Pewnej nocy roku 1998 otrzymałem telefon: do Kalifornii przylatuje Filon. Paweł Filleborn, mający wśród zaprzyjaźnionych ksywkę Filon, był moim najlepszym kolegą. Mimo, że urodziłem się w Warszawie, to wychowałem w Mińsku Mazowieckim – 36 km od Warszawy. Przez 25 lat mieszkałem w tym samym domu co Paweł, on na dole, ja na górze. Nie będę dochodził tego, który z nas grał rolę Pawła, a który Gawła, nie to jest ważne. Nas przecież nie dzieliło nic, a łączyło wiele. Łączyła nas przede wszystkim kulturystyka. Zaczęło się od tego, że Paweł zamienił jeden z pokoi na siłownię. Mocne słowo, ale sztanga była prosto ze sklepu, pozostałe „wyposażenie” było zrobione przez Pawła.Co to były za wspaniałe treningi, a jaka atmosfera, już nigdy potem nie było tak ciepło i tak przyjaźnie. Wiadomości na temat treningów czerpaliśmy głównie z książek pana Zakrzewskiego, no i trochę z trudnodostępnych w owym czasie zachodnich magazynów kulturystycznych. To nie były te czasy, kiedy młodzi ludzie mają wszystko. Mają siłownię nie tylko z natryskiem, ale nawet z sauną, mają wspaniały, profesjonalny sprzęt, mają wyborną literaturę zagraniczną i krajową, w której podawane są przykłady planów treningowych. Mają po prostu wszystko. Oj, łza się w oku kręci, jak to dawniej było.Po dwóch latach straconych na służbę wojskową, w roku 1984 byłem znowu w siłowni u Filona. W tym samym roku dołączyli do nas Albert Szczygielski i Gawa Alkadhi. Rok później, to znaczy w roku 1985 zdecydowałem się wystąpić w mistrzostwach Polski. Wspólnie z Pawłem ułożyliśmy plan treningów i dietę, jakże dalekie od tego, jak powinno być naprawdę, a zwłaszcza dotyczy to diety. Dla przykładu podam, że opalać się jeździliśmy do lasu, ponieważ odpowiednie do tego salony były tylko w Warszawie, a ponadto były one dla nas i tak nazbyt drogie.Pierwsze moje starty rozpoczęły się w roku 1986, były Mistrzostwa Polski, były i inne zawody, w tym w Bułgarii. Były dobre miejsca i nagrody, nowe wspaniałe znajomości i wrażenia, było fajnie. Wspominam wspaniałych polskich kulturystów, takich jak Marian Wysocki, Mirosław Daszkiewicz, Waldemar Nol, Jacek Nowak i wielu, wielu innych.W Kalifornii, gdzie wylądowałem w roku 1988, miałem zatrzymać się na chwilę, ale tu jest tak uroczo, że zostałem na dłużej. Na jak długo? Ba, tego nigdy nie wie się do końca. W każdym razie mam tu dom, rodzinę i dobrą pracę, a więc zadomowiłem się na dobre. Były i starty, były też dobre miejsca, ale wymogi życia wzięły górę i z kandydata na mistrza przeistoczyłem się w zapaleńca, który kultury-stykę będzie uprawiał zawsze. Wspomaga mnie w tym również żona. Na razie ćwiczymy we dwoje, ale sądzę, że z czasem dołączy do nas córka Erica, aktualnie ma pięć lat.Kulturystyka w Kalifornii, a także w całych Stanach, jest bardzo popularna, klubów tu mrowie. W odległości 15 minut drogi od mojego domu jest ich 15. Niektóre czynne przez całą dobę, opłaty są stosunkowo niskie, my płacimy po 11 dolarów od osoby miesięcznie. Popularne są też odżywki i suplementy, najczęściej w postaci napojów sporządzanych w części relaksowej siłowni – tu powszechnie nazywanej klubem. Klub to nie tylko trening, to także sposób na życie towarzyskie, na wymianę poglądów, zawieranie nowych znajomości itp.Do Pawła zadzwoniłem na drugi dzień po jego przylocie. Przez telefon nie poznałem go, minęło przecież dziewięć lat, lat przeżytych w pośpiechu, a nawet w zagonieniu. Paweł przyleciał z żoną Mariolą, włosy nieco mu się przerzedziły, ale dalej jest wielkim kulturystą, jakim pamiętam go z Polski. Żona mu w tym dzielnie sekunduje. Brawo, miło jest widzieć tak wspaniale rozumiejących się ludzi. Zabrałem ich do siebie, były długie rozmowy Polaków, było ciepło, naprawdę fajnie.

Komentarze: