Nasz człowiek na scenie politycznej

Nigdy nie interesował się polityką. Niemal jedynym przedmiotem jego zainteresowań były ćwiczenia siłowe. I to od najmłodszych lat, kiedy tylko zobaczył pierwsze wzorce prezentowane przez legendarny już dzisiaj „Sport dla Wszystkich”.Napisał pierwszą w Polsce pracę magisterską o kulturystyce. Był to rok 1970, „Sport dla Wszystkich” dawno już zlikwidowano, a kulturystyka była dla władzy taką samą zarazą jak imperialistyczna Coca-cola. A mimo to zaryzykował i napisał. Koledzy z AWF śmiali się, uważali, że z takim dyplomem nie znajdzie pracy, bo kto go przyjmie? Smiali się też z samej idei kulturystyki, bo była moda na wyśmiewanie niby to nadmuchanych powietrzem bicepsów. Przestali się śmiać, gdy wykrył, że w akademiku pod łóżkami, prześmiewcy trzymają w sumie tyle sprzętu, iż dałoby się nim wyposażyć kilka sal treningowych.Stefan Mizieliński znosił wszystkie uwagi na luzie, a zaraz po studiach zakotwiczył się w warszawskim klubie „Herkules” na całe 20 lat. O sukcesach, jakie odnosił, nie chce już mówić, bo „i tak wszystko jest znane i było opisywane”. Polityką nadal nie interesował się, uważał, że jest akurat fachowcem od czego innego.Ale oto nadeszły zmiany ustrojowe. Przyjaciele, którzy znali Stefana od strony jego niekwestionowanych zdolności organizacyjnych, zaproponowali mu funkcję przewodniczącego Międzyzakładowej Komisji Solidarności dla miasta st. Warszawy.Propozycja była nęcąca, ale pojawił się pewien istotny problem, przełożeni Stefana wciąż jeszcze należeli do PZPR.Uznał mimo wszystko, że nastała nowa epoka dziejowa, a zatem najlepszy to czas, w którym człowiek czynu powinien jednocześnie zadeklarować się od strony politycznej. Został przewodniczącym.Być może gdyby tylko został nim i siedział jak przysłowiowa mysz pod miotłą, sportowa „wierchuszka” potraktowałaby jego odstępstwo od jedynej jeszcze „słusznej” linii politycznej jako pewnego rodzaju egzotykę. Tak się nie stało. Przewodniczący Mizieliński chciał działać. Demonstacyjnie przeznaczył dwa pomieszczenia w dzielnicy Praga-Południe na kampanię wyborczą Lecha Wałęsy i jakby tego było za mało, dołożył nieodpłatnie dwa numery telefoniczne na czas kampanii.No cóż? Chłopcy z ekipy kandydata Lecha Wałęsy trochę się rozdzwonili. Wyszedł spory rachunek, który musiał uregulować zarząd dzielnicowy TKKF. A to już nie spodobało się dokumentnie politycznym zwierzchnikom przewodniczącego. Zarzucono mu niegospodarność i w rewanżu wstrzymano dotacje na „Herkulesa”, mimo że na papierze były one już przyznane.Stefana poniosły nerwy, bo akurat nie spodziewał się czegoś takiego. Zdobył się na dramatyczny gest i napisał podanie o utrzymanie dotacji lub zwolnienie go z kierowniczej funkcji, jaką pełnił w „Herkulesie”.Tak naprawdę liczył na to, że podanie będzie odrzucone i że wszyscy członkowie zarządu wesprą go w kampanii na rzecz przywrócenia należnej klubowi dotacji. Co tu kryć? Czuł się popularny, miał swój własny program sportowy w telewizji, miał też od lat swój cykl o kulturystyce w liczących się gazetach – wydawało mu się, że jest ludziom potrzebny i że wszyscy doceniają jego zapobiegliwość oraz zmysł organizacyjny. I wobec tego mowy nie ma, aby ktoś przyjął jego rezygnację!Przeliczył się. Podanie zostało przyjęte, a Stefan znalazł się po raz pierwszy w życiu w dołku. Przecież „Herkules” był jego jedyną pracą od czasu ukończenia studiów, tam był inspiratorem, wychowawcą, trenerem, a zarazem matką i ojcem chłopaków, którzy pod jego kierownictwem zdobywali mistrzostwa Polski i Europy.Współpracę zaproponował mu Piotr Kaczorowski, który prowadził kampanię wyborczą Lecha Wałęsy na Pradze, a później przyszła kolej na wybory do sejmu i tenże Piotr lansował akurat Polską Partię Przyjaciół Piwa, czyli po prostu stowarzyszenie przedsiębiorców. Zaproponował Stefanowi kandydowanie z pierwszego miejsca na liście PPPP w Tarnowie.Stefan, który nadal nie znosił polityki, wyraził zgodę tylko dlatego, że akurat ta partia najmniej ze wszystkich kojarzyła mu się z polityką.W zasadzie nie liczył na nic, sprawę potraktował trochę poznawczo, a trochę zabawowo, a tu okazało się, że zabrakło mu tylko kilkunastu głosów do zostania posłem. Gdyby wiedział o tym wcześniej, może by nawet podał rękę polityce i przeprowadził jakąś korzystną dla siebie kampanię propagandową. Gdyby…W każdym razie nagle uświadomił sobie, ile dobrego mógłby dokonać dla polskiego sportu, gdyby tak został posłem. Nie został, ale bakcyl polityki już go trochę połaskotał. W ciągu następnych czterech lat stał się na tyle aktywny politycznie, że zorganizował grupę olimpijczyków, między innymi Komara, Kuleja, Langa i Suprona, których zainspirował do walki o mandaty poselskie. Sam zaś startował z województwa sieradzkiego. Tym razem na przeszkodzie stanęła ordynacja wyborcza. „Piwoszom” zabrakło co nieco do wymaganych pięciu procent.Już wydawało się Stefanowi, że jego niedługa działalność polityczna ma się ku końcowi, gdy oto prezydent Lech Wałęsa zaproponował mu udział w Komisji Sportu i Turystyki, której przewodniczył profesor Zbigniew Religa. A w kilka miesięcy później już sam profesor przyjął go do swoje Partii Republikańskiej, gdzie nadal mógł zajmować się problematyką sportową.Partia Republikańska jednak z czasem pękła na pół. Z tej drugiej połowy utworzyła się Nowa Polska, w której Stefan odnalazł swoje miejsce.Gdy pytam Stefana, jak ocenia te kilka ostatnich lat ze swojego życiorysu, odpowiada wprost, że odbył poważne korepetycje polityczne i ustawił się na właściwej drodze i że widocznie takie było jego przeznaczenie.Nowa Polska dała swój program i zasady organizacyjne nowo tworzącej się partii AWS i weszła w jej skład. I tak Stefan Mizieliński znalazł się w koalicji rządzącej. Aktualnie jest doradcą ministra sportu Jacka Dębskiego. Nie ma czasu, nie ma urlopu, nie ma wolnych weekendów. Taka praca.Wspólnie przeglądamy zaproszenia, jakie przychodzą do Stefana z całej sportowej Polski. Tu impreza, tam impreza, jeszcze gdzie indziej impreza. Stefan patrzy w kalendarz i zastanawia się, jak zdążyć na wszystkie zawody, które akurat odbędą się w tym samym dniu i w różnych miejscach Polski. Jedna z jego funkcji polega przecież na ocenie fachowości organizatorów tych imprez. Niestety, nie uda się być wszędzie. Przynajmniej nie od razu. Ale międzynarodowych zawodów odpuścić sobie już nie może. Do najprzyjemniejszych zalicza ostatnie mistrzostwa Europy w kulturystyce, jakie odbyły się tego roku w Essen. To tam doszło już do któregoś z rzędu spotkania z Benem Weiderem, który właśnie wykupił niemiecką firmę Multi Power i wystąpił wobec Stefana z propozycją, aby ten przyjął przedstawicielstwo firmy na Europę Środkowo-Wschodnią. Są przecież przyjaciółmi już od lat, szef IFBB ma do Stefana pełne zaufanie, uważa, że lepszej kandydatury być nie może.No cóż? Sprawa nie wypaliła. Stefan jest dzisiaj wysokim urzędnikiem państwowym, a więc zgodnie z obowiązującym prawem nie może przyjmować dodatkowych funkcji pozarządowych.Oglądam medale i statuetki, jakie przyznali mu najwybitniejsi polscy kulturyści, Paweł Filleborn i Stefan Piotr Kozioł. Wygrawerowane napisy mówią same za siebie: „Stefanowi Mizielińskiemu, twórcy potęgi polskiego atletyzmu w dowód wdzięczności i szacunku…” Jak to się mówi: mała rzecz, a cieszy.A swoją drogą, dobrze jest, że mamy „naszego człowieka” w polityce, może szkoda tylko, że jednego!Mirosław Prandota

Komentarze: