Rozmowa z Wiesławem Krukiem, mistrzem świata seniorów i weteranów

Należysz do tych nielicznych zawodników, którzy łączą trening siłowy z treningiem kulturystycznym. Czy jest to bardzo trudne?– Na pewno tak. Dodam, że trudno byłoby jednocześnie startować w jednej i drugiej konkurencji, ale przy treningu siłowym zawsze można włączać elementy czysto „sylwetkowe” i odwrotnie. To oczywiście wymaga pewnych predyspozycji, ale jak już się je ma, to można sobie wybrać, na jakie zawody pojechać.No właśnie. Co wybrałeś dla siebie na początek?– Na początek? Ho, ho! To było bardzo dawno. Miałem 12 lat i zamiast bawić się z kolegami w berka lub w chowanego, wybrałem zapasy klasyczne. Ćwiczyłem je w GKS Katowice.Taki dzieciak?– Właśnie taki byłem. Zapasy trenowałem przez 2 lata. Dostałem się nawet do młodzieżowej kadry Śląska i chyba zacząłbym odnosić sukcesy w tej dyscyplinie, ale jak jest się jeszcze w takim głupim wieku, to ma się dziesięć pomysłów na minutę. Ktoś zaprowadził mnie na lodowisko, więc zacząłem grać w hokeja. Ktoś inny namówił na piłkę nożną, więc brałem udział w turnieju dzikich drużyn. Czasu na wszystko nie wystarczało, a przecież chciało się wszędzie zagrać i we wszystkim uczestniczyć.A jak doszło do wyboru kulturystyki?– Wpadł mi w ręce „Sport dla Wszystkich”. W tamtych latach była to jedyna gazeta tego typu i trzeba dodać, że bardzo sugestywna. W Polsce nikt nie wiedział, jak ćwiczyć, żeby wyrobić sobie siłę i do tego ładną sylwetkę, a tam już podawano gotowe recepty. Większość chłopaków chce ładnie wyglądać, ja też nie byłem wyjątkiem. Ćwiczyłem przez półtora roku, oczywiście w piwnicy, bo siłowni z prawdziwego zdarzenia jeszcze nie było.Domyślam się, że już wtedy odkryłeś w sobie zadatki na osiąganie dobrych wyników siłowych, bo obwód nadgarstka to u Ciebie raczej kowalski niż kulturystyczny.– Rzeczywiście, moje predyspozycje biorą się w znacznej mierze z grubszej kości. Niebawem zrezygnowałem z kulturystyki na rzecz podnoszenia ciężarów i zacząłem startować jako ciężarowiec w kategorii 82,5 kg najpierw w Polonii Łaziska, potem w HKS Szopienice.Co wspominasz cieplej: kulturystykę czy ciężary?– Jedno i drugie. Kulturystyka dała mi podstawy siłowe, a w ciężarach robiłem wyniki.Słyszałem, że były to wyniki, które już liczyły się w sportowym świecie. Może warto je przypomnieć?– Miałem 125 kg w rwaniu i 157 kg w podrzucie. Do kadry brakowało jednak po 20 kg w każdym boju.Tylko pogratulować! Takich początków nie miał chyba żaden ciężarowiec wagi średniej.– Tak, ale właśnie nastała „era anaboliczna” i trzeba było podjąć męską decyzję: „brać” albo zrezygnować. Na decyzję wpłynął fakt, że trochę zacząłem odczuwać kręgosłup, więc dałem sobie spokój. Kiedy jedni koksują, a drudzy nie, to ci drudzy są bez szans.A jakby tak podkoksować?….– Na pewno dogoniłbym najlepszych.Niestety, w sporcie taka jest dziś prawda. Bez koksu trudno dogonić najlepszych. Nastąpił więc koniec z podnoszeniem ciężarów. I co wtedy?– Cóż mogłem zrobić? Powróciłem do kulturystyki. Sam wymyśliłem program treningowy i ćwiczyłem. Wtedy inaczej ćwiczyło się niż dziś, ale się ćwiczyło. Pięć razy pod rząd byłem wicemistrzem Śląska, zdobyłem nawet tytuł „Herkulesa Wsi”. Pamiętam, że wtedy Estko z Lublina został „Herkulesem Miasta”. Cały czas odczuwałem brak trenera i to brak na tyle dokuczliwy, że na całe lata odłożyłem kulturystykę do kąta i zacząłem zarabiać pieniądze.Duże? Bo jeśli duże, to warto było.– Takie sobie. Jestem technikiem budowlanym, przez 10 lat prowadziłem własną firmę. Wtedy, gdy znowu przestałem uprawiać kulturystykę, był dobry czas na budowanie. No to się budowało.Ale się nie trenowało!– To racja. Po 3 latach jednak znowu zacząłem odczuwać brak sportu i powróciłem do siłowni, a w rok później przyjechałem do Warszawy i zgłosiłem się do Pawła Filleborna z prośbą o dobre rady na przyszłość.Oho! To już taka tradycja, że kto tylko pojawi się u Pawła po poradę, niebawem zostaje mistrzem. Tak się stało?– Jeszcze nie od razu. Dostałem rozpiskę planu treningów i dietę, ale jednocześnie konkretną poradę: powinienem przerzucić się na ćwiczenia siłowe, najlepiej na wyciskanie sztangi na ławce. Już wtedy wyciskałem 210 kg.Paweł miał nosa! Ćwiczyłeś to wyciskanie?– Ćwiczyłem, wycisnąłem nawet 220 kg, ale kulturystyka wciąż była mi bliższa niż wyniki siłowe. Interesowała mnie przede wszystkim sylwetka.Pamiętam, że podczas mistrzostw Polski w 1994 nie dostałeś się do finału…– Ale już w rok później, w Toruniu, zająłem VI miejsce, a wcześniej, na mistrzostwach Śląska pokonałem Cichockiego, który w Toruniu został wicemistrzem.A powinien nim zostać?– Nie chcę oceniać tego faktu, ale gwizdy widowni trwały długo, tyle że do statystyk gwizdanie nie przechodzi. Sytuację wykorzystał Piotr Pawlak, który wtedy specjalizował się w wyciskaniu na ławce i zachęcił mnie do startu w tej konkurencji na mistrzostwach Polski. Wystartowałem i od razu zająłem I miejsce w kategorii 110 kg, wynikiem 235 kg ustanawiając rekord Polski.I to był początek, jak sobie przypominam niesamowitego pasma zwycięstw na pomostach całego świata.– Rzeczywiście tak to wyglądało. Na mistrzostwach świata w Finlandii wycisnąłem 260 i byłem drugi, ale na kolejnych mistrzostwach w Czechach podniosłem 267,5 i zdobyłem złoty medal. Potem na Łotwie zaliczyłem 275 kg i to wystarczyło na ponowne mistrzostwo świata. Ostatni występ miałem w Nowej Zelandii, gdzie zdobyłem I miejsce wynikiem 275 kg. Ponadto startuję też w kategorii weteranów i mam na koncie 3 tytuły mistrza Europy i 2 tytuły mistrza świata.W głowie szumi od tych sukcesów. Porażek nie zapamiętałeś?– Takie rzeczy zawsze się pamięta. Miałem na przykład wielkiego pecha podczas zawodów w Kajani (Finlandia). Zaplanowałem sobie, że wystartuję w kategorii 110 kg, ale zobaczyłem podczas rozgrzewki, że szykują się mocni przeciwnicy, bo dobry był Węgier Meszaros i równie dobry Ukrainiec Isakow. Postanowiłem wię wypić więcej wody niż zwykle i dzięki temu waga podskoczyła na tyle, abym mógł znaleźć się w kategorii wyższej. Niestety, nie wiedziałem wtedy, że wszedł już w życie przepis o zakazie startu w butach na skośnych obcasach, do których przywykłem. No i robiłem sobie rozgrzewkę z ciężarem 240 kg, a wtedy zobaczył to trener rosyjski. Widział, że sztanga idzie mi lekko pod górkę, potem sprowadził komisję sędziowską, która nakazała mi zmienić buty. Założyłem więc takie, jakie były w rezerwie, ale niewygodne. Nie byłem do nich przyzwyczajony. Kiedy zażyczyłem sobie 260 kg, bój spaliłem, a pozostałe dwie próby również. Niepowodzenie było dotkliwe, a już wkrótce okazało się, że niepotrzebnie uciekałem z kategorii 110 kg, bo Meszaros został zdyskwalifikowany za doping. Tak więc gdybym nie przeszedł do kategorii wyższej, miałbym medal. Może nie byłoby to I miejsce, ale na pewno miejsce na pudle.To rzeczywiście fatalny pech! A teraz poproszę Cię, abyś podpowiedział naszym Czytelnikom, jak trzeba ćwiczyć, żeby mieć takie niesamowite wyniki.– Najwięcej pakuje się na triceps, na klatę i na barki. Od 5 lat nie robię już przysiadów, przede wszystkim po to, aby całą energię skoncentrować na wyciskaniu.A nie czujesz się obolały po treningu z takimi wielkimi ciężarami? Jak to jest na przykład z porannym wstawaniem? Bolą mięśnie czy nie bolą?– Bolą i dzięki temu wiem, że żyję.No tak, nieboszczyka by nie bolało. Jak często ćwiczysz?– 6 razy tygodniowo po godzinie. I zawsze dopiero o ósmej wieczorem
, bo prowadzę teraz firmę handlowo-transportową i jestem często zajęty. Nie mam jakiegoś konkretnego planu treningowego, jest raczej trening intuicyjny, zależny od samopoczucia.A dieta? Bo chyba przy takich ciężarach tradycyjna pierś kurczaka z ryżem to raczej tylko „przygrywka”?– No nie, dieta według apetytu! Przy uprawianiu sportu siłowego trzeba mieć w sobie jakiś poziom tłuszczu, bo musi być źródło energii, aby wykonywać trening na dużych ciężarach. Dzięki tłuszczowi jest mniejsza podatność na kontuzje. Poza tym znacznie lepiej się czuję, gdy ważę więcej. Jeżeli musiałem startować w kategorii o 10 kg niższej, miałem wrażenie, że się zaraz rozsypię. Wydaje mi się, że przy wyższej wadze jest lepsze „smarowanie” wrażliwych miejsc, choćby takich jak stawy.A co mistrz robi w czasie wolnym?– Czytam. Najchętniej literaturę amerykańską – Hemingwaya, Steinbecka, Caldwella, a także Dostojewskiego i Hłaskę. Mam dwóch synów, dziewiętnastolatka i trzynastolatka, więc im również trzeba poświęcić trochę czasu.No to pozostały już tylko plany na przyszłość.– Teraz mam 44 lata i myślę, że jeszcze 10 lat postartuję. Jestem jedynym zawodnikiem, który dzierży tytuł mistrza świata i Europy w kategorii seniorów oraz weternów. No i rekordy w tych kategoriach również należą do mnie. Czas pokaże, jak długo jeszcze.Dziękuję za rozmowę. rozmawiał Jan Wygórski

Komentarze: