Siedzę przed telewizorem, słucham opowieści o zaletach pewnej reklamowanej witaminy i zastanawiam się, komu służy uwaga wieńcząca prezentację: „Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą…” i tak dalej. Owszem, ulotkę każdy przeczyta choćby po to, aby dowiedzieć się, czy to, co kupił, ma faktycznie taką wartość, jaką sygnalizowała reklama, czy raczej jest to placebo z telewizyjną dawką sugestii.

Praktycznie rzecz biorąc, do przeczytania ulotki nie trzeba nikogo namawiać, bo każdy robi to z własnej woli, aby upewnić się, czy w kupionych tabletkach ma suplement, o który mu chodziło. Inaczej natomiast wygląda sprawa ewentualnej konsultacji z lekarzem lub farmaceutą.

Jak znam życie, gdybym zastosował się do tej sugestii, farmaceuta kazałby mi przeczytać ulotkę, w której „wszystko jest napisane”, a lekarz… ho, ho, ho! Po pierwsze student medycyny nie ma okazji zdobyć dokładnej wiedzy o suplementach, bo na studiach tego nie uczą. Po drugie, gdybym miał przyjść do lekarza tylko po to, aby zapytać o szczegóły, musiałbym najpierw zarejestrować się w recepcji, wykłócić się o termin wizyty i czekać.

Jeżeli chodzi o czekanie, to mam w tym spore doświadczenie. Mianowicie gdy w maju ubiegłego roku zgłosiłem się do Poradni Dermatologicznej Akademii Medycznej w Warszawie, aby jakiś specjalista rozstrzygnął, czy plama na paznokciu u nogi to grzybica, czy efekt strącenia sztangielki w to miejsce, dostałem termin wizyty na połowę września.

Niech więc ktoś zgadnie, czy konsultację w wiadomej sprawie zdążyłbym odbyć przed połknięciem wszystkich tabletek, czy długo po nich?

Wszystko wskazuje na to, że sugestia skonsultowania się z lekarzem nie ma żadnej wartości merytorycznej, ma natomiast wartość psychoterapeutyczną, bo w ten sposób Ministerstwo Zdrowia czyści sobie sumienie – „jakby co, to wiadomo, co robić”.

Lekarz jest z reguły nieprzygotowany do dyskusji o funkcji suplementów. Na studiach uczył się o chorobach, a nie o zdrowiu, natomiast zagadnienie suplementacji leży w gestiach nauki, której na imię dietetyka. Jest to specjalizacja wymagająca przynajmniej licencjatu, aby absolwent tego kierunku umiał wydać kompetentną opinię, a ulotkowa rekomendacja lekarza w tym przedmiocie mieści się w granicach zwykłej hipokryzji, bo przecież każdy wie, że chodzi o kogoś innego.

Od razu dopowiem, że hipokryzja nie jest przedmiotem krytyki z mojej strony, a przynajmniej nie pod każdym względem. Ba, spotyka się ją niemal na każdym kroku, czasem nawet bywa potrzebna jako środek stosowany dla ratowania dobrych obyczajów. No bo kłaniamy się komuś z uśmiechem, jednak czujemy, że z przyjemnością utopilibyśmy tego kogoś w łyżce wody, a podczas suszy przynajmniej dalibyśmy mu po głowie. No tak, ale tego rodzaju interwencja ukazałaby nas w złym świetle, a zatem udajemy, że jest fajnie.

Politycy dla odmiany próbują hipnotyzować telewidzów działalnością kolejnych komisji śledczych, podczas gdy wiadomo, że chodzi tylko o wytupanie sobie miejsca na następną kadencję, bo przecież ludzie zagłosują na znane twarze. Nie mówiąc już o tym, że takie spektakle pozwalają chorym ludziom zapomnieć o oddalonym daleko w czasie terminie przyjęcia do szpitala.

Jak niektórzy pamiętają, wychodziły u nas kilka lat temu polskie kalki amerykańskich magazynów kulturystycznych. Miały one fajny sposób kuszenia czytelników. Otóż najpierw zastrzegały się, że nie tolerują koksu i koksiarzy, ostrzegały przed „braniem”, ale dla jasności drukowały na kilku stronach program cyklu sterydowego, zapewne po to, aby czytelnicy dowiedzieli się, czego należy się obawiać. Podobny wydźwięk ma znane pijakom hasło: „Alkohol to twój wróg, a zatem lej wroga w mordę!”

Co ciekawe, w najbardziej znanym amerykańskim magazynie „Muscle and Fitness” redakcja nie podaje recepty na „szybkie przyrosty”, natomiast konkurencja, a jakże, wybrzydzając do upadłego, serwuje takie recepty nader często. Niektóre „szatańskie wersety” odnotowałem sobie w zeszycie. Oto przykład, w którym czytelnik pyta, a redakcja odpowiada:

„Dlaczego hormon wzrostu nie jest tak krytykowany przez specjalistów jak sterydy anaboliczne?” Odpowiedź brzmiała: „Dlatego, że sterydy są znacznie silniejsze. Dzięki nim już w 4 miesiące chuderlawy, ważący 60 kg koleś może stać się 80-kilowym byczyskiem z muskulaturą Herkulesa”.

Co można zrobić po przeczytaniu takiej, nawet nie do końca zawoalowanej, instrukcji? To proste. Za wszelką cenę zdobyć koks, aby już dłużej nie być „chuderlawym kolesiem”.

Nie mogę jednak twierdzić, że redakcja miesięcznika, z którego cytuję niektóre zabawne fragmenty, była obłudna od A do Z. Co to, to nie! Miała swoje chwile szczerości. Oto wypowiedź jednego z amerykańskich trenerów kulturystyki: „Ilość koksu, jaka krąży po siłowniach USA oraz jego różnorodność przekracza nieraz najśmielsze wyobrażenia”.

Można powiedzieć „co z tego”, że pisze się o zagrożeniach, jeżeli kilka lat temu w badaniach socjologicznych, dokonanych wśród amerykańskiej młodzieży, na pytanie, „czy stosowałbyś groźne dla życia środki, gdybyś za ich sprawą miał szansę zdobycia medalu olimpijskiego” – 95 procent rzekomo inteligentnych ludzi udzieliło odpowiedzi twierdzącej!

Być może amerykański chłopak, zanim się trochę podtruje, lubi sobie poczytać fajną bajkę o „chuderlawym kolesiu”, a przyjazne redakcje chętnie mu to zapewnią.
Autor: Pazurek

Komentarze: