Niecierpliwość mięśniakówW numerze 2(39), w rubryce FORUM KULTURYSTYCZNE przeczytałem list czytelnika pod tytułem „Reklamowy zawrót głowy”. Jest tam dość katastroficzna wizja skutków przypadkowego zakupu suplementów przez „niegramotnego” kulturystę. Autor listu poddał w wątpliwość dobre (albo i niedobre) intencje producentów różnego rodzaju odżywek, zakładając przy tym, że „prawdziwych” informacji na temat różnych preparatów dostarczyć mogą jedynie dobrze przygotowani sprzedawcy.Otóż mam sporo wątpliwości zarówno co do rzekomej nieskuteczności suplementów jak i do kompetencji sprzedawców. Zwracam w tym miejscu uwagę na fakt, że minęły już czasy, kiedy do sklepu wpadał facet i krzyczał „biorę wszystko!”. Niestety, w dobie ostrej konkurencji i walki o klienta normalny producent, czyli taki, który jeszcze nie leczył się w psychiatryku, robi wszystko, aby uwiarygodnić się w oczach klienta. Fałszywki są więc raczej wykluczone, bo sprzedaż kitu może funkcjonować tylko na bardzo krótką metę. Zły towar sprzedaje się tylko raz, bo klient już nigdy więcej po niego nie przyjdzie. Taka polityka nie opłaca się żadnemu producentowi, bo wydał on już dużą kasę na wyprodukowanie preparatu, na kontrolę przez uprawnione służby specjalistyczne i na reklamę. Gdyby więc chciał sprzedawać kit, nie zwróciłyby mu się nawet koszty tego wszystkiego.Tak więc nie przekonuje mnie argument, że reklamy są fałszywe. Owszem, mogą być trochę „na wyrost”, więc jeżeli czyta się, że ktoś zdobędzie 10 kilo w ciągu miesiąca, można puścić to mimo oczu i uszu, ale dobrze jest przy okazji sprawdzić, ile w reklamie prawdy. Na ogół słyszy się o przyroście rzędu 2-4 kilogramów i jest to raczej standard, z tym, że mogą trafić się przypadki nadzwyczajne, bo akurat w odżywce był składnik, który sprowokował do pracy układ hormonalny konkretnego (powtarzam: konkretnego!) osobnika.Jeżeli jednak bywa tak, jak sugeruje w swoim liście do redakcji Marek, że po pewnych produktach jedyny skutek to „wiatry i biegunka”, nie jest to wcale dowód na defekt preparatu. W tym miejscu można powołać się na skutki uboczne, jakie powodują na przykład leki. Weźmy popularny sulfonamid Biseptol. W ogromnej liczbie przypadków jest to doskonały lek przede wszystkim na stany zapalne układu oddechowego. Jego użycie pozwala uniknąć ryzykownych antybiotyków, które często niosą za sobą uczulenie lub chociażby niszczenie flory bakteryjnej jelit. Pamiętam czasy, kiedy to Biseptolem handlowało się w Bułgarii, a do kraju wracało się w luksusowym kożuchu. I oto okazuje się, że pewna część populacji jest uczulona na Biseptol. Po jego zażyciu dostaje biegunki, albo wręcz anafilaksji skórnej, objawiającej się zaczerwienieniem ciała lub nawet wysypką. Czy z tego powodu powinniśmy wybrzydzać na producenta? Niestety, nie ma jednakowych reakcji u wszystkich ludzi nawet na tę samą teściową, a co dopiero mówić o leku czy suplemencie. Istnieje właśnie pewna grupa osób, która Biseptolu nie toleruje. Tacy zmuszeni będą w razie potrzeby zażyć antybiotyk. I też nie każdy, bo jeżeli ma się uczulenie na Biseptol, to niektóre antybiotyki mogą również wywołać podobną reakcję.Suplementy to również czynniki, które mogą wywołać zamieszanie w organizmie. Już sam fakt, że mogą one zwiększyć znacznie masę mięśniową albo ją ograniczyć świadczy o tym, że ich oddziaływanie jest znaczące i że trzeba się z tym liczyć. Jeżeli jakiś pacjent ma wątpliwości, czy dany lek wywoła u niego pożądany skutek albo przynajmniej nie zaszkodzi, to dawkuje go ostrożnie. Z suplementami powinno się robić tak samo.Być może wcale nie od rzeczy jest sugestia Marka na temat konieczności podawania ścisłych informacji na produkcie. Ostatecznie, jeżeli masowo produkuje się jakąś odżywkę, wypadałoby poczynić stosowne próby praktyczne i na ich podstawie objaśnić, komu bardziej pasuje taki czy inny preparat, a komu mniej. Jak mniemam, w praktyce mogłoby się jednak okazać, że tak czy owak odżywkę trzeba wypróbować osobiście, aby przekonać się na własnej skórze, jak działa.Tak naprawdę wolałbym na reklamach dostrzec przede wszystkim cenę, przynajmniej orientacyjną. Bo reklamę czyta się nie po to, aby dzwonić i pytać, ile co kosztuje, ale po to, aby wiedzieć, jak funkcjonuje. A cena powinna stanowić zawsze nieodzowną dekorację ulotki reklamowej.JacekKulturystyka olimpijska czy estradowaPytanie podstawowe brzmi: kulturysta to sportowiec czy nie? Na pewno tak, przecież regularnie ćwiczymy, podnosimy coraz większe ciężary, wyglądamy coraz lepiej, a ukoronowaniem tego wszystkiego jest nasze zwycięstwo nad konkurentem. A zatem usilny trening i nieustająca rywalizacja określają naszą drogę życiową. Jak widać, trudno zwątpić w sportowy charakter kulturystyki. Nawet jeżeli trenujemy rekreacyjnie, to również obracamy się w kręgu ćwiczeń sportowych, podobnie jak biegacze, rowerzyści lub narciarze.Sęk w tym, że kulturystyki nie ma wśród dyscyplin olimpijskich, a ten fakt niewątpliwie obniża rangę tego sportu. Dlaczego tak się dzieje? Już od kilku lat działacze Międzynarodowej Federacji Kulturystyki czynią starania o zakwalifikowanie kulturystyki do grona sportów olimpijskich. Na razie z miernym rezultatem. Przeciwnicy posługują się wypróbowanymi argumentami: doping, doping i jeszcze raz doping!Na pewno łatwiej jest oskarżyć mocno zbudowanego atletę o stosowanie dopingu niż kolarza, skoczka, piłkarza lub siatkarza. Ta łatwość bierze się stąd, że regularnie ćwiczący kulturysta ciągle poprawia swoją sylwetkę i stąd podejrzenia o doping, natomiast kolarz lub siatkarz zawsze wyglądają tak samo, więc nikomu nie przyjdzie do głowy posądzać go o to samo. Tymczasem cały sportowy świat doskonale wie, że współczesne rekordy, począwszy od lekkiej atletyki a skończywszy na szachach – bije się w oparciu o niedozwolone wspomaganie. Jak na ironię losu, w epoce kreatyny i HMB dochodzi już do tego, że rozsądni kulturyści coraz częściej rezygnują z hormonów na rzecz wspomnianych wyżej suplementów, natomiast amatorzy innych dyscyplin niekoniecznie. Ciągle bowiem istnieje obawa, że na bieżni, skoczni lub na macie maleją szanse, jeżeli nie stosuje się hormonów. Kto nie bierze, ten odpada w rywalizacji z przeciwnikiem, który bierze. A ponieważ opinia publiczna potrzebuje zawsze kozła ofiarnego do wybrzydzania na współczesny (czytaj: nieczysty) sport, dostaje kulturystykę niczym gotowe ciastko na tacy.Oczywiście byłoby nieelegancko bić się tak bez końca w cudze piersi i głosić, że to nie my, ale oni. My też mamy wiele na sumieniu, przecież nikt normalny nie uwierzy, że amerykańscy mistrzowie startujący w konkursie o tytuł Mr. Olympia uprawiają kulturystykę na kaszce z mlekiem. Nie mają złudzeń nawet sami organizatorzy tych zawodów, czego najlepszym dowodem jest brak wobec uczestników kontroli antydopingowej. Po prostu w pewnych wypadkach chodzi przede wszystkim o widowisko, a element czysto sportowy ogranicza się do podnoszenia ogromnych ciężarów na treningach. Bo mimo wszystko same tabletki i zastrzyki nie wystarczą. Trzeba jeszcze włączyć wysiłek i to w stopniu niewyobrażalnym dla zwykłego śmiertelnika.Ile w tym sportu, a ile dopingu? To znowu zależy od indywidualnej reakcji na suplementy. Te legalne i te nielegalne. Bywają zawodnicy, którym po niewiarygodnych dawkach hormonów tylko oczy wychodzą na wierzch, a mięśnie ani drgną. Ale są również tacy, których organizmy reagują nawet na najmniejszy bodziec. To akurat nic nowego, bo tak bywa w każdym sporcie. Gwiazdą jest się nie dlatego, że ktoś ćwiczy dzień i noc, ale dlatego, że ten sam trening wywołuje pożądane zmiany u tego kogoś w większym stopniu niż u pozostałych zawodników. Czy trenuje się „na sucho”, czy „na mokro”, jeden zostaje mistrzem, drugi outsiderem. Tak czy owak zastrz
eżenia członków Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego pod adresem kulturystyki sprowadzają się głównie do tego, co reprezentują sobą amerykańscy zawodowcy, natomiast w mniejszym stopniu dotyczą one zawodników biorących udział w amatorskich mistrzowskich świata, gdzie obowiązuje kontrola antydopingowa. Kiedy jednak czytamy w prasie informacje, że ten lub ów został już po czasie przesunięty z piątego miejsca na drugie, bo trzech pierwszych zdyskwalifikowano po zbadaniu próbek moczu – przeciwnicy zaliczenia kulturystyki do sportów olimpijskich otrzymują dodatkowe argumenty.Nie da się ukryć, że sportowi XXI wieku towarzyszy obłuda. Rekordy są już wyśrubowane do granic fantazji, a publiczność domaga się więcej. A ponieważ sport wyczynowy nie może istnieć bez publiczności, robi się wszystko, aby zaspokoić jej oczekiwania. W praktyce oznacza to, że nowe rekordy wymusza się dopingiem, a publika udaje, że o tym nie wie.Zawodnicy i trenerzy znają sposoby na kontrolę antydopingową. Raz po raz jednak jakiś biegacz, skoczek, ciężarowiec lub miotacz zostaje nakryty na stosowaniu niedozwolonych środków i jest to oficjalny pretekst do podnoszenia wielkiego larum: „Ludzie, stała się rzecz straszna – zawodnik X zrobił wynik na koksie!”A sprawa jest bardzo przyziemna. „Biorą” raczej wszyscy, tyle że większości z nich udaje się wypłukać w porę „dowód przestępstwa”, natomiast zawsze trafi się pechowiec, który wpada, bo jego organizm zbuntował się i „nie wypalił” zakazanych resztek.Sport ma to do siebie, że rozwija nie tylko sprawność fizyczną, ale i psychiczną. Na pewno przyjemniej jest grać w piłkę niż wypychać w górę sztangę. Do siłowni nikt nie chodzi dla przyjemności, ale po to, aby nabrać krzepy i ładniej wyglądać, a to wymaga mocnego charakteru. Co by się nie rzekło o sporcie, kulturyści są na pewno bardziej odporni na stres niż ich koledzy z innych dyscyplin. Gdyby tak nie było, nasi zawodnicy z lat 60-tych i 70-tych, ćwiczący w dusznych piwnicach i na strychach, szybko by się wykruszyli. Dziś mamy wprawdzie kluby z prawdziwego zdarzenia, ale to i tak nie oznacza, że „chłop śpi, a mięśnie same rosną”. „Chłop” musi powtarzać w nieskończoność nudne ćwiczenia, aby wyjść na swoje. Zresztą „Baba” też.Tak wygląda kulturystyka bez osłonek. A teraz wróćmy do problemu nadrzędnego: Kulturystyka olimpijska czy estradowa? Chyba na razie tylko estradowa. Ale winę za taki stan rzeczy ponosi w głównej mierze sama federacja. Dopóki na zawodach preferowana jest masa, będzie utrzymywał się powszechny pogląd, że „Jaś ci wyrósł na potęgę”, ale na pożywce zakazanej. Aby cała kulturystyka wyszła na swoje, zawody powinien zacząć wygrywać nowy Steve Reeves i dopiero wtedy pojawi się olimpijska szansa. Ronney Coleman i jemu podobni, mimo że podziwiani i naśladowani – tę szansę przekreślają.Pazurek

Komentarze: