Rozmowa z Michałem Bukowskim, amatorskim mistrzem Londynu w kulturystyce

Rozumiem, że kulturysta-amator ma jakiś konkretny zawód, bo z amatorskiego uprawiania kulturystyki trudno się utrzymać…Jestem właścicielem firmy komputerowej, która nawet nieźle się rozrosła i dobrze prosperuje. A przedtem grałem na gitarze w londyńskim zespole „Mistic”.Muzyk i jednocześnie kulturysta to kompozycja dość oryginalna. Gdzie zdobyłeś wykształcenie?Do szkoły muzycznej chodziłem w Warszawie przy ulicy Miodowej, a studia informatyczne ukończyłem w Londynie.Czy to znaczy, że w Polsce nie widziałeś dla siebie miejsca?Przyznaję, że nawet się za nim specjalnie nie rozglądałem. Przypadek sprawił, że mając 17 lat znalazłem się za granicą. Mój ojciec, profesor matematyki, dostał pracę na Malcie, a matka była tam dziennikarką. Tam zdałem maturę. Dobrze nauczyłem się języka angielskiego i hiszpańskiego, miałem również szczęście poznać swoją przyszłą żonę – Catharine.Teraz wiem, dlaczego nie spieszyłeś się do Starego Kraju. Długo mieszkałeś na Malcie?Tylko do czasu zakończenia kontraktu moich rodziców. Potem oni wrócili do Polski, a ja osiedliłem się w Londynie.I zacząłeś tam trenować?Nie! Początki były jeszcze na Malcie. Przez cztery lata, trenowałem tam karate dzięki czemu zdobyłem dużą sprawność fizyczną. Nawiasem mówiąc, uprawiam karate nadal, tyle że już nie tak intensywnie, bo na pierwszym planie jest kulturystyka.Miałeś jakieś szczególne predyspozycje w tym kierunku?Raczej tylko dobre chęci. Jako szczupły chłopak chciałem zdobyć atletyczną sylwetkę i być silny, więc w Londynie zapisałem się do klubu i podjąłem systematyczne treningi. Po trzech latach wystąpiłem w zawodach dla początkujących, co oznaczało, że jestem już przesiąknięty ideą tego nowego dla mnie sportu.A kiedy osiągnąłeś pierwsze poważne wyniki?Na pewno nie tak szybko jak bym tego chciał. Startując często, stopniowo dochodziłem do prawa występowania na imprezach o coraz wyższej randze. Dopiero po pewnym czasie zakwalifikowałem się do zawodów pod nazwą „Stars of Tomorrow” (Gwiazdy Jutra) dla obiecujących zawodników. Zająłem III miejsce w kategorii do 70 kg. Po tym sukcesie poczułem się kulturystą i zacząłem rywalizować z najlepszymi, i to raczej z powodzeniem.A kiedy przypadł Ci w udziale tytuł mistrza Londynu?Wcale nie tak dawno. W roku 2000, gdy stuknęło mi już 36 lat, zająłem II miejsce, a w 2001 w silnie obsadzonej konkurencji zdobyłem tytuł mistrza Londynu i Południowej Anglii. W tym samym roku startowałem w mistrzostwach Wielkiej Brytanii i zająłem VI miejsce w kategorii do 80 kg.Czy ćwiczysz gdzieś w klubie, czy we własnej siłowni?Wiadomo przecież, że w grupie ćwiczy się znacznie lepiej. Trenuję 5 razy w tygodniu w jednym z najlepszych klubów „Bodyworks GYM” w północnym Londynie. Zaczynam dość wcześnie, bo o 7 rano, natomiast w soboty o 9. Potem prysznic i… do pracy!Masz jakiś ulubiony sposób treningu?Pierwsze ćwiczenie zaczynam od lżejszych ciężarów, zwiększając je stopniowo w każdej następnej serii. Natomiast w drugim ćwiczeniu na tę samą grupę mięśniową zaczynam od największego obciążenia, schodząc potem w dół. W podobny sposób wykonuję następne 2 kolejne ćwiczenia. Na każdym treningu zmieniam ćwiczenia na daną grupę. Zmieniam także sprzęt, szerokość uchwytu i pozycję ciała. W ten sposób wprowadzam nowe i silne bodźce, oddziałujące na poszczególne pasma mięśni.Czy w klubach Londynu jest podział na amatorów i zawodowców?Niczego takiego nie ma. Amatorzy ćwiczą z zawodowcami, nieraz są partnerami i wzajemnie poznają swoje „sekrety” treningowe. Natomiast zasadą jest, że ciężar dobiera się tak, aby można było wykonać nie mniej niż 5 powtórzeń w serii. Jest to granica, której przekroczenie grozi kontuzją, a więc wielkie ciężary, które można podnieść 1 albo 2 razy na ogół nie są brane pod uwagę.Masz jakiegoś idola, na którym się wzorujesz?Nie. Ani idoli, ani preferowanych grup mięśniowych. Każdy człowiek ma indywidualne cechy budowy oraz indywidualne predyspozycje w rozwoju, więc każdy powinien budować własną niepowtarzalną sylwetkę tak samo, jak artysta tworzy niepowtarzalne dzieło.A co powiesz o tych, którzy co roku muszą kupować nowe garnitury, bo w starych już się nie mieszczą?To dziś już nic nowego. Zwały mięśniowe można teraz łatwo uzyskać, bo każdy potrafi znaleźć sobie drogę do leków hormonalnych, ale taki „robot” imponuje już tylko ludziom prymitywnym. Rzecz w tym, aby sylwetkę ukształtować estetycznie, a to już wymaga ogromnego wysiłku i mądrze zaplanowanego treningu.W Polsce też nie brakuje amatorów sterydów. Czy znasz metodę na wybicie im z głów takiego sposobu „nabijania” sylwetki?W Wielkiej Brytanii ta tendencja występuje w większej skali niż w Polsce, można więc mówić o globalnym skażeniu. Powiem tylko, że za pomocą pigułek można zostać „gwiazdą”, ale szybko spadającą, bo łączy się to z konsekwencjami nieodwracalnej utraty zdrowia. Sztuczne mięśnie to jak sztuczny biust – dobry raczej tylko na odległość.W Wielkiej Brytanii zawody organizują różne federacje. Jaka jest praktyczna różnica pomiędzy nimi?Federacji jest kilkanaście. Ja akurat należę do tak zwanej federacji naturalnych kulturystów ANB. Federacje NABB i WABBA organizują zawody w kategoriach wzrostowych (tak jak w Polsce do roku 1982), a pozostałe federacje preferują kategorie wagowe. Zawodnik może należeć do jednej lub do wszystkich federacji i w nich startować. Jedynym warunkiem jest poddanie się dokładnej i rygorystycznej kontroli antydopingowej.Czy nie marzy Ci się występ na zawodach w Polsce? Masz przecież polskie obywatelstwo, więc nie byłoby przeszkód.Myślę o tym od kilku lat. Mam nadzieję, że za pośrednictwem redakcji „Kulturystyki i Fitness” informacja o mojej chęci startu trafi do federacji polskich kulturystów i zostanę zaproszony.A jak często odwiedzasz kraj swojego urodzenia?Zawsze przyjeżdżam, gdy tylko mam czas. Są to wizyty rodzinne. Ostatnio byłem w 2001 roku u rodziców na Boże Narodzenie. Z Polską wiążą się moje wspaniałe wspomnienia.Ale do Londynu już przywykłeś?Mieszkam tutaj już na tyle długo, że po prostu przywykłem. Najpierw przez 8 lat pracowałem w agencji reklamowej, reklamowałem wyroby sportowe na terenie całej Europy. Próbowałem też swoich sił w filmach fabularnych. Wystąpiłem między innymi w filmie „Sędzia Dredd” z Sylwestrem Stallone w karkołomnych scenach motocyklowych.Ale swoje umiejętności muzyczne spożytkowałeś bardziej pragmatycznie…Tak, bo jako gitarzysta zespołu „Mystic” współpracowałem przy nagraniu wielu utworów, które znalazły się na liście przebojów w Wielkiej Brytanii. Najpopularniejszym z nich stał się „Ritmo Della Noche”, który z kolei był przez cały rok na pierwszym miejscu w Hiszpanii. Występowałem nawet w Stanach Zjednoczonych. Dopiero, gdy minęło kilka lat i poczułem potrzebę ustabilizowania się, zmieniłem charakter swojej pracy. Poszedłem na studia informatyczne i dzięki temu powstała firma, którą kieruję. Dzisiaj mogę powiedzieć, że moje życie ułożyło się dobrze i teraz mogę więcej czasu poświęcić zajęciom, które tworzą mój styl życia, w tym treningom.Dziękuję za rozmowę.rozmawiał Mirosław Głogowski

Komentarze: