentami, a w życiu z różnymi przeciwnościami. Sportowcy rozumieją, co mam na myśli. A gdyby rozpatrywać sport w kategoriach cech motorycznych, to największą wagę przywiązuję do szybkości. Jest to cecha, która najlepiej wspiera osiągnięcie celu. Nawet jak człowiek jest niezbyt silny i ma słabiej opanowaną technikę, to wiele może nadrobić szybkością.

Wiesz to z obserwacji, czy z własnego doświadczenia?
- Przede wszystkim z własnego doświadczenia. Już w szkole podstawowej uprawiałem biegi krótkie, na 60 metrów miałem wynik 6,5 s., co przez długi czas było niepobitym rekordem szkoły. A szybkość w sprintach przenosiła się na szybkość w grach i zabawach.

Ale jednak lekkoatletą nie zostałeś. Dlaczego?
- W szkole zawsze robi się to, co uzna za najważniejsze nauczyciel wuefu. Do mojej szkoły trafił specjalista od piłki ręcznej, który w krótkim czasie „zaraził” uczniów tą dyscypliną. Nie byłem wyjątkiem. Wprawdzie techniki nie opanowałem w stopniu doskonałym, ale po jakimś czasie zostałem powołany do kadry narodowej. Najpierw do kadry młodzików, a potem juniorów.

Takie wyróżnienie świadczy o tym, że jednak musiałeś być wcale nie najgorszym technikiem.
- Może nie najgorszym, ale najlepszym również nie. A ponieważ byłem szybki, więc doskonale dawałem sobie radę do tego stopnia, że na meczach strzelałem więcej bramek niż reszta zespołu.

Przecież w takiej sytuacji miałeś otwartą drogę do wpisania się na listę kadry seniorów!
- Niewykluczone, że w końcu tak by się stało, ale na „przeszkodzie” stanęła... kulturystyka.

To dość charakterystyczna okoliczność, bo z niejednego wywiadu, zamieszczonego w „KiF”, wynika, że zawodnicy robiący postępy w różnych dyscyplinach sportu nagle rzucają wszystko i wybierają kulturystykę. Czy to dobrze, czy źle?
- Na pewno dobrze, bo taki wybór świadczy o tym, że młodzi ludzie podchodzą do sportu bezinteresownie. Każdy wie, że kasę zbija się na piłce nożnej, a tu znajdują się tacy, którzy akurat wybierają kulturystykę, na której więcej się traci niż zarabia, ale za to lepiej się wygląda, co świadczy o wyrobionych już kryteriach estetycznych.




Rok 1997, Piotrek z żoną Hanną.

A jak to było w Twoim wypadku?
- Gdy miałem 16 lat, ojciec przywiózł z Republiki Federalnej Niemiec sprzęt kulturystyczny firmy „Kettler”. Od razu z młodszym o rok bratem zabrałem się do ćwiczeń, bo taki sprzęt to był wielki szpan w połowie lat 80. Salę do ćwiczeń siłowych miałem w mieszkaniu, nie trzeba było nigdzie chodzić, a liczba kolegów gwałtownie wzrosła, bo każdy chciał ćwiczyć na „Kettlerze”.

I jak wtedy ćwiczyliście?
- Nie było żadnej literatury fachowej jak teraz, więc ćwiczyło się na wyczucie. Głównie robiliśmy serie na mięśnie klatki piersiowej, bo potężna klata stanowiła świadectwo kulturysty dużej klasy.

A co z piłką ręczną?
- Nadal grałem. Kilka razy byłem nawet królem strzelców. A ponieważ w trakcie treningu siłowego nabierałem masy mięśniowej – do swojej szybkości dołączyłem coraz większą siłę.

I jaki był finalny rezultat ożenku kulturystyki z piłką ręczną?
- Skończyłem studia na gdańskim AWF ze specjalizacją trenera II klasy w piłce ręcznej, a przy okazji byłem już niezłym kulturystą.

Przypomnijmy Twój pierwszy start na zawodach kulturystycznych.
- Było to w Sosnowcu w roku 1993. Pamiętam, że startował wtedy Paweł Brzózka, również świeżo upieczony kulturysta, jeszcze w kategorii bodajże do 80 kg. Ja ważyłem nieco powyżej 90 kg, zostałem więc sklasyfikowany w kategorii plus 90 kg. Zająłem IX miejsce na 16 zawodników, co uznałem za niezły debiut, tym bardziej, że w pokonanym polu zostawiłem kilku niezłej klasy kulturystów. Potem wystartowałem w konkursie par razem ze swoją żoną, też kulturystką i zajęliśmy czwarte miejsce na sześć „możliwych”.

Czy sport, piłkę ręczną i kulturystykę, uprawiałeś z myślą, aby wyładować energię, mieć przyjemność z sukcesów, czy raczej chciałeś w ten sposób wyróżnić się w grupie kolegów?
- Przede wszystkim zawsze byłem bardzo ambitny, dążyłem do tego, aby być najlepszym. Treningów nigdy nie odpuszczałem, nawet wtedy, gdy byłem chory. Po dwóch latach zostałem kapitanem drużyny, więc „z urzędu” miałem prawo drzeć buźkę na kolegów, jak tylko coś schrzanili. Miałem świadomość, że ja trenuję więcej niż oni i dlatego nie są tak dobrzy, jak być powinni, więc ich poganiałem „do roboty”. Wiele razy było tak, że ja strzeliłem 18–20 bramek, a oni 6–8.



A co wyniosłeś z kulturystyki? Poza muskulaturą, oczywiście!
- Wyniosłem przekonanie, że jest to niezwykle trudny sport, z czego tylko niewielu zdaje sobie sprawę. Przecież kulturystyka to nie tylko samo „pakowanie”, ale również cała otaczająca trening „infrastruktura”. A więc trudna do przełknięcia dieta, higieniczny tryb życia, regularność w przyjmowaniu posiłków, rezygnacja ze spontanicznego życia towarzyskiego, styl mnicha lub pustelnika na co dzień i wiele innych ograniczeń. Tak naprawdę w grę wchodzą same męczarnie i ograniczenia. Mam tu na myśli tych wszystkich, którzy traktują kulturystykę profesjonalnie i chcą się wybić, a nie tych, którzy uprawiają ten sport dla przyjemności. Człowiek bez silnego charakteru nie ma tu czego szukać.

Ale z drugiej strony jest tu szansa na wyrobienie sobie charakteru. Chyba masz na swoim koncie takie próby, uwieńczone sukcesem?
- Owszem, przez kilka lat brałem udział w zawodach kulturystycznych i musiałem spełnić wiele warunków, aby sprostać wymaganiom. Najbardziej pamiętam „szlifowanie charakteru” na diecie. To była okropna męczarnia. Zarządziłem sobie dietę na 22 tygodnie. Ryż, piersi kurczaka, warzywa, żadnego tłuszczu, żadnego cukru. W pewnym momencie mój organizm zbuntował się. Miałem wrażenie, jakby wszystkie narządy zakleszczyły się i przestały normalnie funkcjonować. Straszne uczucie! Zacząłem na siłę faszerować się cukrem i dopiero wtedy organizm ruszył prawidłowo. Nie sądzę, żebym miał ochotę na powtórny udział w nowym „programie dietetycznym”. Uważam, że o ile sama kulturystyka jest najzdrowszym ze sportów, to kulturystyczna dieta dla profesjonalistów nie ma nic wspólnego ze zdrowiem.

Jednak w dobrym zdrowiu brałeś udział w różnych zawodach i zdobywałeś tam całkiem przyzwoite miejsca.
- Jako pasjonat kulturystyki nie mogłem tak nagle zrezygnować z treningów i ze startów. Na ogólnopolskich zawodach w Słupsku byłem raz drugi, kiedy indziej trzeci. W 1997 roku w Elblągu wygrałem kategorię plus 90 kg., co zostało nawet docenione przez Wasze czasopismo, bo zamieściliście moje zdjęcie na okładce. W kategorii open wygrał wtedy Mirek Daszkiewicz, mnie przypadło IV miejsce za Romanem Gałęzowskim, z którym miałem jednakową liczbę punktów.

A kiedy miałeś największą satysfakcję z zawodów?
- W 2001 roku na Mistrzostwach Polski w Białymstoku. W mocnej obsadzie, z Darkiem Karpińskim i Andrzejem Maszewskim na czele, zająłem V miejsce, a wyglądałem najlepiej w swojej karierze.

No właśnie! I nagle u szczytu formy zmieniłeś dyscyplinę, przechodząc do strongmanów. Dużo masz z tego satysfakcji?
- Bardzo dużo. Nie należę do najsilniejszych, ale znalazłem się blisko czołówki. Poza tym w środowisku strongmanów jest przyjemniejsza atmosfera, co niekoniecznie musiało towarzyszyć kulturystyce.


Czy jednak łatwo Ci było przestawić się na konkurencje Strong Man?
- Bardzo trudno, bo jako kulturysta nie robiłem dotychczas martwego ciągu, a od tamtej pory musiałem koniecznie uwzględnić go w treningach. Siła grzbietu w konkurencjach Strong Man bardzo się liczy.

Które zawody miały dla Ciebie największe znaczenie?
- Turniej międzynarodowy, zorganizowany w roku 2002 w kanadyjskim mieście Winnipeg. Walczyło ze sobą 6 zespołów, z których każdy składał się z 6 zawodników. Znalazłem się w reprezentacji Europy, a inne grupy to: Wielka Brytania, Kraje Nadbałtyckie, USA, Kanada i Skandynawowie. Do punktacji ogólnej zaliczały się też punkty zdobyte indywidualnie. Byłem dziesiąty na 36 zawodników. Zwyciężył ówczesny Mr. Universe, Eddy Ellwood. Doskonale się czułem, bo akurat w konkurencji „zegar” pokonałem samego mistrza i nawet wyszedłem na prowadzenie. Konkurenci klepali mnie po ramieniu, wołali „good job”, panowała atmosfera dużej rywalizacji, jednak połączonej z psychologicznym wspieraniem się wzajemnym wśród zawodników. Walka w takiej atmosferze bardzo mi odpowiada.

Ale w przeciwieństwie do kulturystyki, trzeba tu dźwigać ogromne ciężary.
- No tak... i to jest ta druga strona medalu. Nabawiłem się kilku poważnych kontuzji, które ograniczały mój udział w zawodach Strong Man.

Których przeciwników ceniłeś i nadal cenisz najbardziej?
- Najfajniejszy jest Svend Karlsen, który do tego stopnia zaprzyjaźnił się z Polską, że przy każdej wizycie ogłasza, iż nazywa się od teraz Svend Karlsenowski i jest Polakiem, tylko czasowo „wrobionym” w Norwegię. Równie sympatycznym zawodnikiem jest Rajmonds Bergmanis z Łotwy i Rene Minkwiz z Danii. Tak samo Eddy Ellwood z Anglii i cała reszta. Oni wszyscy nastawieni są bardzo przyjaźnie względem siebie, a pojedynki z nimi upływają w naprawdę miłej atmosferze.

Klopot w tym, że sylwetka zrobiła Ci się... niezbyt kulturystyczna.
- To prawda. Nie trzymam już diety i ważę teraz 137 kg. Jako strongman muszę ważyć więcej niż kulturysta, bo tu nie chodzi o proporcje, ale o siłę.





Czy teraz dużo czasu poświęcasz na treningi?
- Nie, ponieważ doszły nowe obowiązki. Jestem wiceprezesem Federacji Strong Man i teraz już częściej coś organizuję niż startuję. Dotychczas byłem już współorganizatorem 12 turniejów w ramach Pucharu Polski i 2 turniejów międzynarodowych. W tej sytuacji mogę sobie pozwolić tylko na dwa treningi w tygodniu, ale odkryłem, że w moim wypadku mniejsza częstotliwość dobrze mi robi i w tym roku osiągnąłem szczyt formy.

Fama niesie, że również na terenie Gdyni, gdzie mieszkasz, udzielasz się społecznie jako działacz sportowy, a nawet jako sponsor...
- Tak, od jakiegoś czasu jestem współorganizatorem zawodów międzyszkolnych w trójboju siłowym oraz zawodów Strong Man dla szkół ponadgimnazjalnych, a przy okazji funduję nagrody dla zawodników, którzy znajdą się w pierwszej dziesiątce. Dzieciaki mają frajdę! W planach mam organizowanie turniejów piłkarskich dla księży, dziennikarzy, aktorów i strongmanów, z czego dochód zostałby przeznaczony na niedoinwestowane szpitale.

A z jaką radą wyszedłbyś na zakończenie do Czytelników „Kulturystyki i Fitness”?
- Sprawa podstawowa: niech nikt nigdy nie zapomina o rozgrzewce przed treningiem. Niby każdy wie, że trzeba to robić, ale prawie każdemu szkoda czasu, żeby przeznaczyć tych 15–20 minut na rozruszanie gnatów i w rezultacie wszyscy są podatni na kontuzje. Z własnego doświadczenia wiem, że rozgrzewka na długo chroni przed kontuzją i dlatego warto o niej zawsze pamiętać.

Dziękuję za rozmowę.
Paweł Bielak

Artykuł ukazał się w "Kulturystyce i Fitness" Nr 10/2004. © Copyright by Wydawnictwo KiF.
Artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aby dodać komentarz, musisz się zalogować.