Wiadomo, że mistrzem świata był Pan pięć razy, ale niewielu zapewne pamięta, ile razy zdobywał Pan mistrzostwo Polski...Niestety, dzisiaj już i ja nie pamiętam. Mogę tylko powiedzieć, że gdy po raz pierwszy zostałem mistrzem świata, a było to w Wiedniu w 1961 roku, nie miałem jeszcze na koncie tytułu mistrza Polski. Jakoś tak się złożyło, że tytuł ten zdobyłem dopiero w rok później.
Które medale mają dla Pana największe znaczenie?Wszystkie były rezultatem ciężkiej, wieloletniej pracy, więc darzę je równym sentymentem, ale, jak każdy zawodnik, bardzo cenię sobie te dwa złote olimpijskie. Jeden zdobyty w roku 1964 w Tokio i drugi w roku 1968 w Meksyku.
Trudno byłoby nie wspomnieć o czwartym miejscu na kolejnej olimpiadzie, w Monachium, na której zakończył Pan swój wyczynowy żywot. Jaki był Pański rekord życiowy w trójboju w wadze lekkiej?Miałem 450 kg. A najlepsze wyniki w poszczególnych bojach: wyciskanie - 145, rwanie - 137,5, podrzut - 175 kg.
Jakie predyspozycje fizyczne trzeba mieć, aby dojść do takich wyników?Nie da się ukryć, że trzeba mieć pewną siłę wrodzoną, która stanowi bazę wyjściową do treningów. Oczywiście, siłę można sobie wyrobić, ale jednak tylko do pewnych granic. Przyszły mistrz w podnoszeniu ciężarów musi mieć też zdrowy i mocny kościec, a także wytrzymałe stawy. Stawy pierwsze reagują przemęczeniem na duże przeciążenia.
Ale chyba konstrukcja psychiczna również ma istotną wartość?Jak najbardziej! W tym sporcie system nerwowy jest niezwykle ważny. Przecież wszystko, co tylko osiągnęło się na treningach, trzeba zaprezentować w ciągu 2-3 sekund. Do tego konieczna jest umiejętność koncentracji psychicznej, a zarazem umiejętność pobudzenia organizmu w decydującej sytuacji. Mało jest takich sportów, w których koncentracja ma tak ogromne znaczenie. Tutaj jeżeli nie szarpnie się raz a dobrze, to drugi raz już się nie da.
A co dzieje się ze stawami, gdy człowiek dźwiga tak ogromne ciężary?Jeżeli treningi zaczyna się w młodym wieku, to cały układ kostno-stawowy dostosowuje się stopniowo do postawy, którą zawodnik przyjmuje podczas rwania lub podrzutu. Ja zaczynałem dopiero w wieku 20 lat, stanowczo za późno, aby przystosować organizm do takich intensywnych ćwiczeń, ale mimo to udało mi się utrzymać stawy w zdrowiu. Gdy człowiek rozejrzy się w życiorysach super-mistrzów, to widać, że zaczynali oni bardzo wcześnie. Dzięki temu następuje adaptacja do różnych pozycji ciała. Na przykład podczas rwania sztangi zawodnik jest nienaturalnie wygięty, z boku wydaje się niemożliwe, aby utrzymać sztangę w tej pozycji, a jednak nie ma z tym kłopotu.
Czy odżywianie kadry narodowej ciężarowców było inne niż odżywianie przeciętnego zjadacza chleba?Na pewno było obfitsze. Ale gdy się patrzy na to już z perspektywy lat, można powiedzieć, że było to odżywianie szkodliwe. Jadaliśmy kotlety schabowe, szynkę z puszki, tłuste wędliny, a popijaliśmy je wodą chlorowaną. Podczas treningu nikt nie miał ze sobą butelek wody mineralnej, bo jej wtedy nie produkowano. Pomiędzy poszczególnymi ćwiczeniami piliśmy zimną wodę z hydrantu. Taka była wtedy rzeczywistość i nawet nikt nie wyobrażał sobie, że może być inaczej.
Jak wyglądał Pański trening?Trenowało się inaczej niż teraz. Do tytułu mistrza świata doszedłem studiując na Akademii Wychowania Fizycznego. Miałem zajęcia akademickie do godziny 13-14, następnie zjadałem obiad, a potem szedłem na trening. Tak było pięć razy w tygodniu. W roku 1961 ukończyłem studia i zaraz zostałem mistrzem świata. Natomiast na zgrupowaniach ćwiczyliśmy po 2-2,5 godziny przed południem, a po obiedzie były ćwiczenia na stadionie, już bez sztangi, lekkoatletyczne.
Był Pan znany z szybkości i skoczności. Czy uprawiał Pan inne sporty poza ciężarami?Modny był wtedy sześciobój atletyczny. Wielu ciężarowców brało w nim udział. Lubiłem bieg przez płotki, pięcioskok z miejsca i rzut młotem. Rzut młotem to było doskonałe ćwiczenie na mięśnie brzucha. Podnoszenie ciężarów powoduje zmęczenie systemu nerwowego, natomiast wszystkie ćwiczenia lekkoatletyczne były dla nas relaksem. Stanowiły coś w rodzaju odnowy biologicznej, aczkolwiek bardzo intensywnej, ale jednak odciążającej system nerwowy, czyli mimo wszystko rozluźniającej.
Pamięta Pan jakieś swoje wyniki, typowo siłowe?W przysiadzie miałem 230 kg, a w martwym ciągu 240 kg. Ponieważ jednak byłem mocny z natury, więc muszę dodać, że kiedy zaczynałem treningi ze sztangą, to martwy ciąg miałem niewiele gorszy.
A czy dla mistrzów był zarezerwowany jakiś specjalny rodzaj "renowacji" organizmu?Była sauna i masaż. Sauny nie znosiłem, ale masażyści byli fantastyczni. Po takim fachowym masażu człowiek miał mięśnie zarazem sprężyste i luźne. Wydawało się wtedy, że od razu można zrobić sobie drugi trening.
Nie żal było rozstawać się ze sportem wyczynowym?Prawdę mówiąc - nie. Niektórzy moi koledzy do dziś startują w różnych mistrzostwach weteranów i bardzo sobie chwalą tę aktywność. Ja jednak wyżyłem się na tyle podczas tych kilkunastu lat intensywnych startów, że już po ich zakończeniu nigdy nie odczuwałem niedosytu. Do roku 1988 byłem trenerem, więc ciągle jeszcze coś dźwigałem.
Panuje opinia, że kiedy skończy się wyczyn, zaczynają odzywać się kontuzje i różne choroby. A jak to jest naprawdę?Z mojego doświadczenia wynika, że bóle stawów, na które wielu zawodników narzeka, to nie kontuzja, lecz reakcja obronna organizmu, który pewnych rzeczy ma dosyć. Ja na przykład miałem tak usztywnione ramiona, że nie mogłem umyć sobie szyi, bo trudno było dosięgnąć rękami za głowę. Lekarze mówili, że to zwyrodnienia i zwapnienia, a gdy przestałem intensywnie trenować, ruchomość powróciła, żadnych bólów nie odczuwam. Tak samo jest z kolanami. Kiedyś pobolewały, teraz nie. Po prostu trzeba było odpuścić trening i wszystko wróciło do normy.
Jak ocenia Pan samą ideę kulturystyki jako sportu?Jest rzeczą naturalną, że każdy chce ładnie wyglądać. Isnieją gotowe metody treningowe, dobrze sprawdzone, jest więc chęć do treningów. Tutaj, na AWF, zawsze obok sportów obowiązkowych jest jeden do wyboru. I od razu robi się kłopot, bo wszyscy studenci chcą ćwiczyć kulturystykę, robi się ogromny tłok na sali. Podczas innych zajęć skłonni są korzystać ze zwolnień, a czas na kulturystykę wykorzystują do ostatniej minuty. To najlepiej świadczy o popularności tej dyscypliny. Gdy w latach 1975-1988 pracowałem jako trener w Indonezji, miałem zawsze kłopot właśnie przez kulturystykę. Tam istniały razem kluby ciężarowców i kulturystów. Najpierw było ich po równo, ale już po roku dwie trzecie ćwiczących stanowili kulturyści, a tylko jedną trzecią ciężarowcy. Broniłem się jak mogłem przed taką dysproporcją, ale tak naprawdę nie było sposobu na zmianę upodobań. Byli zresztą utalentowani kulturyści, którzy nadawali się na dobrych ciężarowców. Usiłowałem ich namówić na ciężary, ale trudno było ich przekonać.
Czy widzi Pan jakieś negatywne strony w kulturystyce?Przede wszystkim doping. Ciężarowcy nie są święci, ale mimo wszystko kulturyści są zdecydowanie lepsi w tej "konkurencji". Jeżeli już jesteśmy przy porównaniach, to warto jeszcze dodać, że ciężarowiec dłużej utrzymuje formę niż kulturysta. Ja jeszcze po czterech latach przerwy w treningach kręciłem się koło swoich rekordów, a w szesnaście lat po przerwie miałem jeszcze 200 kg w przysiadzie bez rozgrzewki. Kulturysta natomiast, który przerywa trening, traci masę i siłę o wiele szybciej.
Jak ocenia Pan siłę kulturysty w porównaniu z siłą ciężarowca?W kulturystyce jest więcej siły wytrzymałościowej. Bierze się to z odmiennego treningu. Kulturyści robią w serii kilka do kilkunastu powtórzeń, podczas gdy ciężarowcy od jednego do trzech. W ciężarach ćwiczy się wciąż na maksymalnych ciężarach, więc nie da się robić tyle powtórzeń. Raz wykona się rwanie i koniec. My się nawet nie pocimy na treningach, a z kulturystów leje się pot. Jestem pełen podziwu dla kulturystów, ale nigdy bym nie zamienił się z nimi na treningi.
Niedawno został Pan prezydentem Europejskiej Federacji Podnoszenia Ciężarów. Na czym polegają Pańskie obowiązki?Zajmuję się wszystkim, co jest związane z działalnością bieżącą w europejskich ciężarach. Teraz akurat rozważamy sposoby lepszego popularyzowania tej dyscypliny, zarówno w telewizji jak i na zawodach. Chodzi o lepszą czytelność w odbiorze. To musi być show, bo inaczej nasza dyscyplina zginie wśród innych. Na przykład podczas olimpiady w Monachium zawodnikowi wychodzącemu do sztangi towarzyszyła muzyka, która zamierała w decydującym momencie. Później tego zaniechano, a przecież warto rozważyć powtórkę. Liczba zawodników i krajów startujących wciąż się zwiększa, a brakuje czasu na przybliżenie zawodnika publiczności. I nad poprawą tej "widoczności" właśnie pracujemy.
Dziękuję Panu za rozmowę.Rozmawiał Mirosław Prandota