Rozmowa z Michałem Kopcikiem, gwiazdą Turnieju Debiutów – Bydgoszcz 2000

Rzadko trafia się „facet znikąd”, który na pierwszym turnieju wygrywa od razu wszystko, co jest do wygrania. Przecież na Debiutach 2000 najpierw zająłeś pierwsze miejsce w kategorii do 80 kg, a potem wygrałeś open…– Wcale nie jestem „znikąd”, bo startowałem już kilka lat w wyciskaniu sztangi leżąc. Tylko że wszyscy koncentrują swoją uwagę na kulturystyce i nie widzą konkurencji siłowych. Dla kogoś takiego na pewno byłem „znikąd”.To prawda. Ani trójbój, ani też wyciskanie sztangi na ławce nie są konkurencjami tak bardzo eksponowanymi, jak występy kulturystyczne, a przecież podnoszenie dużych ciężarów służy kształtowaniu ciała prawie w takim samym stopniu, jak klasyczne „body building”. Nogi też ćwiczyłeś?– Od dziesiątego roku życia grałem w piłkę nożną. A więc nogi zacząłem ćwiczyć o wiele wcześniej niż ręce.Długo to trwało?– Gdy skończyłem grać, miałem już 17 lat. Najpierw byłem zawodnikiem Chojeńskiego Klubu Sportowego, a potem ŁKS Łódź. W kadrze Łodzi też grałem.A zatem miałeś przed sobą naprawdę wygodną przyszłość! Dlaczego zrezygnowałeś?– Zmogły mnie kontuzje. Właśnie w wieku 17 lat miałem pierwszą operację kolana. Wycięto mi wtedy część łękotki. W rok później straciłem już to, co z niej zostało, a jeszcze później przyszła trzecia operacja, w wyniku której chirurg pozbawił mnie więzadeł krzyżowych. Całe kolano poszło do rozbiórki!To prawdziwy horror! A niektórzy jeszcze do dziś mówią, że sport to zdrowie. Podoba Ci się to określenie?– Brzmi dobrze, ale chyba nie dotyczy tego, o czym my tu mówimy. Sport wyczynowy, to historia z innej półki. Tej trochę bardziej narażonej na niezdrowy kontekst.Ale przecież wyszedłeś na swoje! Zostałeś kulturystą.— Bo postawiłem sobie taki cel, a ponieważ byłem uparty, więc się udało. Poszedłem do takiego małego klubu „Herkules” i od tego momentu zaczęło się dla mnie coś nowego. Tam trenerem był Dariusz Urbańczyk, wielokrotny mistrz Polski i Europy w wyciskaniu sztangi leżąc. Zacząłem ćwiczyć razem z nim. Oczywiście nastawiałem się wtedy przede wszystkim na zdobycie siły, kulturystyka zainteresowała mnie dopiero później.Kolano już nie dolega?– Nie wystawiam go na kopniaki jak kiedyś.Wyciskanie sztangi rzeczywiście nie nadweręża kolan, ale łokcie i barki jak najbardziej.– Czułem to.Może wyciskałeś za duże ciężary? Nie mogłeś wyciskać trochę mniej?– Nie, bo po to trenowałem, żeby wygrywać.Racja. Dużo podnosiłeś?– Sporo. Mój rekord na treningach to 220 kg.Jak to się przekłada na medale?– W 1996 r. w kategorii do 100 kg zająłem pierwsze miejsce na Mistrzostwach Polski Juniorów. Wycisnąłem wtedy 180 kg i z tym wynikiem byłem drugi wśród seniorów. Dwa lata później wystartowałem już jako senior, wycisnąłem 210 kg i to dało mi czwarte miejsce.A czy nie pociągał Cię pełny trójbój?– Nie, bo cały czas musiałbym myśleć o sfatygowanym kolanie.Jak znam życie, to domyślam się, że jednak zrobiłeś sobie jakiś sprawdzian siłowy na nogi mimo tych trzech operacji kolana.– To prawda. Lekarze powiedzieli, że nogę trzeba budować, bo jak już mięśnie są, to trzymają staw kolanowy w prawidłowej pozycji.Tak myślałem. Wobec tego od razu przyznaj się, ile wziąłeś na przysiad, a potem obydwaj zapomnimy, że w ogóle zdobyłeś się na coś takiego.– Przyznaję, że zaryzykowałem… 250 kg…Strach pomyśleć! Na wszelki wypadek nie mów o tym swoim lekarzom. Wróćmy do wyciskania sztangi, bo to jednak trochę zdrowsze. Długo się w to „bawiłeś”?– Cztery lata. Nawet kiedy już przestawiłem się na kulturystykę, to jeszcze startowałem w wyciskaniu.Ale ćwicząc kulturystykę też robi się wyciskanie sztangi. Niektórzy twierdzą nawet, że to ćwiczenie podstawowe na sylwetkę.– Chyba tak, ale w „siłówce” podnosi się ciężar raz, czasem dwa lub trzy. Stawy najpierw trzeszczą, a później bolą, bo wyciska się ciężary maksymalne. Chodzi przecież o to, aby podnieść jak najwięcej i trzeba to sobie wypracować. W kulturystyce chodzi o sylwetkę, więc trening jest inny. Mogę sobie pozwolić na taki ciężar, który wyciskam dziesięć razy. Dzięki temu mniej narażam się na kontuzję.Co trzeba w sobie mieć, aby dojść do takiej siły?– Przede wszystkim predyspozycje. No i trzeba wytyczyć sobie cel, a potem już tylko realizować go.„Tylko”? Dobrze powiedziane. A co trzeba jeść, bo „paliwo” też chyba jest ważne?– Przy konkurencjach siłowych je się wszystko i do tego jak najwięcej, a podczas ćwiczeń na sylwetkę je się tylko to, co w ogóle można jeść.Na przykład?– Przepis jest ciągle ten sam. Ryż, pierś kurczaka i białka jajek.I tak dzień w dzień?– Nie ma wyjścia. Dotychczas nie wynaleziono innego przepisu na dietę profesjonalnego kulturysty.Czy to nie jest masochizm?– Można to tak nazwać, ale w życiu już tak jest, że każdy funduje sobie jakieś ograniczenia, gdy wytyczy sobie określony cel.A gdyby tak postawili przed Tobą talerz ze sznyclem po wiedeńsku?– To by sami zjedli.Długo można wytrzymać bez tych przysmaków?– Początkowo było ciężko, ale teraz przywykłem w takim stopniu, że nawet o nich nie myślę. To kwestia treningu. W pewnym sensie oczywiście, bo przezwyciężanie trudności zawsze wymaga jakiegoś treningu. W każdym razie, gdybym teraz jadł to samo, co w trakcie moich przygotowań do wyciskania, nie miałbym szans na zajęcie dobrego miejsca w zawodach kulturystycznych.No właśnie. Na mistrzostwach Polski w Białymstoku, jeszcze w roku 2000, zdobyłeś trzecie miejsce w kategorii do 80 kg. Kibice mówili, że należało Ci się drugie. Podobna sytuacja miała miejsce w rok później w Warszawie podczas Pucharu Polski. Dla wielu kibiców byłeś pierwszy, dla sędziów – drugi. Skąd bierze się ta różnica w ocenach?– Nie do mnie ona należy. Sędziowie sklasyfikowali mnie niżej, więc nie ma o czym mówić. To nie trójbój, gdzie konkretny wynik decyduje o zwycięstwie lub przegranej. Podczas prezentacji sylwetki zawsze może wyjść „coś nie tak”, człowiek o tym nie wie, a sędziowie wyłapują plusy i minusy.Ale tak „na oko”, to ważysz dużo więcej niż 80 kg. Ile masz naprawdę?– 98. W okresie pozastartowym zwykle tyle ważę.Czy to znaczy, że przed zawodami zbijasz prawie 20 kilogramów?– Tak. W ciągu dwóch miesięcy. Ograniczam spożycie węglowodanów, zwiększam ilość ćwiczeń aerobowych, zwiększam też ilość białka w diecie i wtedy waga spada.A co z płynami? W trakcie treningu trzeba przecież pić, a to z kolei nie sprzyja utracie wagi.– Normalnie piję 6 litrów wody dziennie. W okresie przed zawodami tylko szklankę dziennie.Ale to wszystko ma niewiele wspólnego ze zdrowym stylem życia!– Już mówiliśmy, że sport wyczynowy zajmuje dość odległe miejsce od tego, co określamy mianem „zdrowia”.Godzisz się na to bez zastanowienia?– Nie do końca. Postanowiłem, że w najbliższej przyszłości będę startował w kategorii do 90 kg, co przy wzroście 172 cm jest optymalnym wyborem. Jeżeli tracę 7-8 kilogramów w ciągu tych samych dwóch miesięcy, to już jest bezpieczne gubienie tkanki tłuszczowej. Inna rzecz, że akurat w tej kategorii będzie mocna konkurencja.Domyślam się, że na Twoje decyzje miały wpływ głosy jakichś doświadczonych trenerów i zawodników. Może warto by wymienić nazwiska „promotorów”?– Jak najbardziej. O Dariuszu Urbańczyku już mówiłem. A na zmianę moich upodobań z siłówki na kulturystykę wpłynął Andrzej Maszewski, który przekonał mnie, że wa
rto poćwiczyć na sylwetkę. Sztuki przygotowywania diety nauczył mnie Paweł Brzózka, natomiast wymierne postępy w kulturystyce osiągnąłem ćwicząc w klubie „Bodyline”, gdzie zajęcia prowadzi Ewa Kryńska. Jak z tego widać, jeden mały sukces ma wielu dużych ojców.Pozostaje mi już tylko zapytać, czy kulturystyka to u Ciebie jedyny przepis na przetrwanie, czy też masz jeszcze jakiś inny punkt zaczepienia się w życiu?– Ukończyłem dwuletnie studium pomaturalne o kierunku ekonomicznym, mam więc zawód: jestem ekonomistą. Aktualnie prowadzę firmę kosmetyczną i solarium. Mam pracę, mam swoje hobby i cały kłopot sprowadza się tylko do tego, aby zdążyć z jednym i drugim na czas. Ale. . . nie narzekam.Dziękuję za rozmowę.Rozmawiał Michał Warecki

Komentarze: