Niektórzy kreują się na twardzieli, bo taką postawę lansują mea. Zwycięzca morderczego wyścigu na ponad 500-kilometrowej trasie nie musi zabiegać o pasowanie na twardziela. On po prostu taki jest!

Na moment przed startemFestiwal Straceńców, albo – jak mówią inni – Święto Wariatów, rozpoczyna się zawsze w Paryżu w czerwcową środę. Tego roku wypadło ono akurat w ostatnią środę czerwca. Na starcie do wyścigu „chodzonego” na odległość 520 kilometrów stanęło, jak zwykle, 35 zawodników. To wybrańcy, finaliści różnego rodzaju eliminacji poprzedzających imprezę główną, czyli wyścig na trasie Paryż – Colmar. Zwycięzca pojawi się na mecie w Colmarze dopiero w sobotę, będzie więc szedł, i to w tempie ponad 8 km na godzinę, 4 dni i 3 noce. Kiedy osiągną metę inni? Różnie to bywa. Niektórzy również w sobotę, jeszcze inni w niedzielę, a nawet w poniedziałek. Ostatecznie nie jest to bieg na 100 metrów, gdy ostatni zawodnik spóźnia się na metę o kilka dziesiątych sekundy. Dawno już minęły czasy, kiedy to w profesjonalnym sporcie rywalizowali ze sobą dwudziestolatkowie, a do starszych o dziesięć lat weteranów mówiło się „dziadku”. Dziś już w wielu dyscyplinach na zwycięskim podium stają czterdziestolatkowie i jest to norma. „Nasz człowiek” w Paryżu nazywa się Zbigniew Klapa, ma 46 lat, a fachowcy prorokują mu zwycięstwo w tej piekielnej konkurencji, jaką jest marsz na 520 kilometrów. Również publiczność uważa go za faworyta, wszak jego nazwisko znajduje się na liście najpopularniejszych sportowców Europy. I to być może na złość Polakom, dla których Zbyszek jest właściwie postacią nieznaną. Warto wiedzieć, że w Polsce dwa razy do roku wyznacza się trasę długości 50 km, zaprasza się dziesięciu zawodników, bo więcej nikt takich nie znajdzie i każe im się na sygnał maszerować do mety. Zwycięzca pojawia się tam po 6-7 godzinach, pozostali przybywają później, a połowa nie dochodzi w ogóle, bo taka jest specyfika wszystkich długodystansowych konkurencji w sporcie. Zbyszek również zaczynał podobnie, ale to już daleka historia. Na 50-kilometrowej trasie zdołałby dzisiaj może tylko rozruszać się trochę, ale i to nie jest pewne. Pełną satysfakcję sprawia mu przede wszystkim udział w mistrzostwach świata, rozgrywanych tradycyjnie we Francji.Samotność długodystansowcaDlaczego akurat chód sportowy? Zadecydował przypadek. W roku 1971, kiedy Zbyszek był jeszcze uczniem technikum rolniczego, nauczyciel wychowania fizycznego zaproponował mu właśnie to. I bardziej stawiał na osobowość chłopaka niż na jego predyspozycje fizyczne. W Zbyszku trudno było dostrzec zapał do czegokolwiek. Gdy mu coś kazali, wypełniał zadanie i na tym koniec. Ustawiał się zazwyczaj trochę z boku grupy, więc można było wnioskować, że siedzi w nim duch samotnika. I to był zasadniczy atut. Tylko samotnik o romantycznym usposobieniu potrafi dać sobie radę z rozciągniętą do granic możliwości trasą wyczynu.Czy myślał już wtedy o udziale w marszu na zwielokrotnionym dystansie? Oczywiście nie! Byłoby to przecież ponad siły dziewiętnastoletniego chłopaka. Już samo przejście 50 kilometrów od startu do mety uważał za ogromny sukces. Po maturze ustanowił rekord Polski. Nie dał się jednak polubić działaczom. Był ciągle z boku, milczący, mający własne zdanie, odrębne poglądy i niezrozumiałą dla innych filozofię życiową. Patrzyli więc na niego niechętnie i to do tego stopnia, że na przykład nie zakwalifikowali go do udziału w zawodach o Puchar Świata. Mimo że już otaczał go nimb faceta o żelaznym charakterze, a przecież tylko tacy mogą ubiegać się o medal na długich dystansach. Zbyszek okazał się nie tylko twardy, ale i wrażliwy. Poczuł się lekceważony, więc wypisał się z kadry narodowej. Trenował jednak nadal. Ot, z przyzwyczajenia. Pracował już jako kierownik administracyjny w Nadleśnictwie Grodzisk Poznański, wieczorami zakładał adidasy, do dresów przyczepiał przeróżne szkiełka odblaskowe, żeby go jakaś ciężarówka nie rozjechała i – szedł. Dwadzieścia, trzydzieści kilometrów każdego dnia, a w sobotę nawet pięćdziesiąt. Dla przyjemności i dla zaspokojenia własnej potrzeby „rozruszania się”. A nuż przyda się w przyszłości taka zaprawa?Zawodnik „z łapanki”Okazja trafiła się dopiero w roku 1981. Francuzi przysłali do Polski zaproszenie do udziału w maratonie na sto kilometrów. Nie było chętnych. Związek sportowy przypomniał sobie o Zbyszku. Chcesz pojechać? Przyjął zaproszenie, a w nagrodę za dobre chęci otrzymał dwie pary adidasów produkcji krajowej. Te buty okazały się później symbolem obuwniczych nieszczęść, jakich w epoce kryzysu ekonomiczno – politycznego zaczął doznawać każdy Polak. W trakcie bowiem tego pierwszego zagranicznego maratonu Zbyszek miał na sobie najpierw jedną, a później drugą parę darowanych butów. Pierwsze rozpadły się na pięćdziesiątym a drugie na dziewięćdziesiątym kilometrze. Ukończył marsz boso, z okrwawionymi stopami, ale zajął II miejsce!Od razu wywołał sensację. Organizatorzy najpierw gremialnie klepali go po plecach, a następnie sprezentowali mu adidasy własnej produkcji, łącznie z zaproszeniem do następnego startu. Minęło kilka miesięcy. Zbyszek chuchał i dmuchał na francuskie buciki, modlił się do nich, żeby nie wysiadły przed czasem jak krajowe buble i znowu stanął na linii startowej. Trasa liczyła już 200 kilometrów. Zbyszek z zazdrością spoglądał na zachodnich rywali, którzy dysponowali pięcioma parami butów na jedną tylko trasę. Mieli też własny serwis masażystów, lekarzy i psychologów. Zbyszek miał tylko uśmiech. To jednak wystarczyło, aby ująć sobie Polonusów kibicujących wzdłuż trasy marszu. Jeden z nich zaopiekował się serdecznie rodakiem z kraju i najzwyczajniej napełnił go własnym entuzjazmem oraz – podarował parę adidasów. To właśnie wtedy Zbyszek osiągnął swoje pierwsze zwycięstwo, pozostawiając za sobą 69 przeciwników!Rzut oka na trasęAby konkretnie uświadomić sobie, ile tak naprawdę wynosi trasa między Paryżem a Colmarem, wystarczy otworzyć mapę Polski, zaznaczyć z prawej strony Braniewo, a z lewej – Świnoujście i popatrzeć na całą linię wybrzuszonego Wybrzeża. Przez Gdańsk, Władysławowo, Ustkę, Łebę, Kołobrzeg… I trzeba sobie wyobrazić, że tą drogą nie jedzie się, ale idzie. Z szybkością 7-10 kilometrów na godzinę. Cały czas, z dwiema krótkimi przerwami. Panuje przekonanie, że nikt „normalny” nie zaliczy takiej odległości jednorazowo, bo byłoby to niezgodne z prawami fizjologii. Czy zatem trzydziestu pięciu uczestników marszu to ludzie „nienormalni”? Na szczęście nie ma psychiatrów na paryskiej linii startowej, więc nikt nie sprawdza świadectwa normalności. A ponadto nie ma przecież obowiązku dojść do mety za wszelką cenę. Zbyszkowi Klapie udało się to dopiero za szóstym razem, w roku 1989. Zajął wtedy drugie miejsce. Już w rok później został mistrzem, a powtórzył ten sukces na kolejnych zawodach. Tych sukcesów na trasach różnej długości było już tyle, że trudno je od razu wyliczyć z pamięci.Zawodnicy czy supermeni?Dobra pamięć zachowuje jednak wszystkie szczegóły dramatycznego marszu, jaki stał się udziałem Zbyszka w roku 1983. Był to jego pierwszy start w tej nadludzkiej konkurencji. Z lewej i z prawej strony miał 35 przeciwników z 26 krajów. Wszyscy wyselekcjonowani w wielu konkursach. Ludzie ze stali. Odporni na ziąb, upał, deszcz i gradobicie. I każdy z nich ma tę świadomość, że na linii startowej nie ma ludzi przypadkowych, słabych, podatnych na stresy. Jest to turniej wybrańców. Na plac ozdobiony ogromnym transparentem z napisem START PARIS – COLMAR ściągają tłumy ludzi. Reakcje są różne. Od demonstracyjnego pukania się w czoło, do podziwu graniczącego z uwielbieniem. Prasa i telewizja zgodnie stwierdzają, że na starcie wystąpiło 35 supermenów. Rzadko używa się słowa „zawodnik”. Bo i racja! Jaki zawodnik w powszechnym rozumieniu tego słowa wytrzymałby takie zmagania z własnym organizmem?Szo
sa wygląda tak samo, jak każdego innego dnia. Nikt nie wydał przecież postanowienia o wstrzymaniu ruchu kołowego tylko z tej racji, że akurat odbywają się mistrzostwa świata. Samochody mkną więc z taką samą prędkością, co zwykle, a przecież z okazji supermaratonu liczba tych pojazdów znacznie się powiększa, bo kibice na własne oczy i z bliska chcą zobaczyć, jak wyglądają samobójcy w trakcie „zabiegu” umożliwiającego, przynajmniej teoretycznie, wycieczkę w zaświaty. Na fanfary, na hymny i na piedestał – na wszystko to jest jeszcze mnóstwo czasu. Na razie należy spodziewać się tylko zwykłych dramatów o wymiarze sportowym, a niewykluczone, że również wypadków drogowych. Przed startem uczestnicy podpisywali przecież tak zwaną „zgodę na udział w supermaratonie”, gdzie zapisano, że wszystko to, co zawodnik robi, robi na własną odpowiedzialność. Nikt z organizatorów nie może być odpowiedzialny, jeżeli na trasie nagle okaże się, że supermen jest tylko człowiekiem i w zamroczeniu zejdzie na lewą stronę szosy, gdzie być może – zderzy się z samochodem. Ryzyko podejmowane przez uczestnika marszu staje się automatycznie jego prywatną sprawą. Każdy o tym wie, na razie żadnego nieszczęścia nie odnotowano.Pojedynek z samym sobąGodzina 18.30, Festiwal Szaleńców wkracza w swoją bezpardonową, nie kończącą się fazę. Jest to, jak w każdej dyscyplinie sportu, naturalna walka o pierwsze miejsce, ale konkurencyjność schodzi tu, już od samego początku, na drugi plan. W drodze do samotności każdy walczy tu przeciwko samemu sobie. Przeciw swoim słabościom, przeciw pechowi, przeciw nagłym załamaniom woli i wreszcie – przeciwko instynktowi wykrzykującemu coraz głośniej: ODPOCZĄĆ!Asfalt jest gruby, chropowaty, przyczepny. Konieczne są buty o zaokrąglonej pięcie. Taka konstrukcja daje możliwość prowadzenia stopy metodą „kołyski”. Na długiej trasie liczy się przecież każde ustawienie stóp, ponieważ po pewnym czasie organizm funkcjonuje już na prawach czysto laboratoryjnych. Oznacza to, że mięśnie i ścięgna zostają w szczególny sposób rozpulchnione, wprowadzone w stan quasi-zapalny, a więc zmniejsza się ich odporność na kontuzje. Jeden błąd chodziarza, jeden niedbały krok w niedostrzegalny nocą dołek może pociągnąć za sobą fatalne następstwa na dalszych kilometrach. Obowiązuje nieustająca koncentracja, co, jak wiadomo, jest niemożliwe. Dlatego też „prywatne” szczęście ma tu niebagatelne znaczenie. Można powiedzieć, że płynność ruchów u doświadczonego zawodnika jest regulowana automatycznie, ale w podświadomości pali się nieustannie czerwona kontrolka podsycana na przemian strachem i chęcią zwycięstwa, zmęczeniem i siłą woli. Zbyszek, który ma na koncie dopiero start w wyścigu na dwieście kilometrów, wie, że stanął u progu zadania, którego wykonanie ociera się o granice fantazji. A jednak w tym marszu realizuje się jego sposób na życie. Niemal niepowtarzalny, jeżeli nie liczyć trzydziestu czterech konkurentów o równie stalowej konstrukcji charakteru.Pierwsze dziesiątki kilometrów mijają bez niespodzianek. Organizm jest jeszcze wypoczęty, nie ma mowy o stresach, zresztą na tym początkowym etapie trzeba przygotować się przede wszystkim do długotrwałego wysiłku. Na razie wszystko jest w porządku, byleby tylko buty wytrzymały jak najdłużej. Zbyszek ma tylko dwie pary. Przynajmniej o dwie za mało jak na ten dystans. Ale… na razie nie warto zaprzątać sobie głowy butami. Idzie się.Zapowiedź klęskiNa siedemdziesiątym kilometrze błąd! Czy to wgłębienie asfaltu, czy też nagłe rozluźnienie psychiki, w każdym razie kość piszczelowa w jednej chwili rozpala się okropnym bólem. Minęła już noc, a tu przez zmrużone cierpieniem oczy zawodnik dostrzega gwiazdy. Jeszcze kilka takich nieprzyjemnych błysków i trzeba się zatrzymać. Przystaje sanitarka. Wysiada lekarz. Jest tylko czas na pobieżne oględziny. Krótki masaż, okład z lodu, maść. Ból ustępuje, szczególnie po krótkim zamrożeniu lodem. Lekarz proponuje rezygnację z dalszego marszu. Zbyszek nie zgadza się. Ma zamiar przywyknąć do bólu. Musi przecież pokonać samego siebie.Rusza znowu i natychmiast krzywi się w bolesnym skurczu. Głowa raz po raz unosi się do góry. Tam akurat jest spokojnie, za to tutaj, na ziemi, wydaje się, że faluje asfalt. Niewygaszone jeszcze światła przejeżdżających samochodów działają drażniąco na nerwy. A trzeba jeszcze pokonać ból w nodze. Trzeba go wykreślić ze świadomości, zwalczyć.Okropna to walka. Mija dziesięć kilometrów. I znowu konieczność krótkiej przerwy na masaż i na okład z lodu. A potem jeszcze raz w drogę! Mobilizacja wzrasta do maksimum. Ciężar ciała trzeba przerzucić na drugą, zdrową jeszcze nogę. Więcej uwagi trzeba teraz poświęcić koordynacji ruchów.Ambulans czeka na pechowcaPić! Jeść! Bez tego nikt daleko nie dojdzie. Zaopatrzenie ciągnie w rytm marszu uczestników. Co piętnaście, dwadzieścia minut kubek z kawą i kanapka lub ciastko. Organizm potrzebuje kalorii. Zbyszek jest wysoki. Na starcie ważył siedemdziesiąt kilogramów. Kiedy skończy się jego kulejąca odyseja, będzie prawie o dziesięć kilo lżejszy.Kończy się dzień. Sto pięćdziesiąt kilometrów pozostaje za plecami. To już coś! Niestety, na podeszwach stóp rosną pęcherze. Coraz wyraźniej dają o sobie znać. Obsługa ambulansu dostrzega niezborny chód zawodnika i ponawia propozycje rezygnacji. Niech się Zbyszek położy, niech już da spokój!Macha tylko ręką i opędza się jak od natrętnej muchy. Musi iść!Mija druga noc i drugi dzień. Lekarz zaprzestał już swych propozycji. Ambulans jedzie wciąż z wolnym miejscem dla zawodnika, który demonstruje widoczną niesprawność, a zawodnik wciąż idzie. Co jakiś czas bierze tylko krótki masaż i przykłada lód do piszczela.Nareszcie! Punkt kontrolny na 255. kilometrze. Półmetek. Zbyszek wali się na łóżko i momentalnie zasypia. Nogami zajmuje się jego sportowy opiekun. Zdejmuje mu obuwie i skarpety. W ręku trzyma ostry skalpel. Przystępuje do skrupulatnego ściągania licznych pęcherzy. Potem następuje smarowanie maścią zabezpieczającą i na tym na razie koniec.A Zbyszek śpi. Całe trzy godziny. Tyle przewiduje regulamin supermaratonu. Szczyt szczęścia! W takiej chwili jest to dla niego największa nagroda za ogromny trud marszu.I znowu na szosie. Znowu noc. Krótki, ale obfity deszcz. Dresy nasiąkają wodą. Niewielki to kłopot. Jeszcze dziesięć, piętnaście kilometrów i woda wyparuje. Za to gwiazdy ma już Zbyszek bardzo nisko. Pod nogami. Bo chmury rozeszły się, odsłoniły granatowe niebo, a szerokie kałuże błyszczą jak lustra. W nich przegląda się całe niebieskie sklepienie. Co kilka metrów przydeptuje się więc nową gwiazdę, by za każdym krokiem odczuć żar w nodze. Przez kilka chwil Zbyszkowi wydaje się, że to tylko deptane gwiazdy tak parzą. Niestety, ból nasila się nawet wtedy, gdy nogi omijają błyszczące punkty na asfalcie.Zbyszek zapomina już, ile dni ma za sobą, a ile przed sobą. Świadomość nastawiona jest tylko na licznik kilometrów. Byleby dojść do mety!A do Colmaru jeszcze sto kilometrów!Kolejny atak bólu. Tym razem już nie do wytrzymania. Zbliża się koniec dramatu na szosie. Czterysta dziesiąty kilometr. Rozpacz i… rezygnacja. Zbyszek już wie, że dalej nie zrobi nawet kroku. Przywołuje ambulans.Prześwietlenie wykazuje pękniętą kość piszczelową. A zatem Polak przeszedł w tym stanie 340 kilometrów!Organizatorzy klasyfikują zawodników, którzy osiągnęli co najmniej 400 kilometrów. I tutaj niespodzianka: Zbyszek Klapa na dwunastym miejscu! Mało tego. Francuskich organizatorów mistrzostw ogarnia taki podziw dla wytrwałości Polaka, że przyznają mu nagrodę „fair play”. Niesamowita satysfakcja. Zbyszek pokonał własną słabość i udowodnił, że istota sportu nie tkwi w mięśniach, lecz w osobowości.Ni
e do zdarcia
Minęło 17 lat. Zbyszek znowu stoi na linii startu. To już normalka, wszak w morderczym maratonie bierze udział prawie co roku. Kondycja fizyczna dopisuje nieustannie, psychika zahartowana w boju, może się więc wydawać, że człowiek pozbył się stresów raz na zawsze. A to nieprawda!Doszły nowe. W ciągu tych lat Zbigniew Klapa został idolem francuskich kibiców. Trudno więc dziwić się, że wszystkie kamery są wycelowane przede wszystkim w niego. Ma za sobą dwa medale brązowe, trzy srebrne i cztery złote. Ludzie nie przyszli tylko po to, aby jeszcze raz popatrzeć na swojego ulubieńca. Domagają się zwycięstw! Okrzyki „Klapa!” z akcentem na drugą sylabę nie pozostawiają najmniejszych wątpliwości. Klapa ma wygrać, bo inaczej obrazi się na niego cała Francja! Publiczność już taka jest. Chce, aby jej idol był niezniszczalny, a jeżeli się nie sprawdzi – niech zajmie ostatnie miejsce i niech wypadnie z pamięci. Dopiero wtedy można będzie poszukać sobie nowego idola.Jeszcze w roku 1988 telewizja francuska wyświetliła program o Zbigniewie Klapie. Podkreślono tam, że zawodnik ćwiczy już dwadzieścia lat bez trenera i bez lekarza, a żeby wyjechać na zawody międzynarodowe, musi wykorzystać swój urlop z pracy. Ostatni amatorski sportowiec świata! Człowiek nie z tej epoki! Wielokrotny zwycięzca eliminacji na sto i dwieście kilometrów, niezłomny Polak, który uparł się, że przynajmniej raz musi wygrać Wielki Maraton (wtedy jeszcze nie wygrał ani razu).Film okazał się szczęśliwy dla Klapy. Już w trzy miesiące później otrzymał on list od francuskiego lekarza Xaviera Michau, który zaproponował swoją pomoc, byleby tylko Zbyszek nie przestał startować. Ten nieoczekiwany sponsoring okazał się zbawienny. Zbyszek trzykrotnie zwyciężył w zawodach na czas. Polegało to na tym, aby przejść jak najwięcej kilometrów w ciągu 28 godzin. Jego rekord wyniósł 248 kilometrów, a to oznacza. że jego średnia szybkość wyniosła wtedy prawie 9 kilometrów na godzinę.W każdym razie dla Zbyszka, który kiedyś maszerował na względnym luzie, rozpoczął się okres ogromnego obciążenia psychicznego, On MUSIAŁ zajmować dobre miejsca, bo tego życzył sobie i sponsor, i publiczność.Hamulce włączają się sameMonotonię marszu na szosie urozmaicają tylko punkty kontrolne. Jest ich w sumie trzydzieści. Na każdym z punktów zawodnik odbija „kartę drogową”. Zmęczenie jest jednak sowicie nagradzane. Czy to w dzień, czy w nocy – tłumy ludzi wiwatują wokół pozycji zajmowanych przez komisje sędziowskie. A poza tym trzeba cały czas jeść, w przeciwnym wypadku zachodzi komiczne zjawisko. Człowiek staje i nie może zrobić kroku naprzód. Dopiero łatwo strawne pożywienie od nowa uruchamia mięśnie. W nocy też dzieją się dziwne rzeczy, w których główną rolę gra świadomość, a raczej okresowy jej brak. Idzie się na szczęście ciągle w jedną stronę, ale gdyby ktoś ustawił nagle zawodnika bokiem, poszedłby bez protestu w pole, w las lub w rzekę – i tak nie wiedziałby dokąd idzie. Dopiero światła wielkiego miasta zaczynają działać ożywiająco na umysł. Klapa ze zdumieniem zdaje sobie wtedy sprawę, że kawał drogi przeszedł, nie wiedząc, że idzie.Za każdym z uczestników jedzie ekipa menedżerska, składająca się z około 30 osób, a wśród nich jest lekarz, masażysta, dietetyk, „butolog” (to znaczy ktoś, kto dba, aby zawodnik zmienił w odpowiednim czasie sfatygowane adidasy – Zbyszek wyrzuca na trasie już siedem par butów) oraz specjalista od likwidacji pęcherzy na stopach. Ekipa jedzie, o zgrozo, samochodami na pierwszym biegu! Trasa Paryż – Colmar jest jednocześnie sprawdzianem wytrzymałości nowo wyprodukowanych silników.Jeszcze jedno zwycięstwoSobota, godzina 16.30. Nareszcie Colmar! Jako pierwszy do mety dochodzi „nasz człowiek”. Zwycięża po raz piąty!Ogromne tłumy wiwatują na jego cześć. Publiczność nie jest wcale zaskoczona, bo przecież spiker nieustannie nadaje ze śmigłowca, kto prowadzi, a przy okazji referuje też cały życiorys mistrza. Orkiestra gra Mazurka Dąbrowskiego. Do sali przeznaczonej na konferencję prasową wchodzą za zwycięzcą najpierw dziennikarze (z Polski nigdy nie było nikogo), a za nimi pakują się kibice. Aż gęsto od ludzi, a tu Zbigniew Klapa bez odpoczynku musi odpowiadać na pytania. Na prywatnej taśmie wideo widać zmęczoną twarz Mistrza i rozszerzone z emocji źrenice kibiców. Wszyscy pytają, kiedy było najciężej. Klapa wyraża uprzejme zdziwienie, że w ogóle doszedł, bo przecież to jest absolutna fantazja, aby tyle przejść. Dodaje, że jeszcze przed metą postanowił dać sobie spokój z tym zwariowanym sportem, ale teraz wydaje mu się, że jeszcze trochę pochodzi. Na pytanie, jakiego oczekuje przyjęcia u siebie w kraju po zwycięstwie we Francji odpowiada, że żona i dwie córki zawsze przyjmują go serdecznie. Jeżeli natomiast chodzi o tak zwane powitanie oficjalne, to gdyby był przynajmniej zawodnikiem piłkarskiej klasy „A” – wtedy obywatele wyszliby nawet z transparentem. Profity Zbyszka z tytułu zdobywania czołowych miejsc w mitingach i mistrzostwach międzynarodowych sprowadzają się do następującego rejestru: radio turystyczne, rożen, opiekacz do chleba, mały telewizor, lodówka (dostał ją w 1983 roku, czyli wtedy, gdy nie było w nią co włożyć), samochód Skoda Favorit oraz trudna do policzenia ilość pucharów. Sezonem najlepszym pod względem sportowym okazał się rok 1999. Zbyszek pobił wtedy rekord trasy, ustanowiony zresztą przez niego samego jeszcze w roku 1995, kiedy to do Colmaru przybył po 60 godzinach i 13 minutach. Półtora roku temu owe 520 kilometrów pokonał w czasie 58 godzin i 53 minuty. Pech dopadł go jednak w czerwcu ubiegłego roku. Na trasie nagle okazało się, że zdrowie szwankuje – organizm nie przyjmował pokarmu. A przecież „przechadzka” na pół tysiąca kilometrów o głodzie byłaby absolutnie niemożliwa, bo nie dochodzi wtedy do spontanicznej regeneracji sił. Krótko mówiąc – zabrakło dostawy energii. Majster samochodowy powiedziałby wprost, że siadła pompka paliwa i gaźnik jest pusty. Praktycznie rzecz ujmując – tak to właśnie wyglądało. Niewiele czasu jednak potrzebował międzynarodowy Mistrz Francji, aby wziąć skuteczny odwet. Już we wrześniu pobił rekord świata w chodzie na czas. W ciągu 28 godzin nieprzerwanego marszu osiągnął odległość 250 kilometrów!A tak w ogóle, to Zbyszek Klapa przygotowuje się do kolejnego startu w kolejnych zawodach na trasie Paryż – Colmar. Kiedy dzwonię do niego przed 21.00, nie mam szans na kontakt. O tej porze jest jeszcze „na asfalcie”. No cóż? Kiedy nakręcano u nas film „Człowiek z żelaza”, nikt jeszcze nie znał Zbigniewa Klapy. W konkurencji, którą on uprawia, człowiek „z krwi i kości” nie miałby czego szukać.Mirosław Prandota

Komentarze: