Od dłuższego już czasu słychać liczne głosy, że zawodowa kulturystyka coraz bardziej pogrąża się w oparach absurdu. Na temat panujących w niej tendencji krytycznie wypowiadają się nie tylko ludzie luźno, lub wcale nie związani z body builngiem, ale także legendarni championi i zawodnicy z czołówki amatorskiej. Żeby nie być gołosłownym, weźmy te wypowiedzi pod lupę.

„Chemiczna” elitaKulturystyczne realia bardzo konkretnie ocenił niejaki McRobert, którego wypowiedź została zamieszczona w portalu www.kulturystyka.pl.- Powiedzmy wprost: żeby dorównać najlepszym zawodowym kulturystom, potrzeba szczególnych predyspozycji genetycznych i długotrwałego korzystania z chemii. Podzielmy świat treningu na „ich” i „nas”. Ci pierwsi chcą ekstremalnych wyników, nie zwracając uwagi na cenę jaką zapłacą – aż do momentu kiedy zaczną ją płacić. Nie zwracają uwagi także na tych biednych głupców, którzy wielbią każde ich słowo. Reszta „nas” wie (lub przynajmniej powinna wiedzieć), że nasze szczytowe osiągnięcia – w kategoriach siły i wielkości – zawsze będą mizerne w porównaniu do „elity”, i że kulturystyka zawodowa po prostu nie jest dla nas. Cena, jaką musielibyśmy zapłacić, jest nie do przyjęcia.Po prostu pozwólcie „nam” robić swoje, w sposób naturalny, racjonalny i co ważne nieobsesyjny, lecz jakże satysfakcjonujący, wiedząc, że wszystko co robimy, robimy wyłącznie samodzielnie i dla samych siebie. Nie jesteśmy chemicznymi klaunami, żądnymi krótkotrwałej chwały. Uprawiamy najczystszą formę treningu siłowego.Ślepa uliczkaOpinię tę podziela wielokrotny mistrz Polski, brązowy medalista mistrzostw świata weteranów, Waldemar Nol:- Niestety, nie ma dziś praktycznie możliwości, by przygotować się (na poziomie pozwalającym zaistnieć w stawce zawodników) do poważnej imprezy bez pomocy niedozwolonych środków. Kulturystyka zabrnęła w ślepą uliczkę, zaś ta zawodowa to już wynaturzenie. Na przykładzie Ronni’ego Colemana – pamiętam go z MŚ w Katowicach w roku 1991 (rywalizowaliśmy w jednej kategorii wagowej) – to, co prezentuje teraz, nie przypomina w niczym tamtego zawodnika. Osobiście – jako startujący kulturysta – jestem w pewien sposób zdolny zrozumieć pobudki kierujące współczesnymi zawodnikami – ten szalony pęd do wielkości umięśnienia – ale nie oznacza to, że akceptuję taką stronę kulturystyki – niezdrowe przerosty…Najlepszego zdania na temat trendów obowiązujących we współczesnej kulturystyce nie ma także jeden z najbardziej utalentowanych w historii polskiej kulturystyki zawodników, mistrz Europy z 1986 roku, Andrzej Cugier.- Życzyłbym sobie, kulturystyce i wszystkim tym młodym chłopcom, (którzy są nią zafascynowani – dop. RK), by dyscyplina poszła w kierunku nie tylko wyczynowym, ale raczej rekreacyjnym, zdrowotnym, stawiając na piękno sylwetki, nie na „przerosty” mięśniowe, które niestety ze zdrowiem niewiele mają wspólnego.Amerykanie chcą być wielcyPremiowanie monstrualnych wymiarów w profesjonalnej kulturystyce sprawia, że wielu z utalentowanych i utytułowanych amatorów nie decyduje się na rozpoczęcie kariery zawodowca. Jednym z nich jest wicemistrz świata i mistrz Europy, Paweł Brzózka.- Zdaję sobie sprawę, że wśród zawodowców nie miałbym najmniejszych szans na duże sukcesy. Nie jestem aż takim talentem, żeby tam brylować. Lepiej być bardzo dobrym amatorem niż przeciętnym zawodowcem. Lubię uprawiać inne dyscypliny, a tak duża masa mięśniowa ogranicza sprawność ruchową. Mnie to nie odpowiada. Gdy w momencie robienia masy mięśniowej ważę 110 kg, to widzę pogorszenie sprawności ciała. A jeśli zawodnik mojego wzrostu (175 cm) waży 130 kg, to naprawdę ma duże problemy z ruszaniem się. Jay Cutler waży 120 „na rzeźbie”, czyli około 140 kg „na masie”… To jest dla mnie niewyobrażalne. W zawodowej kulturystyce, w odróżnieniu od amatorskiej, nie przeprowadza się kontroli antydopingowych. O tym mówi się otwarcie – to jest sport dla Amerykanów. Oni chcą być „wielcy”. Odpowiada to także tamtejszym fanom, którzy chcą oglądać jak najbardziej napakowanych zawodników.Patrząc na swoje możliwości wiem, że nie osiągnąłbym satysfakcjonujących mnie wyników. Czyli podejmowanie ryzyka jest bezsensowne. Dwa – nie kręci mnie to, by tak wyglądać. Po trzecie – myślę, że jestem już za stary.Brak instynktu samozachowawczegoPodobne zdanie na temat swoich szans na zawodowstwie ma inny czołowy polski kulturysta, Łukasz Kazimierczak.- Jeśli chodzi o zawodowstwo, to nie mam o czym marzyć. Po pierwsze, nie mam wystarczających predyspozycji genetycznych – mam kłopoty z rozwojem mięśni ramion. Co prawda, jestem uważany za zawodnika, który bardzo dobrze pozuje, ale nawet najlepsze pozowanie wszystkich braków ukryć nie pozwoli. Po drugie, choćbym miał wyjątkowy talent, to i tak bym odpuścił. Profesjonaliści są pozbawieni instynktu samozachowawczego. Taki Long ma nerki w stanie szczątkowym i, gdyby nie dializy, byłby już na tamtym świecie.Także mistrz Europy, Bogdan Szczotka, chociaż zapytałem go o perspektywy jego przejścia na zawodowstwo tydzień po osiągnięciu tego życiowego sukcesu, zmiany statusu nie planuje.- Zawodowstwo mnie nie interesuje – to za wysoka dla mnie poprzeczka. Przepaść między najlepszymi zawodowcami a amatorami jest tak duża, że nie jestem w stanie osiągnąć formy, która pozwoliłaby mi liczyć się wśród zawodowców. Mam 29 lat i po prostu zabraknie mi czasu, żeby zbudować odpowiednią masę mięśniową. Poza tym, z taką masą nie najlepiej bym się czuł. Podziwiam zawodowców, ale siebie wśród nich nie widzę.Postacie z komiksówMariusz Strzeliński, choć ma na koncie tytuł mistrza świata amatorów, i zdaniem wielu jest materiałem na dobrego profesjonała, do zawodowej kulturystyki odnosi się bez większego entuzjazmu.Zapytany, ile czasu zajęłoby mu zrobienie takiej muskulatury, z jaką mógłby bez żadnych kompleksów mierzyć się z zawodowcami, odpowiedział, że około 3 lat. Mimo to, choć ze względu na młody wiek ma na to dość czasu, przejścia na zawodowstwo raczej nie planuje, gdyż zauważa zbyt wiele minusów takiej decyzji.- Plusy zawodowstwa? Jest ich bardzo niewiele. Minusy – pogoń za dużą masą bez zwracania uwagi na jakość mięśni, finezję. Nie uważam, aby dużo zawsze znaczyło dobrze. Poza tym, stosuje się tam doping praktycznie bez ograniczeń – skądś trzeba brać tę masę. Wybór zawodowstwa oznacza zatem poważne wyzwanie dla wydolności ciała, a ja nie mam zamiaru ryzykować swoim zdrowiem.W jeszcze bardziej przemawiający do wyobraźni sposób swój stosunek do tendencji panujących w profesjonalnym body buildingu określił Strzeliński w wywiadzie dla „Kulturystyki i fitness”:- Wszystko zmierza w złym kierunku. Niektórzy zawodowcy przypominają postacie z komiksów, a to już przestaje nawet być śmieszne, zaczyna przerażać. Może ktoś z organizatorów obudzi się i wymyśli coś nowego. Byle nie za późno!Bezgranicznie przepakowani faceciLobbowanie na rzecz zmian szkodliwych tendencji obowiązujących w kulturystyce rozpoczął prezes Polskiego Związku Kulturystyki, Trójboku Siłowego i Fitness, Paweł Filleborn. Wystąpił on do prezydenta IFBB, Bena Weidera, z apelem o kampanię w sprawie przeniesienia akcentów z masy na rzeźbę i proporcje podczas punktowania na zawodach. Jednak wicemistrz Polski weteranów, Krzysztof Gajewski, do szans powodzenia tego apelu odnosi się sceptycznie.- Nie wierzę, by kulturystyka zmieniła tor swojego biegu. Za daleko zaszła. Dotychczasowe tendencje wymuszają nie tylko widzowie, ale również sędziowie i wreszcie wielu zawodników, którzy tracą instynkt samozachowawczy.Kierunek, w którym zmierza profesjonalny bodybuilding, niepokoi także wicemistrza Europy, Huberta Olborskiego.- Zostało zatracone dążenie do harmonijnego rozwoju, osiągnięcia pięknej sylwetki. Widzimy bezgranicznie przepakowanych facetów. Nie wiem dokąd to zmierza. Chyba w złym kierunku. Jeżeli ktoś waży na rzeźbie 120 kg, to jego organizm był prawdopodobnie poważnie narażony. Tu już nie można mówić o wyłącznie świetnych predyspozycjach. Nie da się uzyskać takiej wagi bez stosowania szkodliwych substancji. Dlatego nie zamierzam zostać zawodowcem. Być może, gdybym miał szanse na czo
łową trójkę w Mister Olympia, to bym się zawahał. Ponieważ wydaje się to być poza moim zasięgiem, nie mam wątpliwości, że nie warto próbować.Serce ArniegoWnioskując ze stanu zdrowia najsłynniejszego kulturysty wszech czasów, Arnolda Schwarzeneggera, łatwiej zrozumieć niechęć polskich mistrzów do przejścia na zawodowstwo. W 1974 roku Arnie, po swoim piątym triumfie w Mister Olimpia, został zabrany przez Bena Weidera do studia telewizji NBC jako model do zaprezentowania efektów ćwiczenia raczkującej wtedy kulturystyki. Przed wywiadem słynna prezenterka, Barbara Walters, powiedziała, że docenia działalność Weidera i w ogóle, ale zobaczywszy Schwarzeneggera skomentowała: „Po co przyprowadziłeś ze sobą ten ogromny kloc?” W trakcie wywiadu, spodziewając się ze strony Arnolda kłamstwa, co dałoby jej argumenty do rozpoczęcia lubianej przez niej krewkiej dyskusji, zapytała go, czy bierze sterydy. Niewzruszony Arnie odpowiedział: „Tak, biorę. Używam ich pod okiem lekarzy i nie sądzę by były aż tak niebezpieczne”.Po latach okazało się, że Schwarzenegger był nadmiernym optymistą. W 1997 roku poddał się operacji wadliwie działającej zastawki serca. Prasa spekulowała, że powodem jego kłopotów ze zdrowiem było używanie sterydów. Wkrótce Arnold przyznał publicznie, że sterydy są zgubne i bez względu na to, czy przyczyna jego choroby ma z nimi związek czy nie, fakt ich szkodliwości jest niepodważalny!Za garść dolarówŚwiadomość ryzyka płynącego z uprawiania zawodowej odmiany body buildingu podkreślił także inny legendarny champion, Mister Olympia z lat 1977-79, Frank Zane.- Gdybym bym młodym człowiekiem, zaczynającym treningi, ale miałbym swoją dzisiejszą wiedzę na temat wszystkich faktów występujących w kulturystyce, na pewno bym nie startował.Czołowy profesjonał lat osiemdziesiątych, Mike Christian, zapytany o perspektywy wznowienia startów, tym razem w gronie weteranów, zdecydowanie taki pomysł odrzucił.- Start w zawodach oznaczałby dla mnie ponowne rozpoczęcie cyklów wspomagania, a ja nie mam ochoty się w to bawić. Przygotowania oznaczałyby zwiększenie wydatków, mniej czasu dla rodziny i na pracę. Miałbym przed sobą perspektywę utraty wszystkiego, co mam, i marne szanse na zyskanie czegokolwiek w zamian.Christian odradza młodym ludziom poświęcenie się karierze zawodowego kulturysty.- Jedynie niewielki krąg najlepszych zarabia godziwe pieniądze. Jest wielu utalentowanych kulturystów i jednocześnie zbyt mało miejsca na szczycie. Wielu bardzo dobrych zawodników popada we frustrację i zaczyna traktować zawody zbyt poważnie. Przygotowania pochłaniają masę pieniędzy, a na końcu wcale nie czekają kokosy – o ile nie wygrywa się Mister Olympia, ciężko dziś wyżyć z samej kulturystyki. Zawodnicy zabijają się dla sukcesu, dla zakwalifikowania się do pierwszej szóstki, gdy za miejsce dostają kilka tysięcy dolarów.Kaskaderzy kulturystykiNiechęć dawnych mistrzów do współczesnego body buildingu wynika między innymi ze świadomości, co było przyczyną tragedii Mohammeda Benazizy. Ten nadmiernie odwodniony przy pomocy „chemii” kulturysta powędrował na łono Abrahama. Więcej szczęścia (niż rozumu, gdyż wiedział, co spowodowało śmierć Benazizy) miał Paul Dillett, którego lekarze uratowali tylko dlatego, że podczas Arnold Classic od kilku lat regularnie stykali się z podobnymi przypadkami.Niestety, opinie wyrażane przez byłych championów, w tym także ostrzeżenia patrona Arnold Classic, czyli Schwarzeneggera, raczej nie odniosły większych skutków. Następcy legendarnego „Austriackiego Dęba” są o wiele potężniejsi od niego. Trudno uwierzyć, że prześcignęli mistrza głównie dzięki odżywkom i opracowanym przy wykorzystaniu najnowszych zdobyczy nauki metodom treningowym. Może więc trzeba stworzyć oddzielną kategorię kulturystycznych desperados (która, w postaci elity zawodowców, w zawoalowany sposób, już istnieje) trąbiąc na lewo i prawo, że są to kaskaderzy body buildingu? Prawdopodobnie tak, gdyż, jak wiadomo, mało który chłopiec zafascynowany wyczynami kaskaderów decyduje się na bezmyślne ich naśladowanie. Inaczej tzw. skręcenie karku stałoby się najczęściej występującą wśród małolatów kontuzją.Dopingowa loteriaZwolennikiem koncepcji stworzenia kategorii sportowych desperados jest słynny polski pisarz i publicysta, Waldemar Łysiak. Ten znany z ostrych, przez niektórych uważanych za skrajne, opinii fighter pióra bardzo dobitnie wyraził niewiarę w skuteczność walki z niedozwolonym dopingiem.- Istnieje tylko jeden sposób – akceptacja dopingu. Doping budzi moje obrzydzenie, lecz jeszcze większe obrzydzenie budzi we mnie wszelka niesprawiedliwość… A obecnie walka z dopingiem to loteria, gdzie wszyscy zawodnicy grają i większość wygrywa. Wpadają nieliczni głupcy albo pechowcy. Cały sport jedzie na dopingu, więc albo trzeba to usankcjonować, albo zlikwidować wyczynowość, inaczej będzie to zawsze ceremonia z kozłami ofiarnymi (…) Żadne kary nie zlikwidują dopingu, są one tylko wyzwaniem dla tajnego przemysłu farmaceutycznego. Chcą się koksować, niech się koksują, każdy na własny rachunek zdrowotny, to w końcu dorośli ludzie.„Święte oburzenie”Niestety, pozbawionej złudzeń opinii Łysiaka nie da się zbagatelizować. Zwłaszcza, że wiosną 2003 doktor Wade Exum, działacz odpowiedzialny w latach 1988-2000 w Amerykańskim Komitecie Olimpijskim za kontrole an-tydopingowe, stwierdził że ponad setka jankeskich sportowców startowało w zawodach mimo pozytywnych wyników kontroli. Jednym z nich był 9-krotny mistrz olimpijski, Carl Lewis. Na ironię zakrawa fakt, że Lewis głośno wyrażał „święte” oburzenie na Bena Johnsona – swego pogromcę w biegu finałowym na 100 metrów podczas igrzysk w Seulu – po tym, jak w organizmie zbudowanego jak średniej klasy kulturysta amatorski Kanadyjczyka z Jamajki wykryto zakazaną substancję.Kto jest twoim lekarzem?Rewelacje Exuma trudno uważać za odosobniony przypadek. Pewien ścigający się w latach dziewięćdziesiątych polski kolarz zawodowy, w przypływie „wysokoprocentowej” szczerości, powiedział mi przy barze, że fachowcy kolarscy nie pytają zawodnika o to, kto jest jego trenerem. Pytanie brzmi: „Kto jest twoim lekarzem?”. Bowiem dopiero wtedy są w stanie określić, jakie szanse na sukces ma ten kolarz. Czy w świetle tych poalkoholowych wynurzeń można uwierzyć, że sport będzie czysty? Zwłaszcza, że wkrótce po naszej rozmowie w pokojach kolarzy jednej z grup zawodowych, startujących w najbardziej prestiżowym wyścigu Tour de France, wykryto cały arsenał zakazanych środków.Fikcyjny światNiestety, rezygnacja ze szkodliwego wspomagania w sporcie wydaje się niemal niemożliwa. Bo czy zawodnicy, którzy nagle biegaliby o wiele wolniej, dźwigaliby o wiele mniej niż wcześniej, czy staliby się „drobni” jak kulturyści sprzed 30 lat, byliby w stanie wzbudzić nasze zainteresowanie, że o reakcji możnych sponsorów nie wspomnę?Trzeba sobie jasno powiedzieć – świat sportu (i nie tylko) na fikcji stoi. Przecież człowiek nie może robić postępów w nieskończoność. Opinii publicznej wciska się kit, ale ludzie z ulicy wielkich złudzeń nie mają. Zresztą, większości chyba to nie przeszkadza. Sądzą, że ryzykuje głównie elita gladiatorów sportowych aren. Ale przykład idzie z góry. Małolaci szybko zaczynają wychodzić z założenia, że jeśli czegoś nie „zjedzą”, ich wysiłek nie ma sensu. Dlatego, być może, owa obojętna większość powinna się zastanowić, czy wychodzący właśnie na trening ich nastoletni syn robi postępy wyłącznie dzięki wytrwałej pracy i łykaniu witamin.Robert Krzak

Komentarze: