Sposób na jesienną-zimową nudę

Spływy górskimi rzekami w pontonach, loty na para lotniach to oferty wielu biur podróży organizujących wycieczki do ciepłych krajów. Okazuje się, że dzięki Piotrkowi Pielużkowi, czołowemu kulturyście i Tomkowi Nagórkowi, wicemistrzowi Europy w biegach przez płotki, nie musimy nigdzie daleko wyjeżdżać.Pewnego dnia odwiedził naszą redakcję Piotrek Pielużek. Od razu po przekroczeniu progu gabinetu redaktora naczelnego, powiedział: „Za tydzień jest inauguracyjny wypad w Tatry pod hasłem Ekstremalne Przygody. Zapraszam Cię. Zobaczysz i przeżyjesz ciekawe atrakcje, spodoba się, to opiszesz. Do zobaczenia za dziesięć dni w Zakopanem.”Naczelny cierpiący z powodu odnawiającej się kontuzji stawu skokowego przykuśtykał do mnie i oświadczył: „Noga mnie boli, ledwo chodzę, a do tego jak wiesz mam mnóstwo roboty z ostatnim numerem Kulturystyki i Fitness. A ty marnujesz swoje urlopy na taplaniu się samochodem w błocie, łażeniu z wykrywaczem po bieszczadzkich okopach i ruinach. Taka ekspedycja będzie się tobie podobała. Zrobisz zdjęcia i opiszesz jak było.”Nie ukrywam, że pomysł ten bardzo przypadł mi do gustu. Wdzięczny losowi za unieruchomienie naczelnego począłem snuć plany wyjazdowe. Oczami wyobraźni widziałem siebie, jak fotografuję uczestników, a to wiszących na linach nad przepaścią, a to topiących się wraz z pontonami w nurtach Dunajca. I tak upłynął mi czas dzielący mnie od spotkania z organizatorami ekspedycji.W czwartkowy poranek zapakowałem ciuchy i aparat do samochodu, i punktualnie o trzynastej podjechałem na parking stacji benzynowej BP w Zakopanem. Tam czekali już Tomek i Piotrek. Ku mojemu zaskoczeniu z ich samochodu wyszedł również, znany chyba wszystkim czytelnikom, Bogdan Szczotka.Okazuje się, że Bogdan jest wielkim amatorem wszelkich tego typu zabaw. Mieszkając w Wiedniu był stałym bywalcem tamtejszego lunaparku, słynącego z wielu atrakcji podnoszących w organizmie poziom adrenaliny. Nie mielimy zbyt wiele czasu na pogawędki, organizatorzy wymownie spoglądali na zegarki. Zajęliśmy miejsca w samochodach i po kilku minutach zajechaliśmy na podwórze pięknego pensjonatu. Z okien roztaczał się widok na profil śpiącego rycerza znanego bardziej jako Giewont. Podczas obiadu zapoznaliśmy się z pozostałymi uczestnikami ekspedycji. Po obfitym i smacznym posiłku Tomek poinformował wszystkich o planach na dzisiejsze popołudnie. Zaczynały się atrakcje. Na pierwszy dzień ekstremalnego weekendu organizatorzy zaplanowali wejście do tatrzańskiej jaskini. Po kilku chwilach jechaliśmy w kierunku słynącej z licznych jaskiń Doliny Kościeliskiej. Tam czekali już na nas dwaj ratownicy TOPR. Po rozdzieleniu plecaków z ekwipunkiem ruszyliśmy w głąb doliny. Oczywiście najcięższe bagaże zarzucili na siebie ćwiczący w łódzkim klubie Raj, z którego wywodzą się między innymi Ewa Kryńska i Paweł Brzózka. Po kilkudziesięciu minutach marszu doliną i kwadransie mozolnego podejścia, ujrzeliśmy wejście do jaskini. Tu ratownicy rozdali nam kaski i kombinezony ochronne oraz latarki zwane czołówkami. Gumowe ubrania okazały się nieco za ciasne dla ćwiczących kulturystykę, a prawdziwy problem miał ważący ponad 120 kilogramów Piotrek. Nawet największy kombinezon wchodził na niego tylko do wysokości kolan. Speleolodzy nie przewidzieli w jaskiniach miejsca dla zawodników kategorii 90+. Włączyliśmy czołówki i ruszyliśmy do wnętrza góry. Po kilkudziesięciu metrach tuneli, komór i przejść po zawaliskach zaczęły się schody, a raczej zaciski. Niewtajemniczonych w terminologii jaskiniowej informuję, że zacisk to bardzo wąski korytarz, po wciśnięciu się do którego leżysz plecami na skale, skała leży na Tobie a dwie skały zgniatają cię z boków. Przejście jaskini skutecznie spowalniał Piotr, którego gabaryty powodowały, że klinował się on w wyżej wymienionych zaciskach. Cały czas towarzyszył nam szum przepływającej gdzieś pod nami wody i przelatujące nad głowami nietoperze. Przed samym wyjściem z jaskini przewodnicy przygotowali dla nas sprawdzian z zachowania w sytuacji awaryjnej. Po wyłączeniu latarek mieliśmy za zadanie przejść jak najdalej w zupełnej ciemności. Tej próby nie wytrzymali TOPR-owcy, którzy z obawy o nas zarządzili ponowne oświetlenie jaskini i po zebraniu rozpierzchniętej grupy wyprowadzili nas na powierzchnię. Po wydostaniu się ze zbyt ciasnych kombinezonów i spakowaniu plecaków zeszliśmy do samochodów i powróciliśmy na kwaterę.Następnego dnia tuż po śniadaniu zostaliśmy wywiezieni nad Dunajec w pobliżu Ochotnicy, najdłuższej wsi w Polsce. Czekający tam nurkowie i ratownicy WOPR załadowali nas na pontony i rozpoczął się spływ. Początkowe 40 minut miało być bardzo spokojne. Płynęliśmy na pięciu pontonach, wiosłując w pozycji klęczącej i sprawdzając głębokość za pomocą kolan obijanych o wystające z dna kamienie i głazy. Na ogół nurt był spokojny, ale od czasu do czasu wpadaliśmy w niewielkie wiry. Finał spokojnego pływania był taki, że każdy z pontonów wypełniony był wodą, co najmniej do połowy. No, ale my przyjechaliśmy tu na pływanie ekstremalne. Przeprowadzeni zatem zostaliśmy na teren toru treningowego do kajakarstwa górskiego. Jeżeli oglądaliście kiedyś w TV takie zawody to wiecie, na czym to polega. Ubrani w kaski i kamizelki ratunkowe, wyposażeni w krótkie wiosła, zapakowani zostaliśmy po dwóch do pontonu i wio! Po przepłynięciu toru każdy z nas wyglądał jak bluza treningowa po praniu z wirowaniem. Zabawa jest wprost niewyobrażalna. Obiecałem sobie, że na pewno wrócę tu na wiosnę.Tego dnia po obiedzie mieliśmy zajęcia na siłowni. Trening prowadził Bogdan Szczotka, tak więc była okazja do podpatrzenia mistrza jak i do przepytania go z zagadnień diety i suplementacji. Po siłowni, kto chciał mógł jeszcze skorzystać z basenu i sauny, a po kolacji odbyły się zajęcia indywidualne w pubie.Sobota to przewidziany w harmonogramie wyprawy dzień zajęć skałkowo-lotniarskich. W pięknie położonym wąwozie na terenie Gorców, fachowcy od taternictwa przygotowali stanowiska do wspinaczki i zjazdów. Nad nim została rozpięta stalowa lina do powietrznej przeprawy. W tym dniu odwiedził naszą ekipę Paweł Brzózka. Będąc w fazie przygotowania do mistrzostw świata nie chciał ryzykować nawet najmniejszej kontuzji, a tym samym zaprzepaszczenia szansy uzyskania tytułu mistrza świata. Paweł siedząc na kamieniu i zajadając ryż z miski obserwował bacznie poczynania reszty grupy. Doszedł chyba do wniosku, że całe zajęcia są bardzo profesjonalne zabezpieczone, gdyż podniósł się, założył uprząż i śmignął na drugą stronę wąwozu. Ale gwiazdą tego dnia został Bogdan Szczotka, który jako jedyny przeszedł całą drogę wspinaczkową i to, jak zauważyli instruktorzy, w dobrym stylu. Tu jak zwykle najwięcej problemów miał Piotrek, który z racji swoich gabarytów nie wchodził w żadną uprząż.Po wyczynach linowych przenieśliśmy się na przeciwległy stok. Tam czekały już dwa glide’y (dla niewtajemniczonych: coś w rodzaju spadochronu z tą różnicą, że na glide’ach startuje się z ziemi). Po krótkim przeszkoleniu zaczęliśmy latać. Wyobrażałem sobie tę zabawę, ale rzeczywistość przerosła moje oczekiwania. Tego po prostu trzeba spróbować.Piotr i Tomek mają jeszcze pomysły na zorganizowanie wyjazdu spadochronowego, a w okresie zimowym spływy pontonowe zastąpić ma jazda na tak zwanych czterokołowcach. Obiecują też niezapomniane przeżycia przy okazji najbliższego Sylwestra. Jeśli jesteście zainteresowani – dzwońcie pod numer tel. 0601 215 828 lub skontaktujcie się z naszą redakcją.

Komentarze: