Hala sportowa w Tbilisi. Pierwszy w tym mieście turniej zapaśniczy w stylu akrobatyczno-cyrkowym, czyli wrestling. Tłum gęstnieje z minuty na minutę. Już sprzedano dziesięć tysięcy biletów, a kibice łomoczą w zamknięte kasy, licząc na dodruk. Nawet my nie mamy szans na wejście do środka, bo nie ma jak. Ostatnia nadzieja w milicji. Pluton funkcjonariuszy napiera na tłum. Są mocni, bo to dopiero rok 1989, ludzie jeszcze się ich boją, nawet tak niepokorni i wojowniczy jak Gruzini.

Wreszcie rozpoczyna się turniej. Kibice upchani jak śledzie w beczce, reagują agresywnymi okrzykami. My nic z tego nie rozumiemy. Po pierwsze koncentrujemy się na samej walce, a po drugie – okrzyki wznoszone są po gruzińsku, więc trudno je zrozumieć.Kolejna walka. Na ring pada deska, rzucona od strony widowni, potem jeszcze jedna, a następnie nóż. Co za czort? Nienormalni jacyś czy co? Na szczęście nie mają granatów, ale schodzącym z ringu wygrażają pięściami. Tylko patrzeć, jak agresywny tłum rzuci się na nas! W takiej chwili trzeba trzymać nerwy na wodzy, chociaż ręce świerzbią. Ach, gdyby tak huknąć w ten głupi łeb! Jeden, drugi, trzeci… Niestety, byłoby to samobójstwem. Jakby tego było mało, jakiś miejscowy osiłek „zagrzewał” pospólstwo wrzeszcząc wniebogłosy. W końcu, przy aplauzie publiczności, wdrapał się na ring i przyjął postawę gotowego do pojedynku. Natychmiast dostał taki wycisk, że wszystkim opadły szczęki. Nie na długo jednak. Czyż można było ścierpieć porażkę miejscowego bohatera? Nigdy!Jak nie dorwą się do ringu… Jeszcze kilka minut i zostanie przerobiony na zapałki. I znowu do akcji musiała wkroczyć milicja, pacyfikując pałami co bardziej agresywnych. Sprawa agresji publiczności wyjaśniła się dopiero następnego dnia. Otóż okazało się, że na długo przed naszym przybyciem organizatorzy rozgłaszali w radiu i w telewizji, że mają odbyć się zawody w takim dziwnym „kapitalistycznym” sporcie, a w turnieju wezmą udział Amerykanie, Japończycy, Skandynawowie i Polacy. Na okrasę miała być nawet sama… Madonna z nowymi piosenkami. Dlatego właśnie bilety wykupiły głównie „koniki”, sprzedając je potem po cenie dziesięciokrotnie wyższej niż w kasie. A tu taki zawód! Żaden z zawodników nie był podobny do Japończyka, a żadna z naszych dziewcząt do Madonny, i na dodatek wszyscy nosili polskie nazwiska. Tego właśnie nie mogła przeboleć gruzińska publiczność.Moja przygoda z wrestlingiem zaczęła się w roku 1989. Z grupą równie młodych, mocnych i sprawnych kolegów zastanawialiśmy się, co ze sobą zrobić? Socjalizm miał się ku końcowi, kapitalizm, który już dobijał się do drzwi – jak sama nazwa wskazuje, wymagał kapitału. Wszyscy byliśmy spoza jednej nomenklatury i bez szans na drugą, a więc skąd go wziąć?Ktoś rzucił hasło – wrestling. Przecież to pasowało jak ulał dla nas, byliśmy niczym gladiatorzy, dobrze zbudowani, silni, sprawni i co tu dużo gadać – bez forsy. Akurat Andrzej Supron organizował taką grupę, zgłosiliśmy się. Treningi i poszukiwania nowych twarzy rozpoczęły się od zaraz, z marszu. Wszystko zaczęło się kręcić. Zgłaszali się kulturyści, zapaśnicy, judocy, kick-bokserzy, rugbiści itp. Trwała selekcja – i ta przy biurku, i ta na ringu oraz na matach. Z wolna kształtowała się ekipa. Trzon jej stanowili: Łysiak Sylweriusz, Andrzej Brzeziński, Marek Skatulski (kulturystyka), Robert Świerzyński (trójbój siłowy), Artur i Bogdan Marciniakowie, Grzegorz Morawiecki, Jerzy Owerczuk, Paweł Kot, Marian Łukasiuk, Andrzej Supron, Henryk Jendrzejewski (zapasy), Piotr Różewicz (judo), Władysław Komar (lekkoatletyka).Pozorowanie walki wcale nie jest łatwe, czasami wydawało mi się, że lepiej by było robić to na serio. Ot wyłaził ze mnie Polak. Po pewnym czasie wszystkie nasze plany zaczęły się walić. Pierwsze występy publiczne i pierwsze niewypały. Widownia domagała się krwi, a my jej tego nie dawaliśmy. Może zbyt wiele pozoracji, a może zbyt mało agresji. Wszystko trzeba było zmienić. Nowe scenariusze walk, nowi ludzie, nowe chwyty i znowu treningi do utraty tchu. Wszystko musiało wyglądać naturalnie, a jednocześnie nikogo nie można było skrzywdzić. Powoli zaczynało się układać. Nadchodziły propozycje, z kraju też, jednak korzystniej wyglądały te z różnych republik ówczesnego Związku Radzieckiego.W tamtym czasie firma wypłacała nam pensje pozwalające na miesięczne utrzymanie rodziny. Z czasem zamieniono nam szczodrego sponsora na chytrego i wtedy zasadniczą atrakcją stały się wyjazdy zagraniczne.Wypada nadmienić, że do tej ekipy były włączone również modelki. Ukraszały one pokazy, zbierając nie mniejsze brawa od zawodników.Po tym dramatycznym występie w Tbilisi, doszliśmy do wniosku, że trzeba uatrakcyjnić skład zespołu. Sami Polacy to zbyt mała atrakcja. I tak, razem z Andrzejem Brzezińskim, zostaliśmy Amerykaninami. Ostatecznie, byliśmy przecież wszechstronnie wysportowani, a walki w naszym wykonaniu publiczność oklaskiwała najgoręcej. Wobec tego uznaliśmy, że awans na Amerykanów słusznie nam się należy. Inni zostali Niemcami, Bułgarami, Rosjanami, Finami. Chętnie zostalibyśmy również Chińczykami, ale nikt z nas nie miał skośnych oczu. Niestety, mimo sporych zabiegów kosmetycznych nikomu nie udało się upodobnić do Madonny, więc pod tym względem nasza atrakcyjność była, rzec można, względna. A jednak w tym właśnie „międzynarodowym” składzie występowaliśmy od Litwy, Łotwy i Estonii poczynając, a na Syberii kończąc. Objechaliśmy również całe południe, na nasze szczęście wówczas jeszcze nikogo nie porywano, a więc nie było większych kłopotów. „Drobne” kłopoty były na porządku dziennym. Od jakże długich i co tu dużo mówić niebezpiecznych przelotów tamtejszymi samolotami, gdzie nigdy nie było wiadomo, o której godzinie wylecimy i czy dolecimy do celu, przez zastępowanie ringu kilkoma materacami i prowizorycznie rozciągniętymi linami, do spadania na ring kawałków desek, noży, butelek i innego – wcale nie drobnego – sprzętu.Nierzadko bywało, że przechodziliśmy do ringu i z powrotem ubezpieczeni szpalerem milicji. Tam nastroje zmieniały się błyskawicznie, przechodząc na zmianę od uwielbienia do wrogości i na odwrót. Na szczęście ów szpaler był zawsze pod ręką i chętnie z niego korzystaliśmy.Za jedną walkę każdy dostawał po 350 rubli (miewaliśmy dziennie po dwie walki). To był wyjątkowy luksus, jako że w tamtym czasie średnia pensja w ZSRR wynosiła 150 rubli. W ciągu dwóch tygodni zarabiało się więc do 3 tysięcy rubli. Trzeba było tylko zrobić odpowiednie zakupy (pieniędzy nie pozwalali wywozić) i miało się zupełnie niezły zarobek.Koledzy kupowali telewizory, maglownice, kawior, a ja… kłódki. Brzmi to dzisiaj dość zabawnie, ale tak było. Wchodziło się do sklepu i zagajało od progu:- Zdrawstwujtie! Kołodki imiejetie? Dawajtie wsje!Sprzedawca patrzył jak na wariata, a ja w Polsce za jednego „kłódkowego” rubla uzyskiwałem równowartość dziewięciu. Przebicie było zatem wyjątkowe. Towar jednak był tak ciężki, że kiedy raz załadowałem skrzynki do tzw. Antka, to pilot odmówił startu. Powiedział, że za duże obciążenie. No cóż? Zostawiłem część skrzynek na następny samolot.Dochód z turniejów, a zwłaszcza z handlu był tak duży, że czuliśmy jak prawdziwe paniska. Bawiliśmy się tak samo dobrze jak cudzoziemcy z Zachodu w Polsce, kiedy to za sto dolarów zapraszali na obiad pół dzielnicy.Najsympatyczniejsi byli jednak Gruzini. Tego incydentu w Tbilisi nie będę im już wypominał, czuli się zresztą oszukani przez organizatorów. Normalnie było tak, że kiedy jeździliśmy taksówkami, nikt w Gruzji nie chciał przyjąć od nas pieniędzy. Podobnie było w restauracjach. Jedliśmy i bawiliśmy się na koszt gospodarzy, a rozpoznawano nas bezbłędnie.W różnych miastach było różnie, na ogół ciekawie, niemniej zdarzały się sytuacje podbramkowe. Kiedy w Omsku na Syberii spiker zapowiedział mnie jako Amerykanina, nagle usłyszałem z widowni okrzyki po angielsku, a kiedy spojrzałem w tamtą stronę, dostrzegłem grupę osób, która do Rosjan była tak podobna jak ja do Murzyna. Po występie okazało się, że to Amerykanie, którzy koniecznie chcą pogadać z „rodakiem”. Rety, ile trzeba było się nagimnastykować, żeby do spotkania nie doszło! To samo zdarzało się innym. Zawsze znajdował się na widowni jakiś „rodak”. Marek Skatuls
ki – Niemiec z nominacji – udawał chrypkę, chwytał się za gardło, kiedy w Kijowie otoczyli go spragnieni towarzystwa sławnego „rodaka” Niemcy, co chwila powtarzał „nein”.Kiedyś w Moskwie nasze walki nagrywała telewizja. Tamtejsi dziennikarze wpadli na pomysł, aby przeprowadzić wywiad z Amerykanami. Nasi sponsorzy tłumaczyli, że jesteśmy strasznie zmęczeni i nie mamy siły na gadanie. Tamci na to, że poczekają. Trzeba było wiać, gdzie pieprz rośnie, bo gdyby się wydało, kto jest kim, nasz zespół straciłby połowę swojej atrakcyjności, no i pieniędzy oczywiście.Turnieje toczyły się nie tylko serio (o ile słowo to w ogóle pasuje do wrestlingu), były też tak zwane przerywniki. Przerywnik polegał głównie na tym, że zapraszało się na ring kilka chętnych do walki osób, które rzucały się na nas z niesamowitą energią, ale niewiele mogły zdziałać. Na pocieszenie organizowaliśmy im spokojniejsze konkurencje, a polegały one na tym, że „tubylec” brał na ramiona60-kilogramową dziewczynę z naszej ekipy i – trzymając się lin – robił z nią przysiady. Zazwyczaj wygrywał ten, kto dociągnął do pięćdziesięciu razy.Nie da się ukryć, że w Sojuzie byli ludzie niezwykle ambitni. Przysiadał więc taki amator dopóty, dopóki w ogóle mógł oddychać. Po zakończeniu próby amatorzy padali na deski z wywieszonymi językami. Po próbach przyjęcia postawy pionowej chwiali się i padali znowu, co bawiło publiczność do łez. Wszystko mieściłoby się w statystycznej normie, gdyby nie jeden zadziwiający występ. Pewnego razu zgłosił się człowiek ważący tak na oko 75 kilo razem z butami, rubla bym za niego nie dał, i zapragnął pokazać, jaki z niego „mołodjec”. Z dziewczyną ważącą 62 kilogramy wykonał sto siedemdziesiąt przysiadów! Nie słyszałem o żadnym sportowcu, który dokonałby takiej sztuki. Oczywiście po tym wyczynie rekordzista padł „trupem” i długo nie mógł się podnieść.Kiedyś zorganizowano nam występ na stadionie. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że tego dnia od rana padał deszcz. Próbowaliśmy zrezygnować z walk, bo ring był śliski i mokry, a więc zachodziła możliwość odniesienia kontuzji. Organizatorzy nie zgodzili się, bo publiczność stała i czekała.Przez dwie godziny toczyły się pertraktacje, bo byliśmy uparci, żyje się raz i nie tylko za ruble. W końcu widząc, że ludzie, mimo nieustającego deszczu stoją i czekają, zdecydowaliśmy się dać pokaz.Występy nasze ciągnęły się przez dwa lata. Szkoda, że tak krótko, ale w wielu republikach ZSRR robiło się burzliwie i nasz organizator zwinął interes. Przed powrotem do kraju, w jednym z rosyjskich miast, zobaczyłem o zgrozo, pomnik Lenina w kolorze złotym! Niestety, nie było wśród nas eksperta-jubilera, dlatego też do dziś nie wiem, czy wódz rewolucji został wykuty w złocie, czy tylko był pomalowany na ten optymistyczny kolor.Sylweriusz Łysiak

Komentarze: