Mariusz Pudzianowski potwierdził swoją klasę. Po raz drugi z kolei został mistrzem świata w pokonywaniu takich ciężarów, do jakich inni ludzie używają dźwigów. W finałowej szóstce zmieścił się też nasz drugi reprezentant, Jarosław Dymek. Kilkaset lat temu poeta Renesansu powiedziałby, że „serce rośnie, patrząc na te czasy”. Dzisiaj formuła jest krótsza: „Tak trzymać!”;”Przydział do silnej grupyKurort turystyczny nad wodospadem w odległości 5 kilometrów od Livingstone (Zambia). W takiej scenerii odbyły się tegoroczne Mistrzostwa Świata Strongmenów. Trzydziestu najsilniejszych ludzi z pięciu kontynentów wystartowało w pięciu grupach eliminacyjnych. A ponieważ do finału kwalifikowało się dziesięć osób, wystarczyło zająć drugie miejsce w grupie, aby przejść do następnego etapu.Już wkrótce okazało się, że w najsilniejszej grupie znalazł się akurat Jarek. Jego przeciwnikami stali się, między innymi, brązowy medalista mistrzostw świata Raimonds Bergmanis oraz wicemistrz USA, Phil Pfister. Rywalizacja rozpoczęła się od spaceru farmera z dwiema ważącymi po 175 kg walizkami w rękach. Przeciwnicy uplasowali się na takich pozycjach, jak wspomniałem wyżej, natomiast Jarek był trzeci, wyprzedzając nawet o półtorej sekundy Mariusza, który nie był jeszcze w najlepszej formie, jako że niedawno przebył grypę i przez dziesięć dni leczył się antybiotykami. Było jasne, że potrzeba mu jeszcze trochę czasu na dojście do formy.Tymczasem Jarek szedł jak burza i po dwóch konkurencjach zajmował pierwsze miejsce w tabeli ex aequo z Bergmanisem. Wśród pozostałych grup wyróżniał się zawodnik ukraiński Wasyl Wirastiuk, który nie dał szans przeciwnikom w spacerze farmera i przeciąganiu pociągu po szynach. W tej drugiej konkurencji uzyskał czas najlepszy ze wszystkich 30 zawodników.Temperatura powietrza wynosiła około 50° Celsjusza, ale na szczęście nie było wysokiej wilgotności, dzięki czemu zawodnicy, mimo że się męczyli pod ogromnym obciążeniem, to jednak pot z nich nie kapał, aczkolwiek kolejna konkurencja, jaką był martwy ciąg na ilość powtórzeń, daje w kość niesamowicie. Otóż ciężar, którym wykonywało się to ćwiczenie, ważył 295 kg. Od razu zarysowały się różnice w wytrzymałości kręgosłupów. I tak Pfister dokonał dzieła trzykrotnie, podczas gdy Jarek podniósł ten ciężar 11 razy, a bezkonkurencyjny Bergmanis wykonał aż 13 powtórzeń.Potrzebny schodekKonkurencja, która chyba najmniej pasuje Jarkowi, to wrzucanie kul na podesty. Niestety, nie uwzględnia się tutaj różnicy wzrostu. Najwyższy podest był ustawiony na poziomie 185 centymetrów i od razu stało się jasne, że zawodnicy dwumetrowi mają tu pewien bardzo istotny hancap, podczas gdy Jarek (182 cm) i tylko nieco wyższy od niego Mariusz, zanim włożyli kule na miejsce, musieli najpierw je wycisnąć przynajmniej do połowy zgiętej ręki w górę.Z całej trzydziestki tylko dwóch siłaczy poradziło sobie ze wszystkimi kulami. Byli to Phil Pfister i Raimond Bergmanis, a więc członkowie grupy Jarka. Trzecim byłby mimo wszystko Jarek, lecz niestety, tym razem przeszedł samego siebie. Podniósł czwartą, czyli najcięższą kulę (160 kg) i wrzucił ją na podest tak energicznie, że spadła ona na ziemię z drugiej strony. No i pech! Sędziowie nie zaliczyli tej próby.Może przydałby się schodek dla zawodników niższych?Rewelacyjny UkrainiecDo końca eliminacji pozostały jeszcze dwie konkurencje: wyciskanie ciężaru i przetaczanie opony. Gdyby Jarek utrzymał formę do końca zawodów, to miałby szansę na pozycję medalową. Tymczasem Mariusz, znacznie jeszcze osłabiony po chorobie, nie dał rady podnieść czwartej kuli i na razie utrzymywał się na drugim miejscu w swojej grupie.Kolejny dzień przyniósł ostatnie konkurencje eliminacyjne. Najpierw trzeba było wycisnąć w górę belkę o wadze 120 kg, ale nie jednorazowo, lecz jak najwięcej razy w czasie 60 sekund. Wyciskanie to koronna konkurencja Jarka, więc wydawało się, że bez problemu pokona swoich przeciwników, a jednak zwyciężył Bergmanis, spychając Polaka na drugie miejsce. Mariusz również uplasował się na drugim miejscu, za Kanadyjczykiem Geoffem Dolanem.W innej grupie znowu zabłysnął Wasyl Wirastiuk, pokonując między innymi najcięższego atletę świata, ważącego 200 kg, prawdziwego potwora, Glenna Rossa z Irlani Północnej.Uwieńczeniem eliminacji było zakwalifikowanie się obydwu Polaków do finału.Finałowy początekTe kilka dni przerwy, które minęły po eliminacjach, pozwoliły Mariuszowi złapać oddech i dojść do optymalnej formy. Ktoś przecież musiał pokonać dziewięciu rywali i – przynajmniej z naszego punktu widzenia – wydawało się, że najlepiej będzie, jeżeli w takiej roli wystąpi Mariusz Pudzianowski.Nadzieja ożyła, kiedy Mariusz wystartował. Najpierw trzeba było przenieść na odległość kowadło o wadze 225 kg, a potem przeciągnąć ogromną kotwicę przyczepioną do łańcucha. Polak zdecydowanie wyprzedził wszystkich rywali, natomiast Jarkowi najwidoczniej obie konkurencje nie sprzyjały, gdyż zajął dziesiąte miejsce.- Tej konkurencji obawiałem się najbardziej, gdyż zwyczajnie jej nie lubię – powiedział później Jarek. – Na dodatek kowadło było bardzo wysokie oraz szerokie, więc takiemu zawodnikowi, który jest niższy od wszystkich innych, było trudno je nieść, bo obijało się o uda.Tego samego dnia odbyło się jeszcze wyciskanie belki. Faworytem był Kanadyjczyk Hugo Girard, aktualny rekordzista świata w tej konkurencji. A jednak wygrał Mariusz.- Udało mi się pozbierać siły, choroba już mnie nie męczy – oświadczył nasz mistrz zaraz po udanym starcie. – Przez trzy dni między zakończeniem eliminacji a rozpoczęciem finału tylko odpoczywałem i zbierałem siły. Na razie wszystko idzie zgodnie z planem, a potem się zobaczy.Dzięki tej wygranej Mariuszowi udało się odskoczyć na dwa punkty od ostro idącego do przodu Litwina Savickasa, co dobrze wróżyło na przyszłość. Zresztą Mariusz, kiedy już po chorobie nie pozostało u niego śladu, powtarzał często, że w tych zawodach interesuje go tylko zwycięstwo.Jarek, który w eliminacjach dał z siebie wszystko, zaczął odczuwać pewien niedostatek sił, a przecież przed nim jeszcze kolejny egzamin z wrzucania kul na podesty. Czy uda mu się wrzucać je z taką siłą, jak robił to jeszcze kilka dni temu?Uchwyt HerkulesaTaką nazwę otrzymała konkurencja polegająca na tym, że zawodnik utrzymuje rękami dwie kolumny, które na niego opadają. Im dłużej się trzyma, tym lepiej. Drużynowy atak Polaków dał się tutaj wyraźnie odczuć, a w rezultacie Mariusz zajął drugie miejsce, natomiast Jarek czwarte. Gdyby wytrzymał pół sekundy, pokonałby Bergmanisa i wskoczyłby o jedno miejsce wyżej. A konkurencję wygrał Kanadyjczyk Jessen Paullin, który po pierwszym dniu zajmował ostatnią pozycję. Za to tacy siłacze, jak Wirastiuk i Savickas, uplasowali się na szóstym i ósmym miejscu.I wreszcie kamienne kule!Szwed Magnus Samuelsson „ładuje towar” najszybciej ze wszystkich i zajmuje pierwsze miejsce. Drugi jest Mariusz, ale Jarek dopiero ósmy.Niestety, zanim rozpoczęła się ta konkurencja, Litwin i Ukrainiec zgłosili do sędziów wniosek, aby kule ładować bez pasa. Mieli w tym własny interes, bo obydwaj są brzuchaci i z tego powodu łatwo im opierać kule na brzuchach, natomiast zawodnicy o kulturystycznej budowie, tacy właśnie jak Jarek i Mariusz, nie noszą przed sobą tej „podpórki”, mieli więc zadanie stosunkowo utrudnione. O dziwo, sędziowie, którzy jeszcze do niedawna sami byli zawodnikami i to wysokiej klasy, wyrazili zgodę na taką propozycję. Jarek nie chciał ryzykować kontuzji, więc wysilał się na tyle, na ile mógł oszczędzić zdrowie.W rezultacie okazało się, że manewr ten był w miarę szczęśliwy tylko dla Savickasa, który zajął czwarte
miejsce, a Wirastiuk chciał przechytrzyć sprawę i znalazł się na ostatnim miejscu.W każdym razie po tej konkurencji Mariusz powiększył swoją przewagę nad Savickasem do 10 punktów (Pudzianowski – 38, Savickas – 28, Samuelsson – 28).Gorące żelazoRóżnica punktowa wydłużyła się już wkrótce, kiedy zawodnicy stanęli do przeciągania 16-tonowego wagonu po szynach. Na podkładach została umocowana 30-metrowa drabinka metalowa, o której szczeble każdy miał się opierać, aby iść do przodu. W okropnym słońcu szczeble były tak nagrzane, że ci wszyscy, którzy wcześniej nie sprawdzili temperatury żelaza i nie założyli ochronnych rękawic, poparzyli sobie ręce.Mariusz był na tyle przezorny, że wystartował w rękawiczkach i… wygrał konkurencję.Dość pomysłowo wyglądał martwy ciąg. Polegał on na tym, że zawodnik, podnosił ramię platformy, na której były umieszczane ciężkie beczki, a kiedy zaliczył próbę, sędzia zwalniał stojącą na górze następną beczkę. Beczka spadała, platforma robiła się cięższa i tak dalej aż do kresu wytrzymałości zawodnika. Tę konkurencję również wygrał Mariusz.Świetnie spisał się również Jarek. Był już przecież daleko w klasyfikacji ogólnej, ale zarówno w przeciąganiu wagonu, jak i w martwym ciągu, zajął trzecie miejsca, dzięki czemu awansował na piąte miejsce, podczas gdy czwarty z kolei Wirastiuk miał nad nim tylko jeden punkt przewagi. Jego ostatnią szansą miał być spacer farmera wyznaczony na ostatni dzień finałów.Medalowy spacerMariusz miał już komfortową sytuację, bo jego przewaga nad Savickasem wynosiła 17 punktów. Mógł trochę wyluzować się, z czego skwapliwie skorzystał, tym bardziej, że spacer farmera wygrał Bergmanis, będący dotychczas na szóstej pozycji, a za nim Wirastiuk. Mariusz wylądował na trzeciej pozycji, co zagwarantowało mu absolutne zwycięstwo w klasyfikacji ogólnej.Jarek zaliczył konkurencję na szóstej pozycji, a w klasyfikacji ogólnej również na szóstej i był to krok do przodu, bo w ubiegłym roku miał siódme miejsce.Warto podkreślić, że Mariusz zdobył w tym roku 66 punktów na 70 możliwych i jest to rekord w historii tego sportu.Michał Warecki

Komentarze: