Rozmowa z Marianem Rossą, legendą polskiego sportu wyczynowego lat 50-tych i 60-tych

Panie Marianie, fama głosi, że takiego faceta jak pan nie było nigdy przedtem i nigdy potem. Przynajmniej w sporcie. Czy to prawda, że gdy zajął się Pan jakąś konkurencją sportową, od razu zostawał Pan mistrzem?Od razu” to przesada. Trzeba było najpierw poćwiczyć i to solidnie, a dopiero później zmierzyć się z najlepszymi…Niektórzy sportowcy z tamtych lat do dziś pamiętają, jak nagle przestawali być najlepszymi. Najznakomitszy polski fotoreporter sportowy Jan Rozmarynowski przypomina, że mówiło się o Panu „Meteor Sportu”. Że niby gdzieś tam trwają jakieś zawody, Pan przychodzi, pyta w co tu się gra, staje do konkurencji i wygrywa. Były w ogóle jakieś konkurencje sportowe, których Pan nie wygrał?Tak naprawdę byłem tylko sprinterem. Jako sprinter byłem członkiem kadry narodowej i sprint liczył się dla mnie przede wszystkim. A ponieważ zawsze urozmaicałem sobie czas na różne sposoby, więc notowałem jakiś wielki rekord w pamięci i próbowałem, czyby nie dało się go pobić. Trenowałem lekką atletykę codziennie, czasem dwa razy dziennie po 4 godziny, zresztą tak wtedy się trenowało, więc człowiek rozwijał się dość wszechstronnie.Na tyle wszechstronnie, aby w dziesięcioboju zostawić z tyłu mistrzów świata?Nie startowałem bezpośrednio z najlepszymi w tej konkurencji. Moje wyniki mogły być tylko porównywane z tymi, jakie osiągnięto na oficjalnych zawodach. Gdy razem z kolegami podsumowaliśmy punkty, jakie zdobyłem w dziesięciu bojach wyszło na to, że oficjalny mistrz świata był daleko z tyłu. Pchałem wtedy kulą 15 metrów, rzucałem oszczepem 65, dyskiem 51, o metr mniej niż wynosił rekord Polski, w dal skakałem 7 metrów, a wzwyż ponad 180 cm. Gdy zebrałem to wszystko do kupy, wyszły całkiem przyzwoite punkty.Czy wzięło się to z intensywnego treningu, czy też wrodzony talent pozwalał Panu osiągać takie wyniki?Wrodzony talent to zbyt duże słowo. Mierzyłem sobie tylko 173 centymetry, a ci, z którymi walczyłem, patrzyli na mnie z góry. Można powiedzieć, że byłem szybki, ale to nie wystarczało na przykład do zrobienia wyniku w rzucie dyskiem czy oszczepem. Trzeba było poprawić siłę.Jak do tego doszło? Przecież w tamtych czasach lekkoatleci nie robili żadnych ćwiczeń siłowych. Był pan odmieńcem?Z pewnością tak. Bodajże w roku 1953 poszedłem na mecz w podnoszeniu ciężarów między Polską a Związkiem Radzieckim. Występowali tam po stronie rosyjskiej potężni faceci, którzy dźwigali niewiarygodne ciężary. Ale najbardziej zaskoczył mnie taki jeden kurdupel, o głowę niższy ode mnie, który podnosił też dużo, nie pamiętam już ile. W czasie przerwy podkradłem się pod sztangę, założyłem te same talerze, które tamten podniósł i próbowałem coś zrobić z tym ciężarem. Tak sobie myślałem, że jeśli taki kurdupel tyle podniósł, to i ja mogę. Okazało się, że nawet nie ruszyłem sztangi z miejsca. O, psiakrew! Byłem tym faktem zbulwersowany. Właśnie wtedy postanowiłem trenować siłę, bo uznałem, że gdy się wzmocnię, to na pewno będę jeszcze szybszy niż jestem.Czy to prawda, że na obóz kadry narodowej wybrał się Pan z własną sztangą?Tak było. Na Dworzec Główny w Warszawie przytaskałem z domu gryf i talerze. Było tego sto kilogramów, w sam raz dla lekkoatlety. Gdy pojawiłem się na zgrupowaniu w Rawiczu w roku 1955, zaraz dorwali się do sztangi wszyscy lekkoatleci. Efekt był taki, że następnego dnia trener wzywa chłopaków na zajęcia, a tu nikt nie może ruszyć ani ręką, ani nogą. Trenera szlag trafił. Zrobił wykład o tym, że ćwiczenia ciężarami powodują skracanie mięśni, deformację sylwetki i w ogóle nieprzydatność do lekkiej atletyki. Nie ma się co dziwić, takie panowały wtedy poglądy w sporcie wyczynowym.I jak skończyła się pierwsza przygoda ze sztangą?Trener nie popuścił. Powiedział „albo-albo”. Znaczyło to, że albo sztangę odwiozę do domu i przyjadę sam na obóz, albo nie mam czego tam szukać. A ponieważ byłem przekonany, że sztanga jest konieczna dla wyrobienia formy, wyjechałem i nie wróciłem.Nie wyrzucili Pana z kadry za niesubordynację?Wtedy jeszcze nie. Ale w roku 1955 zrobiłem powtórkę. Trenerem kadry był wtedy sławny szkoleniowiec Jan Mulak. Wydawało mi się, że jest otwarty na nowe metody treningu. Zawiozłem więc moją sztangę pociągiem do Spały. Wszystko zaczęło się dobrze, ale wieczorami, już po zajęciach lekkoatletycznych, wszyscy trenowali sztangą. I wtedy Mulak nie wytrzymał nerwowo. Dostałem roczną dyskwalifikację za indywidualny, niezgodny z planem trening.Domyślam się, że była to dotkliwa kara dla młodego człowieka, któremu marzą się dyplomy mistrzowskie.Dyplom to jedno, a utrata stypendium to drugie. Dostawałem wtedy stypendium kadrowe co miesiąc w wysokości dobrej pensji miesięcznej. Na jedzenie było aż nadto pieniędzy.A propos! Czy o diecie sportowej mieliście wtedy pojęcie?Żadnego. Nie mieli go nawet dietetycy, którzy przebywali razem z nami na obozach. Serwowali tłuste zupy, dużo masła i smalcu. Uważali, że taka dieta sprawdziła się na ciężko pracujących górnikach, więc i dla nas będzie odpowiednia.Zasłynął Pan z pochłaniania dużych porcji tataru. Czy miał Pan apetyt na to, czy też była to dieta specjalna?To był przymus sytuacyjny. Miałem wycięty wyrostek robaczkowy, a po operacji wynikły pewne komplikacje. Nie mogłem niczego gryźć, bo zaraz zbierało mi się na wymioty. Wpadłem na pomysł, aby jeść tatar, bo zmielonego mięsa nie trzeba gryźć. Popijałem go mlekiem i tak trwało to pół roku. Potem żołądek doszedł do normy.A co Pan robił przez rok po dyskwalifikacji?Szedłem na AWF, do osławionego „Hadesu”, gdzie ćwiczyli ciężarowcy i robiłem to, co oni, mając jednak na widoku późniejsze starty w lekkoatletyce. Robiłem więc przysiady, wyciskanie w leżeniu, martwy ciąg i zarzucanie na klatkę piersiową bez podsiadu czyli na proste nogi. Późniejszy mistrz olimpijski, Ireneusz Paliński, chodził koło mnie i zawsze pytał, po co ja to wszystko robię. Po co tyle przysiadów? Przestał pytać dopiero wtedy, gdy się okazało, że na proste nogi zarzucam więcej niż on. Niestety, ludzie wtedy nie mieli jeszcze pojęcia, jak należy trenować. A po ciężko przepracowanej jesieni, zimie i wiośnie wyszedłem na stadion i najpierw rzuciłem dyskiem o 10 metrów dalej niż przed rokiem, a później wygrałem bieg na 60 metrów ze wszystkimi polskimi sprinterami. Wszyscy się dziwili, jak mogło do tego dojść. Inni lekkoatleci ćwiczą i ćwiczą, a wyniki były takie sobie. A sprawa była prosta: ćwiczenie siłowe!Jak wykorzystał Pan ten sukces?Zrobiłem dobry krok we właściwą stronę. Polegał on na tym, że pomogłem pewnemu Amerykaninowi polskiego pochodzenia, który miał kłopoty z samochodem. Motoryzacja była moim hobby, więc było o czym pogadać. Potem on zainteresował się moją sylwetką. Sam trenował zapasy, grał w futbol amerykański i był udziałowcem jakiegoś klubu na Florydzie. Zaproponował mi studia na jednym z uniwersytetów. Miało to polegać na tym, że będę studiował, jeżeli zechcę, ale grać muszę, bo drużyna była uniwersytecka. Potrzebowali skrzydłowego.Wystarczyła sama sylwetka, żeby załapać się do drużyny?Nie, w Berlinie odbywały się akurat otwarte mistrzostwa wojsk amerykańskich. Tam wystartowałem w biegu na 60 metrów, wygrywając wtedy z czasem 6 sekund, co było równe rekordowi świata. Potem „zdawałem egzamin” z martwego ciągu i wyciskania sztangi w leżeniu. Były też biegi specjalne: do przodu i z powrotem, bieg slalomowy, bieg ze startem lotnym i start normalny. Sprawdzian wyszedł tak, że lepsze wyniki miał tylko grający w tej drużynie Jones, późniejszy mistrz olimpijski z Tokio, który uzyskał
9,9 sekundy na setkę.Już wyobrażam sobie, jak Pan rozstawia po kątach tych futbolistów amerykańskich.No właśnie! Na wyobrażeniach sprawa się kończy. Facet przysłał mi zaproszenie. Zgłosiłem się do ambasady amerykańskiej, a już na drugi dzień dostałem wezwanie ze Służby Bezpieczeństwa. Jeszcze nic się nie zaczęło, a oni już węszyli aferę szpiegowską. Nic nie mówili o paszporcie, ale go nie dostałem. Potem przyszło oficjalne zaproszenie dla mnie do GKKF. Tam udupili mnie działacze. Wiem nawet kto. Ale to od nich zależał mój wyjazd. Nie dali akceptacji – nie pojechałem.Znany był Pan również z różnych niekonwencjonalnych ćwiczeń, które tylko Pan potrafił wykonać. Dobrze by było podać naszym Czytelnikom jakiś przykład…Proszę bardzo! Leżymy na brzuchu tyłem do drabinek. Podkładamy pięty pod ostatni szczebel i zginamy nogi w kolanach do kąta prostego, prostując jednocześnie cały tyłów do postawy pionowej bez pomocy rąk. Kolana dotykają podłogi, pięty są pod szczeblem. Trzeba dobrze rozgrzać stawy przed próbą, bo obciążenie kolan jest niesamowite. Pewnego razu zrobiłem to bez rozgrzewki i tak nadwyrężyłem przyczepy, że nie mogłem już wystartować w dziesięcioboju.A tak w ogóle, to od kiedy zaczął Pan uprawiać sport?Od dziecka. Po wojnie nie było zabawek, więc braliśmy z domów pogrzebacze i fajerki, popędzaliśmy te fajerki pogrzebaczami i na tym polegały wyścigi osiedlowe. A na podwórku mieliśmy skocznię. Gdy miałem 13 lat, ojciec, który wyniósł tradycje gimnastyczne z przedwojennego „Sokoła”, kupił mi kilogramowy dysk. Duże wrażenie zrobiła na mnie książka Stanisława Zakrzewskiego pt. „Szybciej, wyżej, dalej”. Obudziła ona zainteresowanie na większą miarę niż dotychczas. Doszło w końcu do tego, że już jako junior miałem w dysku drugi wynik po mistrzu świata, Oerterze z USA. On miał 52,5 metra, a ja 51,82. Tylko że ja ważyłem 73 kg, a Oerter był o 30 kg cięższy i prawie dwa razy wyższy. Dopiero później Edmund Piątkowski mnie pokonał, zdobywając mistrzostwo Polski.Pamięta Pan jakieś swoje rekordy siłowe?230 kg w przysiadzie. Piątkowski miał wtedy o 20 kg więcej, zresztą silny był niesamowicie. Bez żadnej techniki podrzucał 170 kg. Bez żadnego koksu wyrobił sobie mięśnie. Gdy zaczynał, ważył 70 kg, był chudy, a doszedł do setki.A jak to się stało, że sprinter Marian Rossa został w końcu powołany do kadry narodowej w podnoszeniu ciężarów?Miałem już w trójboju ponad 400 kilogramów, więc trener Roguski uznał mnie za talent, a ja nie miałem nic przeciwko temu. Niestety, krótko to trwało, bo na wiosnę „ciągnęło wilka do lasu”, czyli na boisko. Podnoszenie ciężarów to nuda. Trzeba mieć niezwykły charakter, aby ćwiczyć cały czas na maksymalnych ciężarach. To jest ogromne obciążenie psychiczne.Czy skoczność można wyrobić sobie za pomocą przysiadów ze sztangą?Oczywiście. Najlepszym dowodem na to niech będzie fakt, że stojąc pod koszem i wyskakując w górę bez rozpędu, wkładałem piłkę do obręczy od góry. Mając tylko 173 cm!Którego z mistrzów kulturystyki uważa Pan za najlepszego w historii?Steve’a Reevesa. Oglądając „Wojnę trojańską” miało się pewność, że jego mięśnie odznaczają się wartością użytkową. Kulturystyka dzisiejsza to już nie jest sport, tylko nabieranie centymetrów. Można sobie wyobrazić jak przy każdym gwałtownym ruchu trzaskają przyczepy, bo wyhodowane mięśnie są silniejsze od ścięgien.Ale przecież Pan sam również był kulturystą!Ba, nawet trenerem kulturystyki. Prowadziłem zajęcia w warszawskiej Syrence w latach 1963-67. Jest tam długa sala, więc raz po raz ćwiczyłem sprint na 30 yardów. Żeby nie zabić się o ścianę, kupiłem najpierw długie gumy, a moi podopieczni łapali mnie w te gumy na finiszu. Mniej więcej tak samo jak łapie się samolot myśliwski na lotniskowcu, żeby za daleko nie poleciał.A teraz? Co robi Pan obecnie?Na razie remontuję mieszkanie, ale już niebawem znowu zabiorę się za treningi. Najwyższy czas znowu zawitać w siłowni.Dziękuję za rozmowę.Rozmawiał Mirosław Prandota

Komentarze: