Był pierwszym polskim ciężarowcem, który zdobył tytuł mistrza świata

Panie Marianie, jak to się stało, że w konkursie na najlepiej zbudowanego sportowca w roku 1961 pokonał pan nawet aktualnego Mr. Polonia, Andrzeja Jasińskiego?No… była taka impreza, faktycznie, oprócz oceny sylwetki sędziowie brali pod uwagę również wyniki siłowe i sprawnościowe. Nie można jednak powiedzieć, że miałem jakąkolwiek przewagę siłową nad Andrzejem Jasińskim, bo on był nie tylko kulturystą, ale również cięzarowcem z pierwszą klasą sportową oraz gimnastykiem także z pierwszą klasą.Jaką minę miał Jasiński, gdy ogłoszono Pańskie zwycięstwo?Mogę tylko powiedzieć, że nie był zachwycony.A ile czasu pracował Pan nad tym, aby pokonać najlepszego polskiego kulturystę tamtych lat?Moje zwycięstwo nie dokonało się na skutek jakiejś z góry zamierzonej w tym kierunku pracy. Było ono efektem ubocznym treningu ciężarowego. Nie uprawiałem ćwiczeń kulturystycznych, ale przecież trening ciężarowca również daje efekty w postaci dobrze ukształtowanego umięśnienia, a ciężarowcy lżejszych kategorii jeżeli chodzi o sylwetkę mogli śmiało konkurować z kulturystami.Czy został Pan ciężarowcem z wyboru, czy też z innego powodu?Zadecydował przypadek. Byłem już po zasadniczej służbie wojskowej, miałem 22 lata i przygotowywałem się do Mistrzostw Wojska Polskiego w gimnastyce, a później miałem wracać do szkoły. Przecież na ochotnika do wojska nie szedłem. Wyciągnęli mnie prawie z ławki w dziewiątej klasie, obiecali, że służba potrwa tylko rok, a potem wyjdę do cywila i będę mógł dalej się uczyć. Wtedy nikogo nie pytali o zdanie.Akurat po drugiej stronie sali instruktorzy szykowali zespół, również wojskowy, na turniej w ciężarach. Sprzęt do treningu stanowiła ośka od kolejki wąskotorowej. A jakże, był przecież dopiero rok 1953, sztanga to rarytas, którym nie każdy klub mógł się pochwalić.Tak więc kto tylko podniósł ośkę do góry, trafiał od razu do drużyny ciężarówców. Kandydaci o dużej wadze dawali sobie radę z tym ciężarem, lżejsi nie. Podszedłem i tak dla hecy podniosłem ośkę jedną ręką. Gdy trener to zobaczył, od razu uczepił się mnie i już nie puścił.Może niezbyt energicznie Pan się bronił?Ależ nie! Interesowała mnie tylko gimnastyka. Gdy pojechaliśmy na Mistrzostwa do Lublina, wystartowałem w gimnastyce i zdobyłem drugie miejsce. Trenerzy od ciężarów, stwierdzili, że już jestem wolny, więc mogę wystartować w ciężarach. Pokazali mi sztangę, której dotychczas nie widziałem i zaczęli uczyć trójboju. W dwie godziny później wystartowałem. Ważyłem 60 kg, wycisnąłem tyle samo, wyrwałem o 5 kilo więcej, a podrzuciłem 80 kilogramów. Zdobyłem II miejsce i tak to się zaczęło.W sześć lat później został Pan już mistrzem świata. W rwaniu uzyskał Pan wynik 113 kilogramów. Był Pan niezwykle popularny wśród kibiców sportowych. A jak nagrodziły Pana władze klubu?W tamtych czasach startowało się za „dziękuję”. Oczywiście ciężarowiec nie może być głodny, bo nic nie podniesie, otrzymałem więc 1200 złotych w bonach na dożywianie i tyle. Taka była wtedy pensja miesięczna. Żadnych innych gratyfikacji nie otrzymywałem, mimo że startując w wadze piórkowej miałem lepszy wynik niż zawodnicy z kategorii lekkiej i średniej. Jak na tamte czasy, dożywianie było i tak dużym wyróżnieniem dla sportowca, ale tak naprawdę to nie wiem, ile by podnieśli współcześni ciężarowcy, gdyby im zafundowano taki wikt. Podejrzewam, że szybko zrezygnowaliby z uprawiania sportu.Jak się wtedy trenowało, żeby dochrapać się tytułu mistrza?Nijak. Aby do góry! Kiedy sztanga była w górze, oznaczało to, że już jest dobrze. Przecież Polski Komitet Olimpijski w ogóle nie uwzględniał ciężarowców w jakichkolwiek sportowych planach. To się zmieniło dopiero wtedy, gdy niespodziewanie dokopaliśmy drużynowo Rosjanom. Bochenek, Białas, Czepułkowski, Beck i ja znaleźliśmy się pod opieką PKOl. Ale i tak techniki podnoszenia ciężarów uczyliśmy się dopiero na wyjazdach, podglądając obcych zawodników.Jak wygląda bilans medalowy mistrza wagi piórkowej?Startowałem najpierw w piórkowej, a później w lekkiej. W sumie zdobyłem 20 medali na mistrzostwach świata i na olimpiadach.Dzisiaj ktoś taki żyłby w luksusie, a jak Panu się wiodło?Mieszkałem w drewnianym baraku przy ulicy Łazienkowskiej w Warszawie i zanosiło się, że będę tam mieszkał do końca życia. Gdy moja żona urodziła syna, to nie odebrałem ich obojga ze szpitala, bo w tym drewniaku nie było warunków do życia. Dopiero gdy dziennikarze narobili szumu wokół mojej sytuacji życiowej, władze łaskawie zorganizowały mi pokój z kuchnią w innej ruderze, ale już murowanej, gdzie wprawdzie nie było światła,lecz było już gdzie mieszkać. Wymyliśmy podłogę, nakryliśmy ją gazetami jak dywanem i od razu standard życia się podniósł.Prawdziwa szkoła życia. Jakie były Pańskie rekordy?Mój rekord życiowy w trójboju wynosił 425 kg, ale w poszczególnych bojach, licząc oddzielnie, wypadałem lepiej. Miałem 145 kg w wyciskaniu, 132,5 w rwaniu i 167,5 w podrzucie. Razem dawało to 445 kg. Aby sobie uświadomić, ile to naprawdę jest, wystarczy wiedzieć, że Ireneusz Paliński zdobył na olimpiadzie w Rzymie złoty medal w wadze lekkociężkiej wynikiem 435 kg, czyli o 10 kg poniżej mojego rekordu życiowego w wadze lekkiej.Pańskim najgroźniejszym przeciwnikiem był Waldemar Baszanowski. W jaki sposób „dzieliliście się” medalami?Raz ja wygrywałem, drugi raz on. W wadze lekkiej był jeszcze trzeci do wygrywania, nazywał się Kapłunow. Na zawodach zawsze wygrywał ktoś z naszej trójki. Ktoś, kto miał tego dnia szczęście, które grało zawsze niezwykłą rolę. Na przykład podczas olimpiady w Tokio byłem przygotowany najlepiej ze wszystkich, a nie wyszło mi rwanie. Na treningu rwałem 132,5, podczas gdy tam zaliczyłem tylko 120 kg. Pomyślałem, że nadrobię podrzutem. Zaliczyłem 160 kg, ale do zwycięstwa musiałem założyć 172,5 kg. Na klatkę poszło dobrze, w górze nie utrzymałem i to oznaczało tylko brązowy medal. A wystarczyło zaliczyć rwanie chociażby o 5 kg lepiej, aby zdobyć złoty medal. Jak na złość, na drugi dzień po starcie wyrwałem 130 kg jak szczotkę. No i nie pech?Te wyniki wskazują na to, że musiał Pan mieć niesamowicie silne nogi. Pamięta Pan może jakieś swoje sprawdziany siłowe lub sprawnościowe?Bralem 190 kg w przysiadzie z przodu i 220 kg z tyłu. W skoku wzwyż z miejsca, z obu nóg, mój rekord wynosił 160 cm, akurat tyle, ile mam wzrostu. Takie rzeczy jak salto do przodu, do tyłu, fiflak, rundak, chorągiewka na drabinkach i inne ćwiczenia to był chleb codzienny. Zresztą nie mogę powiedzieć, że tylko ja byłem sprawny. W tamtych czasach wszyscy ciężarowcy byli wszechstronnie wysportowani, wszyscy na przykład grali w siatkówkę, a zbicia mieli mocniejsze niż zawodowi siatkarze. Siatkówka stanowiła nasz repertuar sportów uzupełniających, bo chodziło o to, aby oprócz siły mieć również dynamikę.Kogo ze znanych zawodników spotykał Pan na swoich czterech olimpiadach, od Melbourne aż po Meksyk?Zawsze startował wtedy mistrz USA, Tommy Kono. To był zawodnik, którego wszyscy podziwiali. Niezwykle opanowany, silny psychicznie i z roku na rok lepszy. Za każdym razem wygrywał swoją kategorię wagową, a startował najpierw w lekkiej, potem w średniej i na koniec w półciężkiej. Był poza tym fantastycznie zbudowany, z marszu zdobył tytuł Mister Universum.Na pewno ogląda Pan dzisiaj zawody ciężarowców, przynajmniej mistrzostwa świata. Proszę powiedzieć, jakie są najbardziej istotne różnice między tym, co było dawniej na zawodach a chwilą obecną.Wiadomo, że odpadło wyciskanie i zawody przebiegają szybciej. A poza
tym teraz organizatorzy segregują zawodników w zależności od poziomu. Można być w grupie słabszej lub mocniejszej i to się toczy bardzo sprawnie. A na przykład na olimpiadzie w Rzymie, gdzie byłem czwarty, startowałem cały dzień, bo tylu było zawodników. Człowiek nie jadł, nie pił, tylko czekał i denerwował się, kiedy go wywołają.Jakie wrażenia wyniósł Pan z wyjazdów zagranicznych?Pierwszy wyjazd był w roku 1954 do Wiednia. Wiadomo, jakie były wtedy czasy: na granicy każdy był podejrzany. Niby jedzie drużyna na Mistrzostwa Swiata, a tu na granicy podchodzi kilku mundurowych do Bochenka i mówią: „Pan wysiada”. I już nie ma drużyny! Zanim odleciałem do Tokio, celnicy rozebrali mnie do slipów. Nie wiem, czego szukali, ale niczego nie znaleźli. Tylko gdy jeździliśmy na Puchar Moskwy, nikt się nie czepiał.A czy w krajach kapitalistycznych przysługiwały Wam jakieś diety, chociażby na pocztówki do rodziny?Owszem, 2 dolary na dobę. Gdy już się kupiło widokówkę i znaczek, było po diecie. Na szczęście za tytuł mistrzowski dawali już 20 dolarów, a później nawet 80.Karierę olimpijską zaczął Pan w Melbourne, w 1956 roku, zdobywając brązowy medal, a zakończył Pan w Meksyku również brązowym medalem w wieku 38 lat. Czy później jeszcze startował Pan w zawodach?Jeszcze tylko przez dwa lata brałem udział w Lidze Ciężarowej. W roku 1970 skończyłem ze sportem wyczynowym, zostałem trenerem.Przez skromność zapomniał Pan pochwalić się swoim niezwykłym talentem, o który nikt by nie posądzał byłego ciężarowca. Pańskie obrazy zdradzają wysokiej klasy profesjonalizm…Zacząłem malować po zakończeniu kariery, bo nie było co robić z wolnym czasem, a że dobrze szło, maluję do dziś.Dziękuję Panu za rozmowę.rozmawiał Mirosław Prandota

Komentarze: