W każdej dyscyplinie sportu trafiają się ludzie, o których często się mówi i to niekoniecznie z racji wyników, jakie osiągnęli. Po prostu niektórzy z nas mają taki sposób bycia, który u innych wyzwala śmiech, podziw, złość albo chęć naśladowania. A już na pewno chęć do wspomnień. Kontynuujemy więc przegląd wydarzeń i osób, które trudno zapomnieć.

tany jakieDyplomataKulturyści z ambicjami sportowymi co kilka miesięcy startowali w zawodach, sprawdzając efekty treningów. Przez 10 lat najważniejszą areną rywalizacji były korty tenisowe w Sopocie. Tam, przy szczelnie wypełnionych trybunach, walczono o miano najlepszego kulturysty Polski. Na widowni wśród widzów i entuzjastów nowego sportu byli nieraz reprezentanci dyscyplin olimpijskich, skoszarowani w pobliskim Cetniewie, na zgrupowaniach sportowych. Najbardziej hałaśliwi i wesołkowaci byli lekkoatleci. Złośliwymi dowcipami „docinali” niektórym kulturystom podczas przyjmowania pozycji jak przy rzutach: dyskiem, oszczepem, kulą lub udawania, że napinają łuk.Prześmiewcy krzyczeli np. „Leci, kryj się”, a po chwili ktoś wrzeszczał „Dostałem, wezwijcie pogotowie”. Upodobali sobie też kulturystów zmagających się w przysiadzie z obciążeniem. Kto walczył o wynik powyżej 190 kg, był głośno chwalony, zaś ci, którzy męczyli się z mniejszym ciężarem, byli narażeni na niepochlebny komentarze lub kpiny, np. „Musisz lepiej jeść, kup sobie nowe gacie”. Tak było przez kilka lat, aż do momentu, gdy wesołkowie swoimi docinkami urazili Antoniego Kołeckiego, czołowego naszego kulturystę lat 60 i 70-tych. Antek był atletą i wszechstronnym sportowcem, dobrym w podnoszeniu ciężarów, gimnastyce i w rugby, a przy tym „twardzielem” zaprawionym w pokonywaniu trudności życiowych. Przy pierwszym jego podejściu do ciężaru 170 kg „złośliwcy” buczeli, co nerwowego Antka tak zdekoncentrowało, że nie mógł wstać z przysiadu, wraz ze sztangą podnieśli go asekurujący. Wściekły i na przekór słabości, przed swoją następną próbą zaordynował zwiększenie ciężaru o 10 kg, na co z trybuny, przywódca sportowców – wielki i ciężki mistrz w pchnięciu kulą, swym tubalnym głosem poradził Antkowi; „Weź głęboki oddech i uważaj na majtki!”.Tego było już za wiele dla naszego kulturystycznego mistrza, ważącego tylko 85 kg. Cisnął swój ręcznik w stronę trybuny i elastycznym krokiem ruszył do ważącego 140 kg mistrza kuli, otoczonego grupą ciężkoatletów, specjalizujących się w rzutach. Publiczność węszyła wielką rozróbę, ale skończyło się na dość dziwnej rozmowie. Antek coś szeptał do ucha mistrza, a tamten milczał. Tylko ich szczęki oddawały emocję i stan ducha – Antka pulsowała, a olbrzyma coraz bardziej „opadała”.Po tej „dżentelmeńskiej” konwersacji, Antek uspokoił się. Dostojnie powrócił na pomost i bez trudu i już w ciszy trybun wstał z ciężarem 180 kg. Zawody trwały jeszcze ponad godzinę, ale już bez złośliwych komentarzy. Tylko widzowie siedzący najbliżej ciężkoatletów zauważyli, że dowcipnisie opuścili trybuny „po angielsku”.Antek zapytany po zawodach przez ciekawskich, co powiedział wielkiemu kulomiotowi, odparł lakonicznie: „Przypomniałem mu jego niechlubną walkę bokserską zakończoną przed czasem z powodu jego „szklanej” szczęki”. Chyba można w to uwierzyć, gdyż mistrz kuli był bardzo wrażliwy na punkcie swoich walk bokserskich, a szczególnie z młodzieżowym reprezentantem Włoch, w kategorii ciężkiej.ZabijacyNie lada szermierzem na pięści był Jerzy Pachocki, jeden z najwszechstronniejszych kulturystów tamtych lat. Jeden z jego wyczynów – poskromienie największego bandziora Buska-Zdroju i okolic, opisała nawet prasa kielecka.W roku 1967 w wigilijny mroźny dzień, od rana był w podróży, wracał z pracy do domu. W Busku-Zdroju miał przesiadkę na autobus, wiec przerwę w podróży chciał wykorzystać na posiłek, w jedynej późnym wieczorem otwartej w mieście knajpie. W tej spelunie z wyszynkiem wódki i piwa, z dodatkiem firmowego bigosu spokojnie stanął w długiej kolejce, cierpliwie czekając na upragnioną gorącą herbatę z cytryną.Ciąg dalszy relacjonuję na poły za gazetą, na poły za opowieścią Jurka.- Drzwi z hukiem otworzyły się na oścież i w oparach zimowego powietrza ukazał się potężny osobnik, na oko ważący 140 kg, postrach miasta. Od samego progu wrzasnął „sp….. chamy” i zaczął brutalnie usuwać z kolejki stojących za mną przestraszonych ludzi. Kątem oka widziałem, jak większość z nich padała na ziemię po jego potężnych uderzeniach lub kopniakach. Kosił i krzyczał „dawać wódkę”. Sytuacja była groźna. Zdążyłem pomyśleć, że nic nie zjem, ale w gębę mogę dostać. Nagle na swojej szyi poczułem jego oddech i usłyszałem ryk: „Ty ch… złaź z drogi!”. Instynktownie się uchyliłem, a jednocześnie otrzymałem silny cios w bark. Tylko dzięki balustradzie baru nie zwaliłem się z nóg. Moja reakcja była błyskawiczna. Zrobiłem skręt na prawej nodze i lewą pięścią z całą mocą walnąłem olbrzyma w jego podbródek. Zachwiał się, poprawiłem nogą w jego kolano. Padł na najbliższy stolik, przewracając się razem z nim jak rażony piorunem. Zapanowała cisza, tylko barmanka głośno powiedziała: „Nareszcie ktoś dał radę temu bandziorowi, którego bali się nawet milicjanci”. Jak on leżał, mnie spotkała nagroda. Dostałem kopiasty talerz bigosu, herbatkę z cytryną, a wszyscy 50-tkę wódki. Oczywiście, z wyjątkiem leżącego olbrzyma, po którego szybko przyjechał radiowóz.Jurek za swój wyczyn ujęcia groźnego bandziora otrzymał podziękowanie od „władzy”, a dotychczasowy postrach Buska – wyrok 10 lat za wcześniejsze rozboje.Dobry prestiż kulturystyki był utrwalany w sposób „ręczny” po zawodach kulturystycznych. Najbardziej zaskakujące „pojedynki” miały miejsce w Sopocie, w okolicy namiotu „Non-Stopu”, w którym przy muzyce bawiła się młodzież Trójmiasta. Raz taka przyjemność spotkała kulturystę Jarosława W., niewyróżniającego się raczej przedstawiciela średniej krajowej klasy, ale za to dobrego zapaśnika z Krosna. Wieczorem po tańcach został zaczepiony przez trzech lekko zawianych miejscowych rozrabiaków, szukających „jelenia” do bicia, a że był drobnej postury, pozornie nadawał się do tego celu. Nasz skromny wojownik zmęczony zawodami i zabawą nie miał chęci na bijatykę. Usunął się wiec dryblasom z drogi, grzecznie prosząc o możliwość spokojnego przejścia. Gdy to nie poskutkowało, zmusił się do zaprezentowania swoich profesjonalnych umiejętności walki. Jego „pokaz” trwał krótko i był skuteczny. Niedoszli „zwycięzcy” leżeli na ziemi bez kilku zębów. W nagrodę gapie, zdumieni rezultatem pojedynku, nagrodzili go brawami.W tym samym „lokalu” kilka zwycięskich pojedynków stoczyli również znani kulturyści, bracia Bogusław i Mieczysław Krydzyńscy, równo „młócili”, wprowadzając swoich przeciwników w stan pozwalający na otrzymanie od lekarza zwolnienia od pracy na kilka dni.SiłaczJednym z herosów kulturystyki był i nadal jest Marian Glinka – aktor, wcześniej znakomity tancerz baletowy. Ćwiczy od 43 lat w warszawskich ośrodkach, zaczynał w „Herkulesie” następnie przez lata w „Syrence”, a ostatnio w „Błyskawicy”. Ładnie zbudowany, mocarz w wyciskaniu sztangi zza karku (110 kg w seriach !!!), ale z „glinianymi” nogami, gdyż bardzo rzadko wykonywał przysiady ze sztangą i to tylko do 100 kg, co w latach 60-70, gdy zawody były rozgrywane w formie wieloboju, z bojami siłowymi, powodowało, że nie miał szans na dobrą lokatę w kat. seniorów.Marian zawsze był lubiany przez wszystkich z nim trenujących. Oprócz jego wyników w wyciskaniu sztangi zza karku największe wrażenie robiły jego opowieści o wyczynach i sukcesach siłowych, towarzyskich i filmowych, których słuchano z zapartym tchem oraz z podziwem. Niektóre legendarne przygody Mańka krążą jeszcze dziś w warszawskich ośrodkach, przekazywane młodszym przez już nielicznych i jeszcze ćwiczących jego kolegów z tamtych lat. Najczęściej opowiadane i za każdym razem „koloryzowane”, z nowymi szczegółami jest m.in. przygoda w ciemnym zaułku Warszawy. Obecna wersja tego wydarzenia wygląda mniej więcej tak:- Wieczorem ciemną, z rzadka oświetloną i pustą ulicą w okolicach Powązek (gdzie można było na
wet w dzień stracić portfel lub nabyć guza), idę pewnie sprężystym krokiem. Ręce w kieszeni, a na głowie szmulkowska czapka, jak wiecie oznaka „chłopaków z charakterem”. Nagle z ciemności w oddali wynurzają się przewalistę postacie. Jest ich trzech, ale nie widzę ich wyraźnie, chłopy na schwał, na oko po 190 cm wzrostu i 100 kg wagi. Idą ławą, prosto na mnie. Zbliżamy się do siebie. Około 10 metrów przede mną jeden nich ochrypniętym i doniosłym głosem mówi do swoich kompanów: „Trzeba napieprzyć tego frajera!” Błyskawicznie postanawiam, że zacznę od środkowego, a później po kolei – z lewa i z prawa, i będzie po sprawie.Już wyciągam ręce z kieszeni, gdy nagle zapala się nad nami żarówka na latarni. Oprychy zatrzymują się zdumieni. Największy z nich jąkając się mówi: „Panowie, to sławny atleta i aktor!”. Przeprasza mnie, że niby ciemno i że trudno było mnie rozpoznać, kłania się nisko. Odchodząc słyszę, jak za moimi plecami olbrzym mówi: Mieliśmy szczęście, dziękujmy elektrowni, bo Maniek pewnie załatwił by nam szpital!Nie mniej interesująca anegdota dotyczy popisu siły pod wieżą Eiffela:- Panowie, wróciłem z Paryża, jaki ładny! Idę sobie nucąc szlagier Charlesa Aznavoura i podziwiam wieżę Eiffela, a pod nią kłębowisko ludzi przed dziwnym urządzeniem, wyglądającym jak tory wąskotorówki, wznoszące się łagodnie ku niebu, gdzieś na 20 metrów. Co chwila ktoś potężnie zbudowany jednym ruchem ręki wypycha po torach mały wagonik.Z amerykańskimi muskularnymi marynarzami rywalizuje kilku angielskich „byczków”, pchają w granicach 17 metrów. Każdy z nich ma nadzieję, że jego wózek wtoczy się do końca torów, co wcześniej jeszcze nie zdarzyło się – i zdobędzie nagrodę 1000 franków oraz uznanie gapiów.Pomyślałem, że chyba właściciel torowiska założył pod nie magnesy, aby to tego jeszcze nie doszło. Chcąc się o tym przekonać, płacę 3 franki, zawijam rękawy i przystępuję do walki. Mocno zapieram się nogami, robię kilka głębokich oddechów i posyłam wózek w chmury. Tak panowie, wózek po torach pędzi z ogromną szybkością, uderza w zaporę, której szczątki spadają, na głowę zdumionych obserwatorów, wyje syrena, a wózek leci dalej! Właściciel łapie się za głowę. Prawie błaga mnie, abym nie podchodził już do jego urządzenia, daje mi nagrodę oraz dodatkowo 500 franków. Gratulacjom i poklepywaniu po plecach nie ma końca. Jest fajnie, zapraszam rywali do kawiarni, pomimo ze jest mroczna, chyba pamiętająca czasy świetności Edith Piaff, to jest w niej wszystko, co potrzeba – wino, kobiety i śpiew. Szybko kończy się moja forsa, wiec organizuję turniej na rękę. Kto ze mną przegrywa – stawia kolejkę. Dużo jest chętnych do walki, więc świętujemy do następnego dnia. Wieczorem, razem wychodzimy, udając się jak przystało na atletów na konkurs Mr. Universum.Ta opowieść krąży też z rozwiniętym zakończeniem, oczywiście pozytywnym dla bohatera tych wydarzeń. Można przyjąć, że z wyjątkiem picia wina, gdyż Marian jest abstynentem, wszystko w tych opowiastkach jest prawdziwe.O wyczynach Mariana krążą też inne, nie mniej pasjonujące opowieści jak np. mrożąca krew przygoda miłosna w samochodzie; upojna noc w Zakopanem; na planie amerykańskiego westernu. O nich może następnym razem…Należy jeszcze dodać, że dziś Marian jest nadal w formie budzącej podziw. Jako jedyny z polskich kulturystów zdobył w ostatnich latach pięć razy tytuł mistrza świata zawodowych weteranów w wyciskaniu sztangi leżąc! Zdążył zagrać w ok. 200 filmach i ma trzecią żonę, tak jak poprzednie o imieniu Barbara. Tylko podziwiać i zazdrościć tych osiągnięć w 60-tym roku życia!Jan Włodarek

Komentarze: