Rozmowa z mistrzem Polski w kulturystyce, Hubertem Olborskim

Fama głosi, że będąc w wieku poborowym poważnie myślałeś o służbie wojskowej, a konkretnie o zaciągu do komandosów… Faktycznie tak było. Służba w tej formacji bardzo mnie pociągała i do pewnego czasu sądziłem, że to idealny dla mnie sposób na życie. Komandosi zawsze kojarzyli mi się z siłą, sprawnością fizyczną i umiejętnościami, które pozwalały dawać sobie radę w najtrudniejszych warunkach. Jeżeli natomiast chodzi o samą służbę, to wydawało mi się, że ludzie są tam ciągle szkoleni i doskonaleni, zarówno pod kątem fizycznym, jak i psychicznym. Taka wizja nęciła i bardzo mnie pociągała. Dlaczego zatem ominęło Cię to wszystko? Bo moje wyobrażenia okazały się nierealne. W tamtych czasach miałem wielu kolegów, którzy służyli w wojsku, a kilku z nich nawet w jednostkach komandosów. Z ich opowieści wynikało, że w wojsku niewiele się nauczyli, a tak naprawdę stracili tylko czas. Ja do komandosów chciałem iść po to, aby tam nauczyć się różnych sensownych rzeczy, które przydałyby mi się w przyszłości. W rzeczywistości wszystko wyglądało inaczej – i stąd wzięła się rezygnacja z moich marzeń. Nie żałujesz dzisiaj tej decyzji? Czasami nawet bardzo. Szczególnie gdy oglądam filmy, w których aktorzy wcielają się w postacie komandosów. No cóż, został mi duży sentyment do tej formacji i chyba jeszcze długo się z niego nie wyleczę. Czy to znaczy, że gdybyś dzisiaj był w wieku poborowym i miał otwartą drogę na przykład do jednostki GROM, skorzystałbyś z okazji? Podejrzewam, że bez chwili namysłu. Pora wrócić do naszego podstawowego tematu, czyli w szeregi nieumundurowanych kulturystów. Czy jako człowiek dobrze zorganizowany potrafisz przewidzieć dzisiaj, jak długo uda Ci się uprawiać kulturystykę na poziomie profesjonalnym? Na pewno do czterdziestki, a później zobaczymy. Gdy patrzę na fotografie takich 60-latków, jak Albert Beckles i Sergio Oliva, to widzę, że sport ten można ciągnąć w nieskończoność. Trzeba długo czekać na wyniki, ale jeżeli one już są, to formę można utrzymywać całymi latami. Co jest najważniejsze w kulturystyce? Silna wola, twardy charakter i konsekwencja w działaniu. Bez tych cech możemy sobie tylko pomarzyć o postępach, wynikach, sukcesach. Chodzi o silną wolę na te dwie godziny treningu, czy na dłużej? Chodzi o osobowość. Ten, kto odznacza się taką cechą jak upór, musi zawsze wyjść na swoje. Wcześniej lub później, ale zrobi to, co sobie zaplanował. To brzmi optymistycznie, ale sędziowie na zawodach nie punktują za osobowość. Oczywiście, że nie. Trzeba dysponować jeszcze odpowiednimi warunkami, takimi jak układ kostny, proporcje sylwetki, a także uwarunkowania genetyczne. A dlaczego akurat Ty zostałeś kulturystą? Bo jestem indywidualistą i dlatego wybrałem sport, gdzie sukcesy są tylko moją zasługą, a za porażki obwiniam tylko siebie. Poza tym zawsze wybiera się to, do czego człowiek pasuje. Na pewno ze względu na niski wzrost nie mogłem zostać dobrym koszykarzem, ale wiedziałem, że mogę zostać dobrym kulturystą. Już jako 15-latek zacząłem uprawiać kulturystykę. Wtedy zaimponował mi Schwarzenegger. Schwarzenegger zaczął trochę później… …dobrze zrobił. Bo ja nadwerężyłem sobie kręgosłup w odcinku lędźwiowym, a więc na zdrowie mi to nie wyszło. Zrobiłem sobie obowiązkową przerwę. Trenowałem różne sporty, między innymi kick-boxing, a kiedy miałem 19 lat, powróciłem do kulturystyki. Chciałeś być silny czy przystojny? Może nie aż tak dosłownie, ale od dziecka byłem zapatrzony w twardych mężczyzn o szlachetnych charakterach. Przez jakiś czas imponował mi filmowy Janosik. A poza tym dziadek był kowalem i przy każdej okazji podchodził do mnie, napinał bicepsy i wołał: „Zobacz wnuczku, jakie dziadek ma muskuły! W życiu trzeba byś silnym!” Z perspektywy czasu wiem, że była to przenośnia. Chciał mi po prostu przekazać, że wiara w siebie jest kluczem do sukcesu. I jak teraz wypadasz na tle dziadka? Dziadek nigdy nie startował w zawodach. Ja nawet nie ćwiczę po to, aby być silniejszy, chociaż dzięki treningom tak się dzieje, ale mam na uwadze przede wszystkim rywalizację sportową. Lubię to, co robię. Kulturystyka stała się wręcz moją pasją sportową. Można z takiej pasji wyżyć? Jestem realistą, a nie ryzykantem i dlatego zdążyłem już zabezpieczyć sobie byt na przyszłość. Niedawno otrzymałem dyplom specjalisty z zakresu marketingu i zarządzania. Studiowałem w Wyższej Szkole Ekologii i Zarządzania, a jednocześnie pracowałem jako instruktor w klubie Pawła Filleborna. Dało się pogodzić ze sobą te dwie rzeczy? Musiało! Nie należę do tych, którzy po każdy grosz wyciągają rękę do rodziców. Uważałem, że nie mogę ich obciążać kosztami studiów. Po pierwsze, byłem już dorosły i uznałem, że sam powinienem zatroszczyć się o pieniądze, a po drugie – byłoby mi okropnie głupio, gdyby któregoś dnia okazało się, że rodzice płacili, a studia nie wyszły. Jesteś wyjątkowo odpowiedzialny jak na młodego człowieka. A przecież kulturystyka wyczynowa to sport dla ludzi, którzy niekoniecznie dbają o zdrowie. Niektórzy mówią wprost, że interesuje ich przede wszystkim wielka masa i dobre wyniki na zawodach, a dobrym zdrowiem zajmą się później. Jak to jest u Ciebie? Nie ulega wątpliwości, że sport to zdrowie, ale tylko na etapie amatorskim. Wyczynowcy zawsze balansują na granicy ryzyka. Ja mimo wszystko staram się z niczym nie przesadzać. Trenuję już sporo lat, a do dziś nie wiem na przykład, jakie są moje rekordy siłowe. To ostrożność czy odpowiedzialność? Myślę, że jedno i drugie. Zawodnik odpowiedzialny musi być ostrożny, bo w przeciwnym razie złapie kontuzję i wyleci z gry. Mnie to dotyczy w szczególności, bo mam raczej drobny kościec, więc i ścięgna nie są ze stali, dlatego też zawsze muszę wiedzieć, do jakiego momentu podnosić poprzeczkę. W tym wypadku – ciężar. Ale chyba w planie treningowym masz jakieś stopniowanie ciężaru, np. do 80 lub 90 procent możliwości. Tak, ale jest to stopniowanie raczej intuicyjnie. Niewykluczone, że w ten sposób zaniżam swoje możliwości, ale wyznaję zasadę, że lepiej mięśni nie dotrenować niż przetrenować, ponieważ mięśnie niedotrenowane, owszem, rozwijają się wolniej, za to przetrenowane – nie. Domyślam się, że pracując z Pawłem Fillebornem, odebrałeś znakomitą szkołę? Jak najbardziej. Zawdzięczam mu wiele, bo wszystko, czego się nauczyłem, jest jego zasługą. A co z Twoim zawodem wyuczonym? Na razie jest w rezerwie. Aktualnie pracuję jako instruktor kulturystyki w warszawskim „Fitness Club OLIMPIA”. Jest to zajęcie, które przynosi mi satysfakcję, ponieważ mam kontakt z ludźmi, znam się na tym, co robię i otacza mnie wielu przyjaciół. Jak się czujesz, gdy masz przed sobą pełną salę kibiców? Doskonale. Podobno mam obycie sceniczne i chyba tak jest, bo nie czuję tremy, jestem na zupełnym luzie.. Nie męczy Cię nigdy refleksja, że na scenie jesteś tylko 5 minut, a Twoje „męczarnie” i wyrzeczenia trwają wiele miesięcy? Nie, bo przecież wszystko, co robię, robię dla tej jednej krótkiej chwili. Moment , w którym znajduję się na scenie, jest wart wszystkich wyrzeczeń. A co czujesz, gdy ktoś okazuje się lepszy? Mówię sobie, że zrobiłem wszystko, aby wygrać, a jeżeli tak się nie stało, oznacza to, że ktoś zrobił jeszcze więcej i to on wygrał. Na sukces składa się wiele czynników, nie tylko sam trening. Ważny jest na przykład sponsor, przyjaciele, życzliwe otoczenie i cała psychologiczna atmosfera, towarzysząca
przygotowaniom do zawodów. Które zawody uważasz za najbardziej udane? Cały rok 2000 okazał się przełomowym momentem w karierze. Z Joanną Krupą zdobyliśmy mistrzostwo Polski w parach, potem dostaliśmy się do finału na mistrzostwach Europy. A indywidualnie również w tym czasie zdobyłem mistrzostwo Polski w kategorii 80 kg, byłem czwarty w Europie i piąty na mistrzostwach świata. Do tego dochodzi mistrzostwo Polski za rok 2002 w Białymstoku. Jak wypoczywasz po takich zawodach? Staram się wypoczywać aktywnie. Najlepiej w gronie przyjaciół. Jeżeli sprzyja pogoda, dużo pływam, jeżeli nie – uwielbiam spacery po górach, ale też korzystam czasami z sali treningowej. Jest to dość „umowny” rodzaj wypoczynku, ale rozumiem, że formę trzeba trzymać przynajmniej na tyle, na ile można. A co z dietą? Kiedy patrzę na dietę kulturysty, robi mi się… tak sobie. Uważam, że dieta kulturystyczna może być równie smaczna jak każda inna, trzeba tylko wykazać się wyobraźnią. Ja kucharzę sam i zjadam wszystko z apetytem. Kłopot rodzi się dopiero przed zawodami, bo muszę ograniczać porcje i wtedy towarzyszy mi uczucie nieustającego głodu. Mimo wszystko domyślam się, że Twoje życie nie kończy się na kulturystyce. Co jeszcze jest przedmiotem Twojego zainteresowania? Psychologia. Już w czasie studiów zagłębiałem się w tę tematykę, nawet myślałem, że uda mi się zajmować nią profesjonalnie. Na razie nie wyszło. Kupuję książki psychologiczne z nadzieją, że może z czasem pójdę na dodatkowe studia. Na wszelki wypadek doskonalę też znajomość angielskiego. Niestety, doba ma tylko 24 godziny, a człowiek za krótko żyje, aby zrealizować wszystkie zamierzenia. Przyznasz chyba, że lansowanie zawodników o ogromnej masie nie najlepiej służy idei kulturystyki? To fakt. Kulturystyka zmierza trochę w złym kierunku. W Ameryce wygrywają zawodnicy „przepakowani” i to jest błąd. Ja mogę ich podziwiać jako sportowców za wkład pracy na rzecz osiągnięcia takich sylwetek, ale nie uważam, że tak być powinno. Gdzieś została zagubiona droga do piękna, a szkoda. Jak udowodnisz Czytelnikom, że nie urodziłeś się mistrzem, ale byłeś przeciętnym szczupłym chłopakiem? Niech popatrzą na zdjęcia i ocenią. Dziękuję za rozmowę Mirosław Prandota

Komentarze: