Co robi dzisiaj człowiek, który współtworzył historię polskiej kulturystyki?

Od dwudziestu dwóch lat siedzę w domu i wyglądam prze okno. Maluję obrazy, ale sportu nie uprawiam. Mam sztywne biodro i jestem na ręcie.

To brzmi niewesoło, ale jeżeli maluje Pan obrazy, oznacza to, że ręce są sprawne. Znam takich, którzy jeżdżą na wózkach, a mimo to wyciskają w leżeniu ogromne ciężary. A przecież Pan mimo wszystko całkiem nieźle chodzi. Przyznaje Pan, że zabrakło siły woli do tego, aby powtórnie uruchomić siłę mięśni?

Przyznaję. Wzięło się to najpierw z załamania, jakie towarzyszyło przewlekłej chorobie, a później zabrakło motywacji.

Pańscy znajomi „po gryfie” mówili, że był Pan już jedną nogą na tamtym świecie. Co zatem przydarzyło się tak silnemu i wysportowanemu zawodnikowi, o którym nawet Andrzej Jasiński mówił, że miał szansę zostać najlepszym ze wszystkich?

Zaczęło się od pozornego głupstwa: zachorowałem na grypę. Zamiast położyć się i odleżeć kilka dni, jeździłem z gorączką 40 stopni do swojej pracowni, bo coś tam akurat projektowałem i trzeba było oddać pracę w terminie. to zaś sprawiło, że wirus zwykłej grypy zaatakował z kolei centralny układ nerwowy. Przez rok leżałem w szpitalu, a potem przez następny rok jeździłem na wózku inwalidzkim. Ludzie przystawali zdumieni na mój widok. „To ty żyjesz”- pytali oczywiście z sympatią, bo mój stan był tak ciężki, że niektórzy pochowali mnie już za życia.

To rzeczywiście fatalny przypadek. I nie dało się już odnowić kontaktów ze sztangą?

Przeżycia były zbyt silne. Sam nie dałem rady zmobilizować się. Gdy wyszedłem ze szpitala, był już rok 1976, akurat stara kadra szykowała się „na zasłużony wypoczynek”, z nowymi nie miałem tak dobrych kontaktów. Myślę, że gdyby wtedy udało mi się ćwiczyć w tej samej grupie co przedtem, jakoś doszedłbym do siebie i może nawet wytrwałbym do dziś.

Czy przypadkiem obserwuje Pan zmagania współczesnych kulturystów?

Próbuję, ale to już inny świat. Hodowla brojlerów. Więcej się teraz łyka niż ćwiczy.

Ale kiedyś kulturystyka nie była tak popularna jak dziś…

To prawda. Dziś kulturystą staje się każdy, kto tylko chce, bo przecież prawie na każdej dużej ulicy jest siłownia. Przychodzą też inni ludzie niż dawniej.

Pod jakim względem inni?

Nie mający przedtem żadnych kontaktów ze sportem. Niektórzy przychodzą ćwiczyć rekreacyjnie i chwała im za to, ale są też tacy, którzy od razu chcą błyszczeć i rozglądają się za „środkami tuczącymi”. Myśmy startowali w innych warunkach. Nikt nie zaczynał od kulturystyki. do prowizorycznych siłowni przychodzili ludzie wysportowani, mając już niezłe osiągnięcia w innych dyscyplinach.

A Pan od czego zaczynał?

Od wioślarstwa. Było to jeszcze w pięćdziesiątym piątym roku. Uczyłem się wtedy w liceum plastycznym i trenowałem na Wiśle. Potem, gdy już byłem w Akademii Sztuk Pięknych, ćwiczyłem zapasy, rzucałem młotem i dyskiem.

Czy w rodzinie były jakieś tradycje sportowe?

Owszem, ojciec był zapaśnikiem, a na krótko przed wybuchem wojny został wicemistrzem Polski w podnoszeniu ciężarów.

Kiedy zetknął się Pan z kulturystyką?

W pięćdziesiątym siódmym. Wtedy wyszedł pierwszy numer „Sportu dla wszystkich”. Była to dla nas dyscyplina nieznana. Stanisław Zakrzewski przedstawił na łamach pisma angielskiego atletę Eugene Sandowa, opisał jego metody treningu i jak narodziła się polska kulturystyka. Niedaleko mnie była składnica złomu. Znalazłem tam coś, co od biedy przypominało sztangę i sztangielki, upakowałem w piwnicy i zacząłem ćwiczyć.

Czy od tamtej pory trenował Pan już tylko kulturystykę?

Nie, „Sport dla wszystkich” propagował wszechstronność. Było to pismo, które szybko stało się czymś w rodzaju biblii dla sportowców. Dlatego również i ja uprawiałem wiele sportów, a między innymi klasyczne podnoszenie ciężarów. Miałem 380 kg w trójboju (120-115-125) w wadze półciężkiej.

Wtedy był to wynik na poziom krajowej czołówki. A jak wiodło się Panu w trójboju kulturystycznym?

Słabiej. Wyniki 147-180-240 też się wtedy wprawdzie liczyły, ale na przykład Włodarek był dużo lepszy.

W latach sześćdziesiątych był Pan międzynarodowym wicemistrzem ZSSR w kulturystyce. Jak wtedy wyglądał start na zawodach?

Trzeba było demonstrować nie tylko nie tylko mięśnie, ale również siłę. Najpierw robiło się więc wyciskanie sztangi w leżeniu i przysiady, a dopiero później było pozowanie. Punkty zbierało się za wszystko razem.

A co się jadło, żeby „klata” rosła?

Schabowego z kapustą. Raz widziałem proteinę, już w latach siedemdziesiątych, bo wtedy otworzyły się nasze granice i można było coś takiego sprowadzić. No więc widziałem, ale nie używałem. Był to wtedy za duży luksus.

Teraz widać ten „luksus” na półkach w każdym klubie. Dla potrzeb kulturystów uruchomiony został potężny przemysł. Czy mimo wszystko jest coś, co w pańskich oczach stawia dawną kulturystykę wyżej niż współczesną?

Wszechstronność zawodników. O tym dzisiaj nie słyszy się. poza tym wytrenowani kulturyści byli wtedy o wiele bardziej oporni na kaprysy ze strony organizmu. Dzisiaj, kiedy zawodnik odstawi sterydy, natychmiast schodzi z niego powietrze, waga leci w dół, forma ginie. My zawsze wyglądaliśmy jednakowo, bo nie musieliśmy niczego odstawiać. W każdej chwili też byliśmy gotowi do zawodów. O sile i wyglądzie decydowały predyspozycje oraz intensywność ćwiczeń.

Dziękuję Panu za rozmowę.

Artykuł ukazał się w „Kulturystyce i Fitness” Nr 3/1997. © Copyright by Wydawnictwo KiF.

Komentarze: