Rozmowa z Dariuszem Juzyszynem, wielokrotnym mistzrem Polski w rzucie dyskiem, odtwórcą roli Krotona w filmie „Quo Vas”

Jak doszło do tego, że to właśnie Pan zagrał Krotona?Jako młody chłopak byłem zapalonym kinomanem. Zdarzało się nawet, że bywałem w kinie na dwóch, trzech seansach w ciągu dnia. Później ta pasja osłabła. Mimo to, gdy po zakończeniu sportowej kariery zastanawiałem się, do czego może się przydać moja postura, pomyślałem o filmie. Ciekawostką jest to, że od razu chodziła mi po głowie rola Ursusa. Jednak byłem na tyle daleko od środowiska filmowego, że kiedy pan Kawalerowicz zaczął kompletować obsadę do „Quo vadis” nie zgłosiłem swojej kandydatury. Zresztą od początku pewniakiem wydawał się 2-krotny mistrz świata wszech wag w judo, Rafał Kubacki. Trudno zaprzeczyć, że do filmu dostałem się dzięki moim nietypowym wymiarom. Problem przy kręceniu „Quo vadis” powstał bowiem wtedy, gdy rolę Ursusa dostał Kubacki. Jego filmowy przeciwnik miał wyglądać tak, by każdy myślał, iż Ursus nie ma żadnych szans w pojedynku. Przy Kubackim mało kto wygląda na jeszcze silniejszego. Próbowano wielu osób, ale nikt realizatorom filmu nie pasował. Wtedy Rafał przypomniał sobie o mnie, bo obaj przez pewien czas trenowaliśmy w klubie AZS Wrocław. Zostałem zaproszony na zdjęcia próbne. Okazało się, że nie tylko odpowiednio wyglądam, ale jeszcze potrafię coś powiedzieć. Tak dostałem rolę gladiatora Krotona.Często mówi się, że sportowcy mają wiele wspólnego z aktorami. Na ile wieloletnie uprawianie sportu pomogło Panu w pracy na planie filmowym?Sport bardzo pomaga w pracy w filmie. Bardzo trudno się skoncentrować, gdy po planie kręcą się setki ludzi, zajętych swoimi zadaniami. Przydaje się wtedy mechanizm wyłączenia, bez którego nie sposób myśleć o sukcesach na arenie sportowej. Przecież na stadionie też dzieje się wiele rzeczy, które utrudniają koncentrację przed np. rzutem. Mój pojedynek z Ursusem był kręcony cały dzień. Co chwilę trzeba było robić przerwy. Jedna ze scen jest taka: Kubacki rzuca mnie o ziemię, a ja pluję krwią. Cały jestem oblepiony piachem, bo wcześniej wysmarowano mnie oliwką. Po upadku trzeba mnie oczyścić. I dopiero wtedy dalej kręcimy. Proszę pamiętać, że przy kręceniu filmu często robi się poprawki. I to nie zawsze z winy aktorów, ale czasami na przykład niespodziewanie zmieni się światło. Innym razem Winicjusz niósł Ligię i zawadził jej nogami o kolumnę. Reżyser nakazał poprawki.Czy podczas walk odniósł Pan obrażenia?Na początku wydawało mi się, że nie. Dopiero po walce ze 170-kilogramowym mistrzem Europy w sumo Sławkiem Luto coś mnie zabolało. Po dwóch tygodniach poszedłem zrobić sobie prześwietlenie i okazało się, że mam złamane dwa żebra. Po wszystkich walkach byliśmy cali posiniaczeni. Przy starciu dwóch bardzo ciężkich mężczyzn nie może być inaczej. Nawet, gdy wszystkie chwyty i ciosy są tylko markowane.W epoce Cesarstwa Rzymskiego gladiatorom przygotowywano specjalne posiłki. Czy was też żywiono lepiej niż resztę ekipy filmowej?Każdy z aktorów mógł jeść do woli. Muszę jednak przyznać się, że przy podpisywaniu kontraktu zaznaczyłem, iż mam dostawać na planie posiłki. Słyszałem kiedyś plotki, że często aktorzy dostają na cały dzień tylko dwie bagietki. Okazało się to kompletną bzdurą. Kubacki miał specjalną dietę, ale wtedy przygotowywał się do igrzysk olimpijskich w Sydney.Czy nie nosi Pan w sobie żalu, że nie dane było Panu zagrać postaci głębiej zakorzenionej w polskiej tradycji literackiej?Nie zagrałem Ursusa, ale jednak…udało mi się złapać byka za rogi. Nie mogłem sobie darować tej przyjemności. Zrobiłem to, żeby sprawdzić, ile siły ma ważący około 1400 kg zwierz. Cóż, gdyby byk nie był odurzony środkami uspokajającymi, mogłoby to być bardzo ryzykowne. Co ciekawe, miałem na sobie garnitur, gdyż byłem wtedy na planie gościnnie. Po prostu, w trakcie moich służbowych podróży do Warszawy, za każdym razem starałem się odwiedzić ekipę. Robiłem tak, gdyż oglądanie świata filmu od kuchni było dla mnie fascynującym przeżyciem.Rozumiem, że była to Pańska pierwsza przygoda w świecie filmu…Właściwie tak, choć raz odgrywałem rolę dyskobola w programie, w którym czytano wiersz Parandowskiego, zatytułowany właśnie „Dyskobol”. Mimo debiutu starałem się być aktywny na planie „Quo vadis”. Moim pomysłem był ogromny ryk, który wydobyłem z siebie w chwili, gdy mordowałem Sławka Luto. Spodobało się to realizatorom i zostawili ten fragment bez poprawek.Podpisze się Pan pod stwierdzeniem, że Dariusz Juzyszyn połknął filmowego bakcyla?Zdecydowanie tak. Mam już nawet pierwsze propozycje od filmowców, ale trudno jeszcze mówić o konkretach. Bardzo spodobała mi się praca na planie filmowym i chętnie bym tam wrócił. Zdaję sobie jednak sprawę, że ze względu na warunki fizyczne mogę grać tylko określonego rodzaju postacie, np. w filmach historycznych.Który z polskich aktorów zrobił na Panu wrażenie swoim przygotowaniem fizycznym do roli?Przede wszystkim Krzysztof Majchrzak, czyli Tygellin w „Quo vadis”. To wyjątkowy profesjonalista. Bardzo poważnie potraktował rolę – wziął się za solidny trening i jako twardy, okrutny dowódca straży przybocznej Nerona był bardzo wiarygodny. Myślę, że gdyby nie odpowiednie przygotowanie fizyczne, postać ta nie budziłaby aż takich emocji. Bo przecież szef ochroniarzy rzymskiego cesarza, czyli najpotężniejszej postaci ówczesnego świata, nie mógł sobie pozwolić na słabą formę. Zresztą Majchrzak zasłynął przed laty jako znakomity odtwórca roli Zbyszka Cyganiewicza, słynnego polskiego zapaśnika, w filmie Bajona „Aria dla atlety”. Krzysiek wyglądał tak jak trzeba i w dodatku zachowywał się na macie jak rasowy, zawodowy wrestler z początku dwudziestego wieku.A Pan w jaki sposób przygotowywał się do roli?Żeby utrzymać potrzebną do zagrania Krotona posturę i rzeźbę mięśni (125 kg przy 2 metrach wzrostu), trenowałem tyle, co zwykle, czyli nie mniej niż 24 dni w miesiącu, po 1 godzinie dziennie na siłowni. Po zakończeniu wyczynowego uprawiania sportu doszedłem do wniosku, że treningi powinny mi sprawiać przyjemność i po każdym z nich powinienem odczuwać lekki niedosyt. Dlatego przestałem się bawić w pobijanie rekordów i wykonywanie ćwiczeń obciążających stawy. Przed laty, przygotowując się do startów w rzucie dyskiem, tego komfortu mieć nie mogłem. Zdarzyło mi się wycisnąć w leżeniu sztangę o wadze 220 kg. Potrafiłem też wykonać 20 podskoków ze 160 kg na barkach. Teraz wprowadziłem do swojego repertuaru sporo elementów z treningu kulturystów i np. często korzystam z różnego rodzaju dostępnych na siłowni maszyn. Trenuję głównie dla podtrzymania sylwetki, nie starając się zwiększyć masy. Zależy mi na dobrej rzeźbie i, przede wszystkim, na odpowiednich proporcjach. Kiedy tylko mam jakieś wątpliwości co do szerokości swoich barków, proszę o opinię żonę, która także nie stroni od uprawiania sportu.Wnioskuję z Pana wypowiedzi, że nie jest Pan zwolennikiem współczesnej kulturystyki.Kulturystyka zmierza w absurdalnym kierunku. Jeśli nadal będą premiowani zawodnicy o wielkiej masie mięśniowej, ich sylwetki przestaną być estetyczne. A przecież przed laty założenia były inne. Liczyła się zgrabna, harmonijnie umięśniona sylwetka i sprawność fizyczna. Wkrótce może dojść do tego, że monstrualnie umięśnieni czempioni spośród zawodowców będą mieli problemy z poruszaniem się.Rozmawiając o kulturystyce i filmie nie sposób nie wspomnieć o Arnoldzie Schwarzeneggerze…To prawda. Ten legendarny kulturysta osiągnął ogromny sukces także w Hollywood. Warto zauważyć, że początkowo, na przykład w filmach z serii „Conan”, grał wyłącznie ciałem. Później okazało się, że jest w stanie zagrać także bardziej skompliko
wane role i ujawnił się jego niemały aktorski talent. Zresztą, z dobrej strony pokazał się także na arenie politycznej, zostając doradcą do spraw sportu prezydenta George’a Busha seniora.Rozumiem, że filmowa kariera Schwarzeneggera stanowi dla Pana godny do naśladowania wzór.Bez wątpienia. Oczywiście, nie mam złudzeń, że mogę liczyć na choćby zbliżone sukcesy. Nie jesteśmy w Hollywood, a i ja nigdy nie byłem tak wielkim mistrzem sportu, jak on. Muszę się jednak pochwalić, że choć karierę sportową zakończyłem 12 lat temu, nadal jestem rekordzistą Polski w rzucie dyskiem.RozmawiałRobert Krzak

Komentarze: