W rubryce tej – jak sama nazwa wskazuje – prezentujemy przede wszystkim supermenów, co jednak wcale nie znaczy, że zabraknie miejsca dla superwoman, jeżeli tylko znajdzie się osoba, której pominąć nie wypada. I tak „znalazła się” Aleksandra Klejnowska!

Turnieje podnoszenia ciężarów z udziałem kobiet budziły od początku kontrowersje wśród kibiców. Jedni wybrzydzali, drudzy akceptowali, a jeszcze inni kiwali pobłażliwie głowami z przekonaniem, że to nie potrwa długo, bo „kłóci się z naturą kobiety”. Wbrew chałupniczym opiniom kobiety podnoszą coraz więcej, wyniki przerastają wyobraźnię zwykłego zjadacza chleba, a natura nic na tym nie traci.Sylwetka na złoty medalTak na pierwszy rzut oka trudno uwierzyć, że ta piękna dziewczyna naprawdę podnosi tak ogromny ciężar, jak to widziało się na ekranie telewizora podczas relacji z zawodów. Ola jest wprawdzie szersza w ramionach niż jej rówieśniczki z takiej czy innej dyskoteki, ale i tak w głowie się nie mieści, skąd u niej tyle siły.Waży 59 kilogramów przy wzroście 156 centymetrów. Oczywiście na te kilogramy składają się same mięśnie, dzięki czemu sylwetka zachowuje posągowe proporcje. I – co jeszcze trzeba koniecznie dodać – sylwetka Oli nie ma nic wspólnego z karykaturalnymi przerostami, jakie widać na zdjęciach amerykańskich kulturystek zawodowych. Wszystko jest tu na swoim miejscu, a podobnej figury życzyłbym nie tylko sportsmenkom.Być może zostanę zaraz posądzony o to, że zbyt obszernie rozpisałem się na temat walorów sylwetki mistrzyni świata w podnoszeniu ciężarów, ale po pierwsze – dewizą naszego pisma jest właśnie propagowanie siły, sprawności oraz piękna (co można sobie przeczytać na okładce w podtytule) i po drugie – ciągle wydaje mi się niemożliwe, by ta delikatna, subtelna i urodziwa dziewczyna potrafiła podnieść ciężar nieporównywalnie większy niż przysłowiowe chłopisko od pługa czy od dźwigania worów na stacji przeładunkowej.A jednak fakty mówią same za siebie. „Dziewczynka”, która do pewnego czasu była tancerką i odnosiła przyzwoite sukcesy na parkietach krajowych oraz międzynarodowych i która wcale nie zapowiadała się na atletę płci pięknej – dzisiaj potrafi podrzucić w górę ciężar o wadze 125 kilogramów!Pełny luzTo zdarzyło się w ubiegłym roku na Mistrzostwach Świata w Turcji. Ola otrzymała już swój złoty medal, przetrawiła pierwszą falę radości z tego właśnie powodu, a jedyne, co jeszcze jej pozostało, to podziwianie koleżanek z cięższych kategorii, które dopiero zabiegały o sukces, podnosząc rekordowe ciężary.Tak się złożyło, że turecki organizator postanowił nieco ubarwić zawody czymś ekstra, ot, choćby tańcem. Zapewne ktoś mu podpowiedział, że Polki są utalentowane w tej dziedzinie, bo zwrócił się do polskiej ekipy, czy dałoby się zorganizować coś takiego.Ola nie zastanawiała się długo. W przerwie między rwaniem a podrzutem, a konkretnie wtedy, kiedy już zanosiło się, że walkę o medal wygra Agata Wróbel – wystąpiła z koleżanką w pokazie tanecznym dla szerokiej publiczności.Oglądam to z taśmy i muszę przyznać, że wrażenie jest niecodzienne. I mimo że muzykę próbuje zagłuszyć entuzjastycznym aplauzem turecka publiczność, to przecież widać, co dziewczyny potrafią. Głowę daję, że jeżeli kiedyś obie zechcą zamienić pomost ciężarowy na parkiet dla fitness, narobią prawdziwego zamieszania w tym drugim! Wysportowane i ładnie umięśnione sylwetki plus uroda i profesjonalne przygotowanie taneczno-akrobatyczne, a zarazem pewna odmienność w auto-prezentacji – wszystko to powinno zaowocować przyjemną niespodzianką dla fanów fitness, a może nawet zagrozić „monopolowi” aktualnych mistrzyń.Między talentem a zapałemOla została sztangistką przypadkowo, co zresztą nie powinno budzić zdziwienia, bo wiele sportowych i nie tylko sportowych karier zaczynało się od przypadku. Ktoś kogoś przyprowadził, pokazał, co trzeba robić, aby w ogóle to zrobić, ktoś inny dla kawału wykonał zadanie i… zaskoczył. Tak stało się w przypadku 16-letniej Oli Klejnowskiej.Mieszkała w Legnicy. Tam chodziła do szkoły i w tamtejszym domu kultury uczęszczała na zajęcia w kole teatralnym oraz w zespole tańca nowoczesnego. Na ten taniec składały się nie tylko same wygibasy w rytm muzyki, ale również wiele elementów akrobatycznych, co nadawało zajęciom charakter wyczynowy.W pewnym momencie rodzina Klejnowskich przeprowadziła się do innej dzielnicy miasta i tak się złożyło, że w pobliżu była siłownia. Ponieważ moda na bycie silnym upowszechniła się już wszędzie w kręgach młodzieży, do siłowni wdepnął brat Oli i już tam „pozostał”, niewykluczone, że na stałe, bo ćwiczy do dziś.Nie jest do końca pewne, czy brat chciał pokazać siostrze, jak nabiera krzepy za sprawą regularnego „pakowania”, czy też zamierzał ją samą zachęcić do ćwiczeń kulturystycznych lub ciężarowych, co na jedno wychodzi, bo w każdym wypadku trzeba coś podnieść – w każdym razie Ola poszła zobaczyć, co tam się dzieje.Był to rok 1998. Miała wtedy 16 lat. Na przekór zwykłym dziewczęcym upodobaniom do fatałaszków, świecidełek i tym podobnych radości, zainteresowała się akurat żelastwem, które miało ponury kolor i na pewno nie świeciło, bo przeżerała je zwyczajna rdza. A ponieważ trenerem był tam kolega jej ojca, do pewnego stopnia mogła poczuć się jak w domu.Po dwóch dniach treningu została zmobilizowana do startu w lokalnych zawodach. Niewiele jeszcze umiała i niewiele potrafiła podnieść, ale przecież w jej niedługim sportowym życiorysie już zaszło coś nowego i chyba o to chodziło trenerowi. Dostrzegł talent i wyczuł szansę.Maraton tanecznyW dwa tygodnie później wystartowała już w mistrzostwach Polski dla młodzieży do lat 16. Na wyniki z tamtych dni patrzy dzisiaj już tylko z przymrużeniem oka, ale wtedy liczył się jeszcze każdy wynik. Uzyskała 35 kg w rwaniu i tyle samo w podrzucie. Za rwanie trafił się jej nawet nie byle jaki zaszczyt, bo w swojej kategorii wagowej wywalczyła brązowy medal. Cenny, bo pierwszy w tej dyscyplinie sportu.To właśnie wtedy trener kobiecej reprezentacji sztangistek, Ryszard Soćko, zaproponował jej udział w zgrupowaniu młodej kadry. Odmówiła, bo wprawdzie zaciekawił ją ten nowy dla niej sport, ale i tak nie było mowy o rezygnacji z tańca. Tym bardziej, że w tym samym czasie w Kielcach miał się odbyć turniej taneczny, a Ola miała już na koncie mnóstwo trofeów właśnie w tej dyscyplinie, a w Kielcach była okazja pomnożyć sukces.Spędziła tam trzy tygodnie, bo tyle czasu trwał ten wielki maraton taneczny, a Ola brała udział w różnych konkurencjach: solo, duet, miniformacja (do 5 osób w grupie) i formacja. W każdym razie wszystko to trwało na tyle długo, że dziewczyna zatęskniła za siłownią. Postanowiła, że pójdzie na trening zaraz po powrocie, aby sprawdzić, czy już będzie w stanie podnieść większy ciężar niż na ostatnich zawodach.- Zawsze byłam taka, że chciałam iść na maksa – wspomina dzisiaj z uśmiechem.Żałowała nawet, że wybrała turniej taneczny w Kielcach zamiast udać się na zgrupowanie sztangistek do Ośrodka Sportów Olimpijskich w Siedlcach, gdzie trener Soćko znalazł dla niej miejsce.Okazało się, ze trener wcale o niej nie zapomniał. Zadzwonił, zawiadomił, że szykuje się kolejne zgrupowanie i że dobrze będzie, jeżeli Ola przyjedzie. – Byłam bardzo napalona – entuzjazmuje się nawet teraz Ola. – Ten jeden telefon od razu dodał mi skrzydeł!Trudny wybórCzas upływał na nauce w szkole ekonomicznej, na treningu sztangą i na tańcach. Od czasu pierwszego pobytu na zgrupowaniu pod kierownictwem trenera Soćki minęło pół roku. Ola podnosiła coraz większe ciężary. Miała na swoim koncie 55 kg w rwaniu i 65 kg w podrzucie. A jednak nie do końca była przekonana, że podnoszenie ciężarów to jest właśnie to, co w najbliższych latach chciałaby robić. Po lekcjach w szkole wędrowała raz na parkiet taneczny, drugi raz na siłownię i tak w kółko. Nie był to najlepszy sposób na poprawienie wyników w dwuboju, ale jeszcze wtedy chyba nie o to chodziło.W
końcu zainterweniował sam trener:- Najwyższy czas podjąć męską decyzję – oświadczył dobitnie – bo nie da się uprawiać wyczynowo dwóch konkurencji jednocześnie! Masz szansę zarówno w jednej dyscyplinie jak i w drugiej. Wybieraj!Zadecydowała, że od tej pory będzie to tylko jedna: podnoszenie ciężarów.Co sprawiło, że dokonała takiego wyboru?- Bo to jest dyscyplina indywidualna – tłumaczy Ola. – Jak mi coś nie wyjdzie, to mogę mieć pretensję tylko do samej siebie. A w tańcu zawsze sukces jednej zawodniczki zależy od tego, czy druga nie zrobi błędu. Postanowiłam więc rozpocząć „pracę na swoim”.Ale przecież nie zerwała tak na zawsze z tańcem. Robi to do dziś, a jak było trzeba, zatańczyła nawet dla stacji telewizyjnej Eurosport.Pod górkę, ale z pożytkiemSmak pierwszych zawodów międzynarodowych poczuła w roku 1999 na Mistrzostwach Europy w Atenach. Zaliczyła wtedy już 77 kg w rwaniu i 102 kg w podrzucie. Do medalowych, a nawet punktowanych miejsc jeszcze wtedy trochę jej zabrakło, ale już widać było, że w górę idzie coraz większy ciężar i że bariery nie widać.Latem 2000 roku Ola została już wytypowana do reprezentowania barw narodowych na olimpiadzie w Sydney. Dla 18-letniej dziewczyny było to ogromne przeżycie. Czuła się onieśmielona przede wszystkim dlatego, że przecież nie minęły jeszcze nawet dwa lata od czasu, kiedy rozpoczęła treningi.Raz po raz ktoś ją pytał, ile czasu poświęciła na przygotowania do tego największego na świecie święta sportu. I za każdym razem wychodziło na to, że okropnie mało, bo jej przeciwniczki trenowały już po kilkanaście lat, miały duże doświadczenie, startowały na wielu zawodach i starały się robić takie wrażenie, jakby właśnie dla nich już z góry zostały zarezerwowane najlepsze miejsca.No cóż? Za wynik 90 kg w rwaniu i 112,5 kg w podrzucie dostało jej się V miejsce w kategorii 58 kg. Satysfakcjonujący był też fakt, że okazała się najlepszą z Europejek. Zwyciężczyni z Meksyku uzyskała o 5 kg więcej w rwaniu i o 12,5 kg więcej w podrzucie.W roku 2001 znowu postęp. Ola uzyskała w rwaniu 92,5 kg, a w podrzucie 122,5 kg. Był to wynik na złoty medal mistrzyni świata seniorek.Szczytową formę, jak na razie, osiągnęła na Mistrzostwach Polski w listopadzie ubiegłego roku: 97,5 w rwaniu i 125 w podrzucie. Ile będzie w tym roku?Siła woli i motywacji– Początkowo robiłam postępy stosunkowo szybko – opowiada Ola. – To normalne, bo kiedy się zaczyna od małego ciężaru i trenuje się systematycznie, wyniki rosną prawie z treningu na trening. Potem osiąga się jakiś pułap i teraz poprawa o każdy kilogram wymaga mnóstwa pracy.Więc pracuje, bo tak sobie zaplanowała czas. W poniedziałki, środy i piątki trenuje 3 razy dziennie. O 10-tej, 16-tej i 20-tej. We wtorki, czwartki i soboty „tylko” dwa razy dziennie, a w niedzielę raz. Jak z tego rozkładu zajęć wynika, nie jest to program dla amatorów. Trzeba mieć niezwykle silną motywację, aby wytrwać przy takiej katordze.Od wielu miesięcy Ola nie mieszka już w Legnicy. Została zakwaterowana w Ośrodku Sportów Olimpijskich w Siedlcach, bo to jedyna możliwość, aby sprostać wyzwaniom. Są tam świetne warunki zarówno do treningu jak i do nauki. Treningi to przecież nie wszystko. Ola jest uczennicą Technikum Ogrodniczego, w maju zdaje egzamin maturalny.Co potem?Chciałaby studiować psychologię. Na razie jest to tylko hobby, z czasem zamierza awansować na profesjonalistkę.Takie plany na przyszłość nie oznaczają jednak, że wraz z rozpoczęciem studiów zakończy się przygoda ze sztangą. W siedleckim ośrodku nie ma w ogóle dziewcząt, które cieszą się nadmiarem wolnego czasu. Wszystkie sztangistki uczą się. Jedne w Technikum Ogrodniczym, inne na studiach. A najlepszą okazję do odreagowania codziennych stresów ma się na pomoście ciężarowym.Cel perspektywiczny to udział na olimpiadzie w Atenach w 2004 roku. Oli marzy się uzyskanie 130 kg w podrzucie. To tylko 5 kg więcej niż podniosła dotychczas. lecz trzeba włożyć ogrom pracy, aby marzenie nabrało kształtów. A przecież wszystko wskazuje na to, że w kategorii 58 kg będzie to medalowy wynik.Gdy wyrażam podziw dla jej siły fizycznej, odpowiada, że ćwiczy wcale nie na siłę, bo tajemnica sukcesu tkwi w technice. Mięśni też nie rozwija, one rozwijają się same!Oczywiście nie mam nic przeciwko temu, żeby wszystko „robiło się samo”, ale na wszelki wypadek kompromisowo ustaliliśmy, że mimo pozytywnego nastawienia jednak te wielkie ciężary trzeba czymś podnosić. I że sama technika nie wystarczy. Do tego konieczna jest wcale nie tuzinkowa siła mięśni. Im większa będzie ta siła, tym bardziej wzrosną szanse na medal w Atenach.Mirosław Prando

Komentarze: