„Starzy” kulturyści twierdzą, że każdy klub ma swoją „osobowość”, która decyduje o jego składzie osobowym. Wprawdzie do wybranego klubu przychodzą i zapisują się różni ludzie, ale po wstępnych przymiarkach pozostają tylko tacy, którzy identyfikują się z zastaną tam atmosferą. Wszyscy inni niebawem znajdują dla siebie inne miejsce.
Pamiętam, że w latach dawno minionych, kiedy w stolicy były zaledwie trzy kluby – Herkules, Błyskawica i Syrenka – a mizerna reszta mieściła się w kilku ciasnych piwnicach, każdy kandydat na kulturystę wiedział z góry, gdzie uda mu się zakotwiczyć na dłużej. Powszechnie znana była na przykład plotka, że w Błyskawicy trenują menele, w Syrence gawędziarze, a w Herkulesie cwaniaki. Nie dało się ukryć, że w tej plotce było sporo prawdy.

Klub Błyskawica mieścił się na Pradze, gdzie meneli nigdy nie brakowało, co jednak wcale nie znaczyło, że w tym klubie ćwiczyli tylko menele. Jeżeli nawet tacy przychodzili i próbowali zaprowadzić menelskie obyczaje, to Jan Włodarek, mistrz Polski, który akurat pełnił obowiązki instruktora, szybko pozbywał się takich członków. Ale fama pozostała.

W klubie Syrenka panował styl klubu dyskusyjnego. Między seriami członkowie wymieniali swoje „złote myśli”, a ponieważ na każdej dwugodzinnej sesji trenowała setka dyskutantów, więc sala ćwiczeń wręcz ociekała złotymi myślami.

Klub Herkules został zdominowany przez grupę zawodników, którzy przy każdej okazji brali udział w pokazach i zawodach, prężąc wielkie klaty przed swoimi fanami, którzy na każdej takiej imprezie towarzyszyli swoim guru niczym apostołowie. Ktoś, kto nie uczestniczył w takich występach, musiał długo czekać na swoją kolejkę w dostępie do sztangi, a ponieważ klub był ciasny, więc po kilku nieudanych próbach „nieudacznik” udawał się na poszukiwanie czegoś innego.

Cechą łączącą wszystkie kluby było coś, co dawało się skwitować sformułowaniem „pełna kultura”. Inaczej mówiąc, wyrazy obcego pochodzenia raczej nie były używane, a jeżeli już, to rzadko.

Trochę śmiesznej historii

Minęło ćwierć wieku i sytuacja odwróciła się. W stolicy jest już około dwie setki klubów, co z rynkowej konieczności oznacza, że każdy z nich zabiega o największą liczbę klientów, gotowych płacić składki, jako że składki stały się gwarancją klubowego istnienia. O ile kiedyś prześwietlało się klienta na wszystkie strony zanim został on wpisany na listę ćwiczących, to obecnie kierownictwo cieszy się, że klient w ogóle zawitał i gotów jest płacić.

Konsekwencją takiej sytuacji stała się dość duża tolerancja wobec indywidualnych przyzwyczajeń nowych członków. Znajomy polonista, który od dwudziestu lat nie opuszcza z reguły treningów, nawet latem, twierdzi, że nowych członków można podzielić w oparciu o kryteria językowe. A mianowicie jedni potrafią korzystać ze słownika języka polskiego w bardzo szerokim wymiarze, inni w średnim, a jeszcze inni – z reguły najmłodsi – znają najwyżej pięćdziesiąt słów, z tym, że niektórych używają jako równoważników zdań, równoważników swoich stanów emocjonalnych, równoważników poleceń i równoważników zrozumienia dobrej rady ze strony instruktora.

Ale „Urwał”

Powszechnie stosowanym równoważnikiem jest w tym gronie „stan urwania” – na każdym kroku słyszy się słowo „urwał” (być może pisze się to inaczej, ale czyta się mniej więcej tak). Są takie kluby, w których ciągle coś się „urywa”, ktoś tam nawet jak nie podniósł, to „urwał”, a każdym razie zawsze panuje obawa, że się „urwie”.

Oczywiście w eleganckich klubach hotelowych nic się nie „urwie”, bo wszystko mocno tam się trzyma, a członkowie płacą tyle, że życzą sobie, aby jeżeli nawet miało się coś „urwać”, to lepiej zawczasu wymienić na nowe, a stare wyrzucić.

W klubach gorszego sortu klimat panuje taki, że dość często coś się „urwie” i podobno nie ma na to rady. Niektórzy instruktorzy twierdzą nawet, że taka jest polska norma, bo nawet w filmach rodzimej produkcji często ktoś się „urwał”, a gdy reżyserem jest ktoś młody i gniewny, to „urywa” się dosłownie wszystko i to w każdej scenie.

Pamiętam jak w jednym z klubów pojawiła się po raz pierwszy trójka lekarzy razem z żonami, a wszyscy byli gotowi nie tylko ćwiczyć, ale jeszcze zaktywizować wielu swoich kolegów. Kiedy jednak grupka nowych usłyszała, że w głębi sali ktoś się „urwał” i że za chwilę „urwał” się następny, a potem to już przy każdej nieudanej próbie podniesienia ciężaru „urwał” się jeden, drugi, trzeci i tak dalej – na sali powiało grozą.
– Wybaczcie – powiedział jeden z gości – ale tu ze wszystkich stron grozi katastrofą. W każdej chwili coś może się „urwać”, strach przebywać w takim środowisku.
I tyle. Można było zarobić na tych, którzy dobrze się trzymają, natomiast leniwi instruktorzy wolą tych „urwanych”, mimo że na nich zarobią mniej.

Wśród ekonomistów mówi się często, że dobry pieniądz bywa wypierany przez pieniądz gorszy. Wśród handlowców – że towar dobry jest wypierany przez masówkę chłamu. Na podstawie obserwacji poczynionej w niektórych klubach mogę powiedzieć, że kultura jest wypierana przez subkulturę.

Co gorsza, menelskim językiem posługują się najczęściej uczniowie szkół średnich! Kiedyś – rzecz wprost nie do wiary. Jak więc młodzież 18-letnia funkcjonuje w szkole? Okazuje się, że tak samo, bo ministrowi edukacji w głowie się nie mieści, by dyrektor szkoły ośmielił się wyrzucić ze szkoły ucznia, który gdzie tylko się ruszy, tam się „urwie”. Podobno „urywa” się tylko i wyłącznie z winy nauczycieli.

Czarno widzę to wszystko. Nie tak dawno, będąc za granicą, zostałem zaproszony do towarzystwa, jak to się mówi, z górnej półki, a gdy powiedziałem, skąd pochodzę, jeden z nobliwie wyglądających dżentelmenów zareagował okrzykiem: „Poland – „urwał”!
No cóż? Całe to pisanie nie jest lekcją obowiązkową, ale okolicznościową refleksją. Niech

Czytelnicy przynajmniej wiedzą, co się komu i z czym kojarzy, „urwał”.

Komentarze: