Mr. Olympia: Cutler kontra Heath w walce o tytuł

Szaleńcza walka o tytuł najlepszego zawodowego kulturysty świata oraz o wielkie pieniądze rozpoczęła się wczoraj wieczorem! Do tej pory oglądaliśmy zawodników ubranych w dresy, a teraz wyszli już na scenę tylko w spodenkach startowych i od razu stało się jasne, kto idealnie trafił z formą, a kto „przedobrzył” i jest trochę „off”.

Zacznijmy od tych przegranych. Wielki faworyt tego konkursu, zwycięzca Arnold Classic 2010, Kai Greene, nie będzie się liczył w walce o pierwszą trojkę! Najprawdopodobniej nawet nie wejdzie do finału. Podobnie rewelacja ostatnich miesięcy, robiący zawrotne postępy „olimpijski” nowicjusz, Roelly Winklaar, który przez niektórych typowany był na miejsca 7-9. Słabiej niż można było przypuszczać prezentuje się też Victor Martinez – nie będzie się liczył w walce o finał. To są wielkie dramaty tegorocznej Olympii, na miarę fatalnej „wpadki” Dennisa Wolfa w roku ubiegłym (poza piętnastką).

Ale nic nie dzieje się bez przyczyny. Pamiętacie Państwo, jak niedawno zamieszczaliśmy zdjęcia Greene’a i Winklaara robione na 3 tygodnie przed Olympią? Wyglądali fantastycznie i wydawało się, że po prostu „połkną” rywali (przynajmniej Greene). Ich błąd polega na tym, że szczytową formę osiągnęli za wcześnie i chcieli przytrzymać ją za długo, aż organizm się zbuntował i do gry weszła homeostaza. Nic już nie dało się zrobić. Pewien cel osiągnęli: cały świat zobaczył na co ich stać! Ale stracili trochę pieniędzy, szczególnie Kai. Jeśli zamiast pierwszego miejsca zajmie siódme, to straci 137 000 dolarów. Na szczęście nie są to jego jedyne dochody.

A teraz Dennis Wolf: on wyciągnął właściwe wnioski z tamtej porażki i tym razem robi dobre wrażenie. Wszystko wskazuje na to, że będzie w finale. I kolejne zaskoczenia „in plus”: najpierw Brench Warren – fantastyczna forma, potężna masa, twarde i pełne szczegółów umięśnienie. W ubiegłym roku – drugi, mówiło się, że trochę na wyrost, a teraz udowodnił, że tamten sukces to nie był przypadek. Jeśli nawet nie będzie drugi, to – w najgorszym przypadku – trzeci.

A kto może mu stanąć na drodze do tego drugiego miejsca? Phil Heath – drugi na Arnold Classic, piąty na ubiegłorocznej Olympii. Pomimo pewnych ograniczeń w budowie szkieletowej (niezbyt szerokie barki) potrafi przygotować super formę, ma bardzo „plastyczne” mięśnie i niezwykle atrakcyjnie zharmonizowaną sylwetkę. A teraz obrońca tytułu, Jay Cutler. Jest w wysokiej formie i trudno go będzie zrzucić z „tronu”, gdyż – jak to powiedział kiedyś Ronnie Coleman – „Z mistrzem nie da się ot tak zwyczajnie wygrać. Mistrza trzeba znokautować, aby objąć po nim tron”. I coś w tym jest. A więc nawet, jeśli atakujący ma niewielką, dyskusyjną przewagę, to raczej mistrz pozostanie mistrzem. A w tym przypadku ani Heath, ani Warren nie mają „nokautującej” przewagi nad Cutlerem, który może jest w minimalnie słabszej formie, niż przed rokiem, ale do jutra może się jeszcze trochę „podostrzyć”. No, chyba, żeby stało się odwrotnie, ale to mało prawdopodobne.

Teraz Dexter Jackson: mimo, że nie osiąga już tak ostrej definicji jak kilka lat temu, jest ogólnie dobrze przygotowany i większość ekspertów widzi go w granicach 4-5 miejsca, o które zapewne będzie rywalizował z Wolfem i drugim Niemcem – Ronny Rockelem. Gdyby na Olympii była nagroda za największe postępy, to zdobyłby ją właśnie Rockel! Powoli, ale systematycznie rozbudowuje umięśnienie i pnie się do góry.

A dalej to już „kociołek” wielu dobrze przygotowanych zawodników. Dobrą formą wyróżniają się Johhny Jackson i Marcus Haley, ale są jeszcze Yamagishi, Freeman, James i ci wielcy przegrani: Greene, Martinez i Winklaar. Oni zapewne rozdzielą między sobą miejsca 7-13. A kolejni zawodnicy, w tym nasz Robert Piotrkowicz, powalczą o wejście do piętnastki.

Autor: Andrzej Michalak

Komentarze: