Rozmowa z Wiesławem Chałasem, nejlepszym polskim kulturystą z roku 1962

Panie Wiesławie, gdy przeglądam archiwalne numery „Sportu dla Wszystkich”, okazuje się, że był Pan najczęściej fotografowanym zawodnikiem. Pańskie zdjęcie pojawiało się prawie w każdym numerze, błyszczał Pan na okładkach, a z listów czytelników wynika, że każdy chciał upodobnić się do Wiesława Chałasa. Jednocześnie przylgnęło do Pana określenie „gwiazdy krótkiego sezonu”. Dlaczego?Bo już pod koniec 1962 roku przestałem trenować wyczynowo. Przyszedł reżyser Pantomimy Wrocławskiej, Henryk Tomaszewski i zaproponował mi kontrakt. Byłem pierwszym kulturystą, który dostał taką propozycję. Występowałem w Pantomimie dwa lata, dłużej nie dało się, bo nie pozwoliły na to warunki rodzinne, czekało też na mnie wojsko.No właśnie! Był Pan nie tylko pierwszym mimem wśród kulturystów, ale też pierwszym żonkosiem. Czy to prawda, że wśród sławnych kawalerów-kulturystów Pan, jako jedyny, zasługiwał na miano „odmieńca”?Rzeczywiście tak było. Ożeniłem się nie mając jeszcze osiemnastu lat. Efekt jest taki, że dzisiaj moi dawni koledzy są ojcami, a ja dziadkiem. Mój najstarszy wnuk ma już dziewiętnaście lat!Jak szło Panu w Pantomimie?Na tyle dobrze, że po dwóch latach podobną propozycję złożył mi sam Marcel Marceau, najsłynniejszy wtedy na świecie dyrektor teatru pantomimy. Niestety, konkurencją dla Marceau i to o wiele bardziej skuteczną okazała się Wojskowa Komenda Rejonowa. Nie miałem nic do powiedzenia. Zostałem wcielony do brygady, w której moim bezpośrednim szefem był Przemysław Kwiatkowski, jeden z najwszechstronniejszych polskich sportowców. Po Pantomimie Wrocławskiej pozostały tylko wspomnienia, zresztą bardzo przyjemne, bo zwiedziłem kawał świata. Proszę pamiętać, że były to lata 1962-64, a otrzymanie paszportu graniczyło z cudem. Miałem więc powody do dużej satysfakcji.W „Sporcie dla Wszystkich” znalazłem artykuł pod znamiennym tytułem: „Wiesław Chałas polskim Steve Reevesem”. Proszę wyjaśnić naszym czytelnikom, co to oznaczało.To było niezwykłe wyróżnienie. Amerykanin Steve Reeves kojarzył się każdemu ze szczytem osiągnięć w kulturystyce. Tak silnej i harmonijnej sylwetki nie miał nikt przed nim i chyba już nikt po nim. Teraz zresztą kulturyści wyglądają inaczej. Nie wiem, czy lepiej, ale na pewno inaczej. Sam fakt, że Reeves zagrał w trzynastu filmach w rolach herosów mitycznych, mówi za siebie. Ja miałem pewne predyspozycje wrodzone, które wykorzystałem na miarę ówczesnych możliwości i chyba stąd wzięły się te skojarzenia.Pamięta Pan jakieś swoje rekordy z tego wyjątkowo krótkiego okresu wyczynowo uprawianej kulturystyki?Rzeczywiście ćwiczyłem bardzo krótko, bo niepełne trzy lata przed wstąpieniem do zespołu Pantomimy Wrocławskiej, a później to już tylko na luzie. Nie pamiętałbym swoich „parametrów”, bo o czymś takich nietrudno zapomnieć, ale w gazecie odnotowano, więc mogę zacytować, jak to było. Przy wzroście 174 cm ważyłem 74 kg, miałem 123 cm. w klatce piersiowej i 41 cm w bicepsie. Wyciskałem na ławce 132 kg, przysiadałem ze sztangą wagi 165 kg, a zza karku wyciskałem 85 kg. Wtedy były to wyniki znaczące. Wygrałem dwa razy mistrzostwa Polski juniorów i raz seniorów.A skąd wziął się u pana pociąg do kulturystyki w czasach, kiedy w zasadzie jeszcze tej kulturystyki u nas nie było?Zaczynałem od zapasów i od gimnastyki przyrządowej. W roku 1958 chodziłem na treningi do przedwojennego zapaśnika, pana Maksymiaka. Miałem wtedy piętnaście lat i tacy siłacze bardzo mi imponowali. A potem zobaczyłem na zdjęciach późniejszego Mister Polonia, czyli Andrzeja Jasińskiego i zachciało mi się ćwiczeń na sylwetkę. Razem z Jasińskim odgruzowywałem pewną piwnicę na ulicy Dąbrówki w Warszawie. To właśnie w tej piwnicy utworzyliśmy nasłynniejszy klub kulturystyczny w Polsce, „Herkules”.Na zawodach trzeba było wykazać się nie tylko umięśnieniem, ale również sprawnością. Czy ten warunek nie sprawiał, że najlepiej zbudowani kulturyści mogli zostać wyeliminowani z gry o pierwsze miejsca?Nic podobnego! To były inne czasy. Teraz kulturysta pokazuje na zawodach tylko mięśnie, a nikt tak naprawdę nie wie, ile on jest wart. Dawniej określenie „najlepszy” oznaczało mistrzostwo pod każdym względem. Ci najlepiej zbudowani byli jednocześnie najsprawniejsi fizycznie. Obowiązywała wszechstronność, a nie tylko pozowanie. Na treningach panował fantastyczny nastrój. To była zabawa w trening, człowiek był przygotowany cały rok, więc do zawodów stawało się „z marszu”.Co Pan myśli o współczesnej kulturystyce?Ona jest zupełnie inna. Myśmy jedli chleb ze smalcem, czasem kotleta, a energii mieliśmy wciąż w nadmiarze. Gdy kiedyś dostałem w nagrodę puszkę amerykańskich protein, nie wiedziałem, jak się je stosuje. Brałem łyżkę i pakowałem sobie do ust z nadzieją, że zaraz przybędzie mi mnóstwo upragnionej siły. Oczywiście proteina spożywana na sucho puchła w żołądku, czułem się fatalnie, szybko powróciłem więc do starej diety. Gdy teraz dowiaduję się, jakie zabiegi stosują zawodnicy wokół swojej diety, śmiać mi się chce. Trening polega nie tyle na podnoszeniu ciężarów, ile na ważeniu i nieustannym dawkowaniu porcji jedzenia. Musi to być okropnie pracochłonne i kosztowne. No i ten koks! Nie wydaje mi się, żeby dzisiejsi mistrzowie mogli bez koksu konkurować z mistrzami lat sześćdziesiątych. Steve`a Reevesa nie pokonałby z pewnością nikt!Widzę, że nie traci Pan ducha i ćwiczy nadal. Ten kącik kulturystyczny w pokoju mówi sam za siebie. Czy to oznacza, że wystąpi Pan któregoś dnia w jakimś oficjalnym turnieju weteranów?Trudno dziś powiedzieć. Żona, która od samego początku kibicowała mnie i wszystkim moim kolegom, ciągle podpowiada,abym wziął się ostro do treningu i przypomniał sobie dawne czasy. Sporo lat minęło od tamtej pory, ale zapał jeszcze pozostał. Myślę, że nie od rzeczy byłoby, gdyby ktoś zorganizował turniej weteranów dla zawodników z lat sześćdziesiątych. Na pewno nie byłyby to już wyniki ich marzeń, ale impreza przyciągnęłaby niewątpliwie pokolenie, dla którego „Sport dla Wszystkich” był prawie katechizmem. Zarówno dla zawodników jak i dla kibiców.Uważam, że to znakomity pomysł! Kogo widziałby Pan na takiej imprezie?Przede wszystkim tych wszystkich, którzy kiedyś brali udział w regularnie odbywających się mistrzostwach Polski w Sopocie. Również tych, którzy nie startowali, ale dali o sobie znać jako czołówka polskich ciężarowców. Przecież wielu kulturystów zaczynało od treningów w sekcjach podnoszenia ciężarów. Jedni pozostali przy tym, inni przerzucili się właśnie na kulturystykę, a gdy już to zrobili, nie ograniczali się do ćwiczeń na sylwetkę, ale nadal poprawiali siłę. Oczywiście byłoby trochę śmiechu, bo ludzie mają już po pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat, ale przecież sport nie musi wciąż polegać tylko na żyłowaniu, trochę radości też się należy każdemu.Proszę opowiedzieć teraz, jakie sukcesy odniósł Pan jako ojciec i dziadek licznej rodziny.Mam się czym pochwalić. Pięcioro wnucząt to dobry bilans na przyszłość. Mam też dwie córki, które są sportsmenkami. Ania była najpierw gimnastyczką w najlepszym polskim klubie akrobatycznym DKS Targówek, gdzie trenowała od siódmego roku życia, potem zmieniła upodobania i przerzuciła się na gimnastykę artystyczną, aż wreszcie pokochała cyrk, ukończyła szkołę cyrkową w Julinku i do dziś jest akrobatką, czynnie występującą w cyrku. Jako cyrkówka-akrobatka zdobyła nawet brązowy medal (zespołowo) na mistrzostwach świata w Paryżu. Druga córka, Beata, startowała w gimnastyce artystycznej i w pływaniu, a najstarszy wnuk uprawia kulturystykę.Dziękuję za rozmowę.Rozma
wiał Mirosław Prandota

Komentarze: