Chudnę, tyję, chudnę, tyję… i co dalej?

Miałam 25 lat, 160 cm wzrostu, 65 kg wagi i niewielki brzuszek. Powoli zauważałam, że moja figura coraz bardziej traci na wartości. No cóż, ze smukłej nastolatki sprzed lat, zaczynałam stawać się dojrzałą kobietą. Tu i ówdzie powstały niewielkie krągłości, skóra coraz bardziej traciła jędrność, a na domiar złego zaczął pojawiać się ten okropny cellulit. Często uspakajałam się, że po dwójce dzieci to normalne. Tak nas widocznie stworzyła natura. Jednak do końca nie dawało mi to spokoju.

W oczach męża coraz bardziej dostrzegałam błagalne spojrzenie: „Proszę, zacznij robić coś ze sobą, czy nie widzisz, co się dzieje?”. Zaczęłam… Dziś mam 35 lat, 97 kg wagi i wyglądam szkaradnie. Od dziesięciu lat uporczywie zrzucam nadwagę. Niestety, zamiast kilogramów straciłam jedynie zdrowie, męża, mnóstwo pieniędzy i ochotę do życia…

Nasza bohaterka to niewątpliwie silna kobieta. Przez dziesięć lat uciążliwe zmagała się z nadwagą, borykała ze swoimi słabościami i przestrzegała żelaznych reguł coraz nowszych metod odchudzania. Wypróbowała niemal wszystkie dostępne na rynku „diety cud”, rewelacyjne preparaty oraz wiele innych, mniej konwencjonalnych metod. Ile to razy się głodziła, z bólem wyrzekała przyjemności, mdlała z wycieńczenia, popadała w różne choroby, a waga wciąż nieubłaganie szła w górę. Przegrała… Ale dlaczego, czyżby spotkał ją złośliwy los? Liczba ofiar współczesnych metod odchudzania wciąż wzrasta. Dla sfrustrowanych grubasów wciąż wymyśla się nowe rozwiązania, aby choć odrobinę ulżyć ich cierpieniom. Niestety, ciągle bezskutecznie. Dlaczego mimo tylu „rewelacyjnych” metod i środków, przedkładanych obietnic i gwarancji, co druga osoba walczy z nadwagą bez żadnej wyraźnej perspektywy na sukces? W obliczu tej bezradności odchudzanie staje się powoli jedynie modą, rozrywką i przygodą. Prawie każda osoba z nadwagą, mimo wielu przeróżnych i bezowocnych kuracji oraz wielu rozczarowań, nadal poszukuje złotej recepty, chociaż tak naprawdę już żadna z nich nie wierzy w jakikolwiek efekt. Na rynku istnieje ponad 300 najróżniejszych diet, określanych jako rewelacyjne i jedyne niosące szczęście i sukces. Wymyślono niezliczoną liczbę środków odchudzających, leków, kosmetyków i przyrządów, a jednak nadwagę udaje się trwale zrzucić jedynie 5 osobom na 100, z czego 3 są do tego zmuszone, ze względu na nasilające się ryzyko utraty zdrowia. A jednak, mimo wielu niepowodzeń i rozczarowań, wciąż próbujemy. Niestety, niewielu zdaje sobie sprawę z tego, że organizm za te wszystkie brutalne „diet-testy” prędzej czy później się na nas zemści. Jest cierpliwy, ale do czasu. Wielokrotnie powtarzane eksperymenty typu „stosuję – chudnę – tyję”, chociaż wyglądają na pozór niewinnie, to jednak powoli i brutalnie kierują się przeciwko nam. Nasz ustrój posiada wbudowany program, pozwalający chudnąć tylko określoną ilość razy. Wyobraźmy sobie, że ów program jest nastawiony na 10 kuracji. Gdy wykorzystamy 5 z nich, to nie tylko obniżymy swoje szanse na schudnięcie do połowy, ale także będziemy w stanie zrzucić już tylko 50% z tego, czego mogliśmy dokonać na samym początku. Ta niezwykła ostrożność naszego organizmu zdaje się mieć całkiem logiczne uzasadnienie. Gdyby człowiek (czyt. organizm) stworzył sobie odpowiednie warunki (czyt. styl życia) pozwalające zarabiać sporo pieniędzy (czyt. kilogramów), z pewnością czułby się stabilnie. Gdyby rosło jego konto, zapewne nie blokowałby wciąż rosnących wpływów. Było by to nielogiczne. Stabilna pozycja finansowa (czyt. otyłość) pozwalałaby mu realizować nie tylko pierwszoplanowe potrzeby, ale z pewnością mógłby sobie pozwolić również na niewielką rozrzutność. Im człowiek posiada więcej pieniędzy, tym łatwiej mu je tracić. Niestety, przyzwyczajony przez lata do warunków na odpowiednim poziomie (czyt. otyłość ustabilizowana ), nie może sobie pogarszać warunków życia tylko poprzez nadmierną rozrzutność. Musi więc uważnie kontrolować swoje wydatki i nad nimi czuwać. W momencie pojawienia się pierwszych zagrożeń w dotychczasowej sytuacji finansowej (czyt. schudnięcie), musi się sprężyć i zacząć oszczędzać. To pierwsze ostrzeżenie daje jednocześnie sygnał, aby poprawić stan swojego konta i być bardziej zabezpieczonym przed takimi niespodziewanymi okolicznościami. Jednocześnie człowiek staje się bardziej rozważny i oszczędny. No cóż, na błędach się uczy. Oczywiście zdarzają się wśród nas jednostki, które pomimo ogromnych kont są niesamowitymi dusigroszami (czyt. otyli monstrualnie), jak również tacy, dla których pieniądze nie mają większego znaczenia, tracą je na bieżąco i jedynie żyją chwilą (czyt. wychudzone obżartusy). Gdy myślimy, że podjęta przez nas kolejna „rewelacyjna” kuracja przejdzie bez echa, jesteśmy w ogromnym błędzie. Każdym nieprzemyślanym krokiem robimy sobie mnóstwo krzywdy i zanim zorientujemy się, że coś jest nie tak, z reguły jest już za późno. Chwilami dziwię się, do jakiego stopnia jest w stanie rozwinąć się ludzka bezmyślność i naiwność. Niedawno przeczytałem w jednej z gazet o pewnej pani „specjalistce leczenia nadwagi” (notabene: lekarz medycyny), która reklamuje się, że odchudza na różne okazje, np. imieniny, wesela itp. Jej klientki wypowiadały się o niej bardzo pozytywnie. Zawsze, gdy są w potrzebie, przychodzi im z pomocą. Posiada określone druczki i w zależności, w którą sukienkę nie mogą wejść – taką wydaje im dietę. Miałem również okazję być na jednym ze spotkań organizowanych przez dystrybutorów koktajli odchudzających. Gdy jedna z obecnych tam pań spytała, ile musiałaby zakupić puszek, by schudły jej o parę centymetrów uda, organizatorka spotkania (zawód wyuczony: krawcowa) odpowiedziała z ogromną dozą pewności: „…na moje oko – około dwóch”. Niesamowite, a jednak prawdziwe… Osobiście podziwiam większość pań za szczególną wytrwałość, bowiem mimo nadzwyczajnej motywacji nie byłbym w stanie przez dwa tygodnie jeść kiszoną kapustę i popijać wodą mineralną, albo chrupać przez tydzień surowe marchewki. Ale cóż, kobiety są ponoć bardziej wytrzymałe. Wszystko bym zrozumiał, gdyby to samoudręczanie miało jakieś wymierne korzyści i dawało efekty, ale tak znęcać się nad sobą dla 3 kilogramów, kiedy do zrzucenia jest jeszcze 30! Nonsens! Po przerwaniu każdej kolejnej kuracji daje się zauważać nie tylko ponowny przyrost kilogramów, ale także brak racjonalnych działań. Gdy próbowałem śledzić w porządku chronologicznym podejmowane przez grubasów kuracje, okazało się, że najpierw podchodzili do sprawy bardzo rozważnie i z namysłem, jednak nie starczało im na tyle silnej motywacji, by to kontynuować. Później pomysły stawały się coraz bardziej wybujałe, najpierw impulsywne głodówki, potem zaliczanie kolejnych szarlatańskich diet, aż w końcu na wisiorkach i amuletach kończąc. Gdy sobie myślimy, że nasz organizm jest tak naiwny i bezmyślny jak my sami, jesteśmy w błędzie. Złożona wewnątrzustrojowa fizjologia nie da się oszukać. Nie pozwala sobie na jakiekolwiek eksperymenty i przypadkowość. Gdy zablokujemy drastycznie jeden szlak metaboliczny, momentalnie otwierają się trzy inne furtki o wiele bardziej dla nas nieprzyjazne. Nasz organizm jest niezwykle inteligentny i bez trudu rozpoznaje nasze mało logiczne zamysły. Dziwne byłoby, gdyby ta niesamowita maszyneria, która potrafi rozróżniać tysiące mikroskopijnych drobnoustrojów, wnikających do naszego organizmu, nie umiała odróżnić ociekającego tłuszczem schabowego od grejpfruta. A w naszym prostym mniemaniu wydaje się nam, że wymyśliliśmy niesamowicie podstępną strategię. To tak, jakby motyl na drodze chciał wpłynąć na kierunek jazdy samochodu. Powstaje więc pytanie, czy istnieje jeszcze dla milionów osób z nadwagą jakikolwiek ratunek. Tak, rozwiązanie jest bardzo proste, pod warunkiem, że zamiast kiszonej kapusty i grejpfrutów używa się rozumu. Pozbywanie się nadwagi, chociaż na pozór wydaje się problemem niezwykle złożonym, nie wymaga w rzeczywistości żadnej tajemnej wiedzy. Tysiące ludzi poradziło sobie z tym problemem raz na zawsze bez ogromnych wyrzeczeń, starań i męczarni. Udało im się. Czy byli szczęściarzami? Z pewnością nie. Zrozumieli oni, że sedno sprawy nie tkwi w żadnych wymyślnych dietach, rewelacyjnych środkach odchudzających czy
skomplikowanych przyrządach. Pewnego dnia nawiązał się w nich właściwy dialog między rozumem a nadwagą. Myślę, że tak naprawdę każdy grubas zna przyczynę swojego problemu i bezbłędnie może wskazać popełniane przez siebie błędy. Jednak wciąż próbuje oszukiwać samego siebie, że ta pizza przed snem lub kilka godzin w fotelu przed telewizorem nie mogą być przyczyną jego nieszczęścia. Wciąż więc próbuje zaślepiać swój umysł i doszukiwać się przyczyn swego problemu, użalać się nad sobą, swoim losem i zazdrościć szczupłym sylwetki. Kochany Grubasie, pamiętaj, że nadwaga nie powstała z powietrza! Gdzieś w swoim życiu popełniałeś większe lub mniejsze błędy, które w sumie dały obraz Twojej dzisiejszej postaci. Musisz więc cofnąć się, bo stoisz nad ogromną przepaścią. Teraz tylko od Ciebie zależy, czy będziesz chciał zastanowić się nad sobą, czy też zrobić kolejny, bezmyślny krok naprzód…

Artykuł ukazał się w „Kulturystyce i Fitness” Nr 1/2003. © Copyright by Wydawnictwo KiF.

Komentarze: