Podróż sentymentalna z Mariuszem Pudzianowskim przez pasmo dawnych zwycięstw i późniejszych porażek

Minęło kilka lat od czasu, gdy po raz piąty zostałeś mistrzem świata. Nie tęsknisz za tamtą atmosferą i tamtą popularnością?

Nie, nie odczuwam tęsknoty. Gdybym zupełnie odszedł od sportu, wtedy być może tęskniłbym za tym, co uprawiałem przez tamte lata, ale przecież ja cały czas funkcjonuję w sporcie i to na zupełnie dobrym poziomie.

Mimo wszystko pamiętam te stadiony wypełnione po brzegi publicznością i tych wszystkich kibiców, których twoje nazwisko przyciągało jak magnes. Twoi fani z tamtych czasów chętnie zobaczyliby cię znowu w gronie największych siłaczy świata…

Jest pewien etap życia, który ma swój początek i swój koniec. Wtedy tematem, który towarzyszył mi na co dzień, było StrongMan. Teraz traktuję to jako przeszłość, która minęła i nie rozwodzę się nad nią, ani też nie tęsknię do niej.

Ale chyba nie masz urazu do dyscypliny, dzięki której zyskałeś tak nieprzeciętną popularność?

Pytasz o uraz do StrongMan? Nie, nic takiego się nie zdarzyło. Była moc, była siła, startowałem tak często jak było trzeba i w każdych warunkach byłem gotów walczyć o zwycięstwo. Teraz nie mam rozeznania w tym, co dzieje się w StrongMan, bo zdecydowanie rozstałem się z tamtym środowiskiem i wszedłem do nowego.

Pozostańmy jeszcze na chwilę przy StrongMan. Co najbardziej utkwiło ci w pamięci spośród wielu wydarzeń, w których grałeś pierwsze skrzypce?

Pamiętam, że gdy stanąłem przed szansą zdobycia tytułu mistrza świata po raz piąty, o wszystkim miała zadecydować ostatnia konkurencja – wrzucanie kul na podest. Akurat na prowadzeniu był wtedy Amerykanin Derek Poundstone. Ja miałem 51, a on 51,5 punktu. Sytuacja wyjątkowo stresowa, bo teraz liczyła się tylko szybkość wrzucania kul. Kto pierwszy wrzuci kule na podest, ten zostanie mistrzem. Stres sprawił, że nogi uginały się pode mną, ale stawka była zbyt wysoka, żeby poddać się emocjom. Rezultat był taki, że Derek pospieszył się, zbyt energicznie próbował wrzucać kule na podest, w wyniku czego jedna z nich spadła. Ja wrzucałem nieco wolniej, ale dokładniej i dzięki temu moje kule zatrzymały się na podeście przynosząc mi zwycięstwo.

Dalsza część wywiadu z Mariuszem Pudzianowskim w KiF nr 11/2014

Komentarze: