Rozmowa z Pawłem Fillebornem, prezesem Polskiego Związku Kulturystykii Trójboju Siłowego

Kulturystyka ciągle jest bacznie obserwowana przez różnego rodzaju krytyków, którzy przy każdej okazji wyciągają na wierzch ciemne strony tego sportu. Mam na myśli środki dopingujące. Nie tak dawno zdarzyło się to chociażby w „Polityce”, gdzie w tendencyjnie napisany tekst zostały wplecione również Pana wypowiedzi…W tym przypadku dziennikarka dopuściła się manipulacji. Udostępniła mi do autoryzowania tylko moje wypowiedzi, natomiast cały tekst miałem okazję przeczytać już po wydrukowaniu numeru. Dopiero wtedy mogłem stwierdzić, jak infantylny materiał ukazał się w poważnym piśmie, ale tak jest zawsze, kiedy ktoś pisze o sprawach, na których się nie zna.Sęk w tym, że o kulturystyce w ogóle najczęściej piszą ludzie, którzy nie bardzo wiedzą, o co w tym sporcie chodzi. Programowo więc ograniczają się do odsłaniania jego ciemnych stron.No więc autorka artykułu „Jestem bicepsem” tym bardziej nie pokusiła się o oryginalność. Napisała to samo, co piszą inni dziennikarze-amatorzy. Oczywiście, zgadzam się z tym, co zostało napisane, ale jest to patrzenie wyłącznie przez pryzmat patologii. Dziennikarze zupełnie nie potrafią pojąć, że kulturystyka jest już z samego założenia najzdrowszą dyscypliną sportu. Ćwiczenia siłowe należą do programów rehabilitacyjnych różnych dziedzin medycyny, a nawet psychologii, czego akurat nie można powiedzieć o ukochanej przez dziennikarzy piłce nożnej, koszykówce, boksie czy hokeju. A przecież każda z tych dyscyplin może być oglądana przez pryzmat patologii i to niewyobrażalnie większej niż kulturystyka. Pisze się wiele o rzekomej agresji kulturystów. Owszem, bywa, ale ta „kulturystyczna agresja” jest niczym, w porównaniu z agresją piłkarzy albo hokeistów. A środki dopingujące zażywają dzisiaj nawet szachiści (efedryna), więc nie widzę powodu, aby czepiać się tylko kulturystyki. Gdyby artykuł w „Polityce” został zatytułowany mniej więcej tak: „Skutki uboczne stosowania sterydów w sporcie, między innymi w kulturystyce”, miałoby to sens. W tej postaci, w jakiej się ukazał, był nierzetelny, a ponadto sugeruje, że to ja patrzę na kulturystykę nieżyczliwym okiem, co jest kompletną bzdurą.Tym bardziej, że wybrzydzanie na kulturystykę w niczym nie oddaje poziomu tego sportu w naszym kraju. Może dla przeciwwagi przypomnimy Czytelnikom sukcesy reprezentacji Polski w ostatnim czasie?Aktualnie jest to najmocniejsza drużyna na świecie. W ubiegłym roku zdobyliśmy drużynowe Mistrzostwo Europy w kategorii mężczyzn, następnie ta sama drużyna zdobyła Mistrzostwo Świata. Do tego doszło Mistrzostwo Drużynowe Świata Kobiet w Kulturystyce i Fitness. Jeżeli pisze się o tym sporcie aż tak krytycznie, to wypadałoby najpierw przypomnieć chociażby te osiągnięcia. A swoją drogą, kulturystyka, tak jak inne sporty, przeradza się tu i ówdzie w swoją własną karykaturę. Mam tego świadomość i uważam, że należy się temu przeciwstawiać.Ponieważ obydwaj jesteśmy kompetentni w tym temacie, przejdźmy od razu do owej „karykatury”, aby nie było wątpliwości, że pewne rzeczy uchodzą uwadze ludzi, którzy z kulturystyką mają do czynienia na co dzień. Otóż do znanych już nałogów i uzależnień doszedł nowy: patologiczny kult własnego ciała. Celowo podkreślam zwrot „patologiczny”, bo to, co obserwujemy w niektórych środowiskach od co najmniej dziesięciu lat, zasługuje już tylko na leczenie. Ludzie stają raz po raz naprzeciw lustra i przerażenie ich ogarnia, bo oto odkrywają, że obwód w bicepsie spadł o całe 5 milimetrów. Wypadek czy katastrofa?Dla niektórych, niestety, katastrofa. Doszliśmy już do tego, że normalny i inteligentny człowiek o określonym światopoglądzie wstaje każdego rana z łóżka i od razu zaczyna się martwić, że wygląda gorzej niż wczoraj. Tego rodzaju uzależnienie od wyglądu zewnętrznego rokuje fatalnie dla osób uprawiających kulturystykę, bo z czasem przeradza się w obsesję.Jak mi się wydaje, nikt z otoczenia tegoż kulturysty nie dostrzega żadnej zmiany w jego wyglądzie, on zaś ma tak wyostrzony wzrok, że widzi każdy utracony milimetr…Na tym właśnie polega obsesja. Człowiek zaczyna dzień od stwierdzenia, że stracił pół kilo na wadze i teraz główkuje, co zrobić, żeby to odzyskać. Koledzy patrzą na niego z podziwem, a on odbiera ich podziw jako obciach. Wydaje mu się, iż cały świat już wie, że oto stracił formę, bo schudł o te pół kilo. Dla przeciętnego śmiertelnika jest to absolutnie niezrozumiałe, ale ktoś, kto jakiś czas temu założył hodowlę własnych mięśni, traktuje stratę każdego centymetra jako nieszczęście.Przed kilku laty znany był w środowisku warszawskim pewien nałogowy kulturysta, który nawet na wczasach, podczas największego upału, paradował w długich spodniach i w koszuli zapiętej na ostatni guzik, aby tylko nikt nie zobaczył jego sfatygowanej słońcem muskulatury. Czy takie „odbicia” grożą każdemu kulturyście po kilkunastu latach treningów?To tylko efekt zbyt wysoko postawionej poprzeczki. Ten dziwak, bo na pewno tak był odbierany przez otoczenie, mierzył bardzo wysoko, ale na marzeniach się skończyło. Na pewno osiągnął pewien sukces, stał się silny i proporcjonalnie zbudowany, ale ponieważ jego świadomość była nastawiona na „gigantyzm”, interpretował swoje rezultaty treningu jako niepowodzenie. Nieważne, że wyglądał lepiej, od innych. Istotne było to, że nie osiągnął zamierzonego celu. A że cel mieścił się na pułapie baśni, to już inna sprawa. Liczy się fakt, że dziwak nie akceptował siebie takim, jaki jest. A stąd już krótka droga do nowych kompleksów i stanów depresyjnych.A jednak ci wszyscy obsesyjni kulturyści chodzą regularnie na treningi!Tak, ale trening nie może być traktowany tak, jak u narkomanów narkotyk. Bierze się, aby czuć się normalnie, powiedzmy – w miarę normalnie. Trening kulturystyczny powinien dostarczać satysfakcji, powinien też poprawiać nasze samopoczucie. Kulturysta-paranoik natomiast chodzi na treningi, przede wszystkim po to, aby zapewnić sobie normalne samopoczucie. A chodzenie na treningi, głównie po to, aby czuć się normalnie, to już pachnie uzależnieniem typu narkotykowego. Człowiek idzie tam, bo musi! Kulturysta normalny nie musi, ale chce. To zasadnicza różnica. Trening musi mieć charakter uzależnienia pozytywnego, a nie pigułki, leczącej rozdygotaną psychikę.Czy nie jest tak, że ludzie oglądają zawody sportowe, gdzie występują prawdziwi gladiatorzy i potem chcą im dorównać?Na pewno tak. Ale do faktycznego gladiatorstwa trzeba najpierw dorosnąć. Zmienić całkowicie tryb życia. Przestawić motywację. Po diabła naśladować zawodowców, jeżeli nie ma się odpowiednich predyspozycji? Na siłę nie da się niczego zdziałać. Życie zawodowca to ciężka praca fizyczna, konkretne predyspozycje psychiczne i fizyczne oraz mnóstwo zainwestowanych pieniędzy w specjalne odżywki. No i wreszcie mnóstwo wyrzeczeń, na które akurat nie stać tych, którym się wydaje, że mogą osiągnąć wszystko. Po co się stresować, jeżeli od razu widać, że nic z tego nie wyjdzie? A przecież godzimy się na to, że mamy idola w muzyce lub w filmie. Czy jednak oznacza to, że od razu kupimy sobie fortepian i zaczniemy dawać koncerty szopenowskie? Na pewno nie. W kulturystyce też tak być powinno. Róbmy swoje, ale nie starajmy się zostać mistrzami za wszelką cenę.Czy magazyny specjalistyczne powinny pisać o tak zwanych bezpiecznych dawkach leków hormonalnych?Odpowiem pytaniem na pytanie: Czy znajdzie się lekarz, który zechce wypisywać recepty, mając na uwadze ewentualność zrujnowania pacjentowi zdrowia? Owszem, nie od dziś wiadomo, że w rejestrze leków istnieją preparaty hormonalne, ale przecież nikt nie wymyślił ich po to, aby faszerować nimi zdrowych ludzi. Hormony są przez
naczone dla ludzi chorych. Drogą wielu prób laboratoryjnych zostały dla nich ustalone dawki lecznicze. Czy ktokolwiek ma moralne prawo głoszenia, że jakaś inna dawka tych leków będzie mniej lub bardziej trująca? Porady, które trafiają się w niektórych pismach, nie pochodzą ze źródeł medycznych. Lekarze nie mają żadnego doświadczenia w stosowaniu 20-krotnie większych dawek od tych, które są już przyjęte. Wszelkie „porady” w tej dziedzinie mają więc źródło nieprofesjonalne. A poza tym komu takie porady miałyby służyć? Sportowcom, którzy podpisali deklarację, ze nie będą stosować dopingu?Jest jakiejś wyjście z takiej pułapki zastawionej na samego siebie?Byłoby najlepiej, gdyby delikwent zaczął od uderzenia głową w ścianę. To czasem pomaga, chociaż nie gwarantuje szybkiego wyleczenia. Jeżeli siła i wymarzona sylwetka były kiedyś celem, nie oznacza to, że zrealizowanie tego celu dało już pełną satysfakcję. Po drodze marzenia uległy zwielokrotnieniu, a więc to, co kiedyś było celem ostatecznym, stało się zaledwie celem na jakimś etapie. Jeżeli człowiek ważył 70 kilogramów i marzył o przyroście 10 kg mięśni, to kiedy już osiągnął swoje, uznał, że powinien jednak ważyć 90, a potem sto i więcej. Takie nieustające niezadowolenie z samego siebie prowadzi do nałogowej frustracji. Człowiek dusi się własnymi negatywnymi odczuciami, które sam sobie zafundował. Dokonuje cudów, aby tylko dalej zwiększać swoją wagę i swoje obwody, co i tak nigdy nie da pełnej satysfakcji. A ponieważ waga nie rośnie bez końca, sięga się np. po hormony.Hormony przyspieszają upragnione przyrosty, ale w końcu i tu jest pewna granica, bo mięśnie nie rosną bez końca. W pewnym momencie organizm przestaje reagować nawet na najsilniejsze bodźce. A co dzieje się, gdy hormony trzeba odstawić, bo dalsze zażywanie grozi już utratą zdrowia łącznie z całą muskulaturą?To rzeczywiście kłopot, bo niektórym wydaje się, że podczas zażywania koksu mięśnie osiągną wymarzone rozmiary raz na zawsze i że w razie „potrzeby” te rozmiary będzie można nadal powiększać. W praktyce okazuje się to niemożliwe, bo każdy organizm w przyrodzie funkcjonuje na z góry określonych zasadach. Branie koksu jest łamaniem praw przyrody, więc na dłuższą metę nie da się tego bazkarnie robić. Organizm zaczyna się buntować, a wtedy u młodego człowieka rodzi się depresja. Ta depresja pogłębia się, bo człowiek postawił sobie poprzeczkę jeszcze wyżej, a jednocześnie wie, że po odstawieniu hormonów zacznie od razu chudnąć. Znam przypadki młodych ludzi, którzy trenują siedem dni w tygodniu oraz przez całe upalne lato, bo im się wydaje, że tylko taki reżim zagwarantuje dobrą formę. To oczywiście specyficzny obłęd, ale gdy ktoś jest mocno uzależniony psychicznie od swojego wymarzonego odbicia w lustrze, robi głupstwa, które mogą zrozumieć tylko ludzie, którzy takie stany psychiczne mają już za sobą.A czy w ogóle można uwolnić się od tej obsesji?Bez pomocy psychologa raczej nie. Ktoś, kto na skutek różnych czynników (ostry trening, środki dopingujące, odżywki proteinowe, kreatyna) stwierdził któregoś dnia, że wygląda już dobrze, nigdy nie zapomni, że właśnie tak wyglądał i gdy tylko zauważy pogorszenie się formy, szybko zechce ją poprawić.Szybko, to znaczy jak?Za pomocą dużych dawek hormonów. I tak rodzi się uzależnienie. Bez sterydów forma błyskawicznie spada, bo była na nich robiona. Więc zaczyna się „brać” od nowa i tak w kółko. W najgorszej sytuacji są ci wszyscy, którzy przychodzą do klubu po raz pierwszy i od razu pytają, „co trzeba brać, aby zrobić z siebie giganta”. Tacy nie mają na ogół żadnego przygotowania sportowego i zamiast stopniowo zdobywać formę regularnymi treningami, chcą szybko nawalić na siebie 10-20 kilo dodatkowej wagi, aby pokazać swoim kolegom ze szkoły, ze studiów lub z pracy, jacy są silni. A tak naprawdę natychmiast po odstawieniu środków dopingujących zamieniają się w takich, jakimi byli na początku. Ich forma jest więc sztuczna, a tak naprawdę nie ma jej wcale.Dla nikogo nie ulega dziś wątpliwości, że sylwetkę komiksowego giganta upowszechniły amerykańskie magazyny kulturystyczne, prezentując non stop mutantów ważących po 130 kilogramów. Co można zrobić, aby zmienić mentalność polskich naśladowców?Właśnie robię teraz wszystko, aby zmienić dotychczasowy wzorzec. Bo nie tylko te magazyny są „winne”. Na zawodach również są preferowane sylwetki monstrualne, które jednoznacznie kojarzą się społeczeństwu ze środkami dopingującymi. A poza tym ogromna masa mięśniowa powoduje ograniczenie sprawności ruchowej, ma też negatywny wpływ na funkcję narządów wewnętrznych, zdrowie jest poważnie zagrożone. Dlatego właśnie wystąpiłem ostatnio z propozycją ograniczenia wagi zawodników w stosunku do wzrostu. Na przykład zawodnik o wzroście 173 cm nie mógłby ważyć więcej niż 90 kg. Idealne byłoby utworzenie kategorii do 85 i do 100 kg. W praktyce, mimo różnic wagowych w obrębie jednej kategorii, ze względu na różnicę wzrostu zawodnicy mogliby być z łatwością porównywalni, gdyż wizualnie wielkość ich mięśni byłaby podobna.To rzeczywiście stanowiłoby zaporę dla mutantów, a przy okazji zamknęłoby usta przeciwnikom kulturystyki, stawiającym słuszne zarzuty. Czy jednak taka propozycja ma szanse wejść w życie?Będziemy dyskutować o niej na forum europejskim. Na razie Amerykanie są przeciwni. Ale to Europejczycy zdobywają większość medali, więc to my powinniśmy decydować o regulaminie. Ostatecznie, mistrzostwa kraju czy Europy to nie Colosseum z gladiatorami w tle. Nie można w nieskończoność przedłużać sytuacji, w której publiczność nie chce już utożsamiać się z tym, co widzi na scenie. Jeszcze większy nacisk powinno się kłaść na ograniczenie rozwoju masy mięśniowej u kulturystek. Wyglądałyby o wiele korzystniej, gdyby ich sylwetki były tylko niewiele bardziej rozbudowane od fitnessek. Dopiero po wprowadzeniu takich ograniczeń można będzie liczyć na to, że Międzynarodowy Komitet Olimpijski zechce myśleć o kulturystyce jako dyscyplinie olimpijskiej.

Komentarze: