Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych był Pan idolem polskiej młodzieży. Jak to się stało, że został Pan kulturystą? Przecież przed Panem nikt u nas kulturystyki nie uprawiał, ludzie nawet nie słyszeli o czymś takim.

Tak, była to dyscyplina nieznana. Nieśmiałe próby importu kulturystyki do Polski poczynił dopiero redaktor Stanisław Zakrzewski w roku 1957 na łamach miesięcznika „Sport dla wszystkich”. Zobaczyłem kilka fotografii przedstawiających amerykańskich herosów i natychmiast uznałem, że to jest to!

Wtedy jednak nie był Pan zupełnym nowicjuszem. Uprawiał Pan przecież gimnastykę i podnoszenie ciężarów…

To prawda. Miałem już za sobą tytuł mistrza polski w trójboju w wadze średniej, czyli do 75 kg. Mój rezultat z tamtego okresu wynosił 310 kg.

Kiedy więc został Pan kulturystą?

Najzupełniej przypadkowo 38 lat temu. Startowałem akurat w kolejnych ciężarowych Mistrzostwach Polski w roku 1958 i wtedy to specjalna komisja, oceniająca sylwetki ciężarowców po zakończeniu zawodów, wywołała kilkunastu z nas do turnieju o tytuł Mister Polonia. Coś takiego odbyło się w Polsce po raz pierwszy.

Zapewne nie bez wpływu na zorganizowanie takiego turnieju miały wcześniejsze Mistrzostwa Świata w ciężarach, po których wybrano Mister Uniwersum. Zdaje się, że laur ten zdobył jako pierwszy Hawajczyk Tommy Kono.

Wybory w tamtych latach odbywały się zawsze po zawodach w podnoszeniu ciężarów, bo żadna inna dyscyplina nie miała tak harmonijnie zbudowanych zawodników.

Jak Panu wtedy poszło?

Byłem trzeci. Po Augustynie Dziedzicu i po grzybie ze Śląska. Zaraz po tym sukcesie przyjechał do mnie reporter ze „Sportu dla wszystkich”, zrobił mi kilka zdjęć, spośród których jedno poszło na okładkę z podpisem „Polski sandow”. W rok później odbywały się już oddzielne zawody w Warszawskiej Hali Gwardii i tam zdobyłem tytuł „Mister Polonia”.

Ciekawe, jakie miał Pan wtedy wyniki w próbach siłowych?

Na ławeczce tylko 120 kg, ale przysiad z ciężarem 180 kg robiłem dziesięć razy pod rząd.

Jak trzeba było odżywiać się, aby osiągnąć taki wynik?

Zwyczajnie. Byłem wtedy instruktorem, najpierw w „Syrence”, potem w „Herkulesie”, czasu dla siebie miałem niewiele, więc często jadłem obiad o siódmej wieczorem. W barach niewiele do tej pory zostawało. Przeważnie grochówka i bigos. Nie było tak jak dziś, że zawodnicy mają wszystko na zawołanie. Nikt wtedy nie słyszał o odżywkach ani o koksie. Ćwiczyło się na sucho, próbując osiągnąć wyniki metodą prób i błędów.

A jakie było wyposażenie?

Mniej więcej takie jak odżywianie. Sztanga, ławeczka, deska do ćwiczenia mięśni brzucha, ustawiona na skos pod ścianą odkręcane hantelki. Jak jeden ćwiczył dziesiątkami, a drugi piętnastkami, to na odkręcaniu talerzy schodziło się więcej czasu niż na ćwiczeniu

Kto był wtedy Pańskim ideałem?

Jack Delinger. Niewysoki ale niezwykle silny i fantastycznie zbudowany. Młodsi koledzy woleli Steve Reevesa, który był chyba ideałem męskiej urody. Zresztą szybko został aktorem filmowym.

Nie miał Pan chyba zbyt mocnych przeciwników, bo tytuł najlepszego zdobywał Pan przez kilka lat pod rząd?

Dokładnie sześć razy. Od 1959 do 1964 roku. Oprócz pozowania były też próby siłowe: wyciskanie i przysiady z 80-kilową sztangą na ilość powtórzeń. Była specjalna tabela z punktami.

Kto najbardziej zagrażał Panu w zdobyciu i utrzymaniu tytułu?

Zbyszek Bieliński i Wiesiek Szydłowski. Dobry był też Andrzej Laskowski, ale on odnosił swoje największe sukcesy, kiedy ja już przestałem startować, czyli około roku 1968. Później ćwiczyłem już tylko rekreacyjnie. Zresztą kulturystyka cały czas była krytykowana jako dyscyplina imperialistycznej Ameryki. Nawet „Sport dla wszystkich” zlikwidowano z tego powodu, kolportował amerykańskie ćwiczenia na grunt polski. Głupota zapanowała do tego stopnia, że w roku 1970 kazano mi w „Herkulesie” założyć komórkę partyjną. Wyśmiałem przykaz, to zorganizowano na mnie prasową nagonkę i musiałem odejść.

Wróćmy trochę wstecz. Startował Pan również za granicą. Jak tam się wiodło?

Pamiętam rok 1961. We wrześniu byliśmy z red. Zakrzewskim który pełnił funkcję mojego menadżera, w Szwecji na Mistrzostwach Skandynawii. Zająłem drugie miejsce po Finie Eino Akkili. Było to niezapomniane wrażenie. Najpierw red. Zakrzewski przeczytał mi za szwedzkiej gazety o tym, że właśnie wschodni Niemcy wznieśli mur dzielący Berlin na dwie części, a potem ogarnęła mnie fascynacja samą Szwecją. Gdy zapytaliśmy jakiegoś policjanta, gdzie można zostawić rzeczy, bo chcemy zwiedzić miasto, a przecież nie będziemy taszczyć walizek, usłyszeliśmy odpowiedź, że na ławce pod drzewem. Zatkało nas. To był inny świat. Kiedy celnik szwedzki pytał, co mamy w walizkach, redaktor Zakrzewski odparł, że proszę bardzo, może otworzyć i pokazać. Celnik aż zaczerwienił się ze wstydu. Jak to? On ma zaglądać do czyichś walizek? Wystarczy mu nasza odpowiedź.

Ale później trafił się Panu wyjazd do Związku Radzieckiego…

Konkretnie do Kowna, czyli do stolicy republiki Litewskiej. Kowno było wtedy zamknięte dla turystów. Podobno za karę, bo zbyt dużo opozycjonistów politycznych tam mieszkało. Ale przecież był w Kownie najlepszy na świecie zespół koszykówki, więc sport traktowano tam bardzo łaskawie. Ja wtedy sędziowałem mistrzostwa ZSRR w kulturystyce. Laskowski został wicemistrzem. Jeżeli chodzi o inne wrażenia, to nikt wtedy nie ryzykował zostawiania walizek nie tylko na ulicznych ławkach ale nawet na hali sportowej. Też inny świat.

Jak Pan ocenia współczesną kulturystykę na tle tej sprzed trzydziestu paru lat?

Dzisiaj jest to jedne wielkie światowe laboratorium, upchane aż po sufit odżywkami, koksem i fantastycznym sprzętem. Z prawdziwym, radosnym sportem, jaki my uprawialiśmy, nie da się tego porównać. Dlatego też uważam, że wyniku uzyskiwane przez nas były o wiele bardziej wartościowe niż obecne, bo dowodziły faktycznych możliwości organizmu a także wkładu pracy. Obecnie często słyszy się o aferach dopingowych, a jeżeli nawet nie zawsze, oznacza to, że środki są tak dobre, iż nie można ich wykryć. Świat poszedł bardzo mocno do przodu.

Dziękuję za wszystko.

Artykuł ukazał się w „Kulturystyce i Fitness” Nr 1/1997. © Copyright by Wydawnictwo KiF.

Komentarze: