Mariusz Pudzianowski – aktualnie, obok Adama Małysza, najpopularniejszy polski sportowiec. Bezpośredni, otwarty, pogodny, optymistycznie nastawiony do świata, koleżeński, przyjazny ludziom. A jednocześnie ambitny, pracowity, wytrwały w dążeniu do celu, niezrażający się trudnościami, prawdziwy „twardziel”. Podczas zawodów potrafi demonstrować charakterystyczny dla siebie luz, jest postacią bardzo mealną z racji osobistego uroku. Wysportowany i dbający o sylwetkę, w razie zmiany upodobań byłby w stanie zagrozić czołowym polskim kulturystom i trójboistom. Jego aktualne wyniki w trójboju siłowym są następujące: ława – 250 kg (bez gumowej koszulki), przysiad – 370 kg, ciąg – 400 kg.

Miałem zapytać Cię, czy to, co robisz, można nazwać jeszcze przygodą, ale od jakiegoś czasu startujesz tak często, że to już chyba zawód…– Na dzień dzisiejszy jest to i przygoda, i zawód. Ciągłe rozjazdy po świecie pozwalają na komfort oglądania zakątków, do których w normalnych okolicznościach nie dałoby się wyjechać, a więc mając ten fakt na uwadze, jestem skłonny twierdzić, że to jeszcze przygoda. A z drugiej strony, przecież za swoje występy dostaję jakieś pieniądze, po prostu zarabiam na życie, czyli jest to także zawód.Czy może zastanawiałeś się już, jak długo „w tym zawodzie” można pracować?– Trudno powiedzieć. Może rok lub dwa, a może pięć lat. Wszystko zależy od zdrowia i formy. Na razie zdrowie dopisuje, więc jest jak jest, ale zawsze liczę się z tym, że byle kontuzja może mnie wyeliminować z gry. Przecież dźwigam ogromne ciężary i wszystko może się zdarzyć.Dodajmy, że startujesz niemal co tydzień w jakiejś imprezie. Ani ciężarowcy, ani kulturyści nie daliby chyba rady startować tak często, bo ludzki organizm ma jednak ograniczone możliwości. Chcesz, czy musisz pracować w takim rytmie?– Na pewno wolałbym jechać na dwie lub trzy imprezy w roku, ale na taki luksus jeszcze mnie nie stać. Patrzę na to, co robię, przede wszystkim pod kątem finansowym. Nie zarabiam kokosów, ale na życie wystarczy. A ponieważ od jakiegoś czasu jestem w czołówce, więc organizatorzy zawodów strongman na całym świecie zapraszają mnie na wszystkie zawody.Oglądałem zawody strongmenów kilka razy i zawsze zastanawiałem się, ile czasu powinno się mieć na regenerację organizmu po tak ekstremalnych wysiłkach. Da się to robić bez bólu tydzień w tydzień?– Trzeba sobie zrobić specjalną odnowę biologiczną, która polega przede wszystkim na optymalnym wyregulowaniu funkcji organizmu. Ja stosuję nawadnianie płynami fizjologicznymi, aminokwasami i glukozą. Nie jest to żaden doping, bo w podobny sposób prostuje się nawet alkoholików po przepiciu, a człowiek już po kilku godzinach czuje się świeżo.A czy przed zawodami przeżywasz jakąś tremę?– Nie, to już mam za sobą. Tyle startów, ile ja miałem, pozwala funkcjonować spokojnie. Jeżeli na treningu ostro pracujesz, to wiesz, na co cię stać. Wystarczy dobrze się wyspać, aby wszystko poszło według planu. Ale jednocześnie muszę przyznać, że zaczynam odczuwać obciążenie psychiczne. Jestem tylko człowiekiem, a nie maszyną, więc emocje mnie nie omijają. Na razie wszystko to kontroluję, a co będzie później – zobaczymy.Na Mistrzostwach Europy w Sandomierzu zaobserwowałem moment, gdy na śliskiej od deszczu powierzchni Austriak potknął się podczas konkurencji zwanej „zegarem”. Gdyby był słabszy, to w takiej chwili złamałby sobie nogę. Czy w związku z takim ryzykiem nie byłoby lepiej, gdybyście używali mniejszych ciężarów podnoszonych, powiedzmy, na czas?– Nic z tych rzeczy. To nie jest fitness, ale sport dla silnych chłopów, takich, co to na zawodach wykorzystują przynajmniej 90 procent swoich możliwości.Ale nie dało się ukryć, że nie wszyscy „odrobili” zadania do końca. Tak samo było zresztą na Mistrzostwach Świata w Zambii.– I właśnie tak powinno być. Jeżeli tylko dwóch albo trzech zawodników ukończy konkurencję, to już jest dobrze. Nie musi zrobić tego każdy.Szczególną trudność sprawia zawodnikom włożenie tych wielkich kamiennych kul na podesty. Powinno być łatwiej zawodnikom wyższym.– Teoretycznie tak, ale w praktyce różnie bywa. Na przykład w Zambii pierwszy podest miał 185 cm wysokości, czyli trochę ponad mój wzrost, podczas gdy na przykład Samuelsson ma 2 metry wzrostu i powinno mu być łatwiej załadować tam kule.A tymczasem Ty wrzuciłeś swoje kule na miejsce, podczas gdy Samuelssonowi one spadały.– I właśnie na tym polega widowiskowość tego sportu. Mniejszy wygrywa z większym, a coś takiego publiczność bardzo chętnie ogląda, na trybunach robi się od razu weselej.A kiedy zawodnikom robi się weselej?– Na pewno nie w trakcie zawodów, bo wtedy każdy koncentruje się na tym, co robi albo na tym, co zrobi za chwilę. Ale później zawsze zdarzają się jakieś zabawne sytuacje. W Zambii na przykład rozbawiły mnie dzieciaki, chude jak drzazgi, za to ubrane w koszulki z napisem „Hercules” i wypakowane pod spodem ogromnymi pękami gazet, co miało sprawiać wrażenie potężnej klaty.Trudno im się dziwić, każdy marzy o tym, aby być wielki i silny. Co myślisz o granicy ludzkich możliwości?– Są nieobliczalne. Dzisiaj wykorzystujemy może 20 procent. Za dwa – trzy lata być może będzie to już 30 procent. Moim zdaniem ogromną rolę gra przygotowanie psychiczne, a konkretnie – sztuka koncentracji. Jeżeli ta sztuka mi się udaje, to ciężar idzie w górę. A poza tym ważny jest również nastrój, jak to się mówi – adrenalina. Na treningu czegoś nie mogę ruszyć, a podczas zawodów idzie. Musi być nastawienie.Czujesz większy luz na zawodach niż na treningu?– To już nawet nie luz, ale rutyna. Zjeżdża się kilkunastu najsilniejszych facetów z całego świata, a ja już wiem, w czym jestem od nich lepszy, a w czym mi zagrażają. Na podstawie tej wiedzy mogę wyliczyć swoje szanse. To jest wielobój siłowy i trzeba tak rozłożyć siły, aby w końcu wyjść na swoje. Czasem więc odpuszczam sobie jakiś wynik, gdy wiem, że w tej konkurencji przeciwnicy są słabsi. Po prostu nie idę na rekord.Czy wystarczy być tylko silnym, aby zwyciężyć?– Nie, tak dobrze to nie jest. Tu się liczy spryt, siła i technika. Niejeden raz trzeba pogłówkować, jak podejść do ciężaru, aby go podnieść.A czy uprawiasz jakieś sporty uzupełniające?– Treningi ogólnorozwojowe są bardzo potrzebne. Rozciąganie mięśni również, bo mięśnie muszą być elastyczne. Poza tym grywam dwa razy po 45 minut z rugbistami i wcale od nich nie odstaję.Jaki sport byś wybrał, gdybyś urodził się raz jeszcze?– Pozostałbym przy swoim. Daje tyle satysfakcji, że warto się w to bawić.Nie jestem przekonany, czy chodzi rzeczywiście o zabawę, bo od początku kwietnia do końca października miałeś nieustające starty, a to sprawia, że musiałeś być przez pół roku „na topie”. Bardzo stresujący „program zajęć”! Kiedy pozwolisz sobie na jakiś odpoczynek?– W zasadzie powinienem już odpoczywać, ale nie jest to jeszcze pewne.Dadzą Ci spokój przynajmniej w zimie?– Nie ma takiej gwarancji, bo w zimie jestem zapraszany na Hawaje, do Chin i do innych krajów, gdzie grzeje słońce.Krótko mówiąc – cały rok musisz być w formie, bo w przeciwnym razie przestałbyś być zapraszany. A na co kładziesz na treningach?– Rano uprawiam trójbój siłowy. Obciążenie do 90 procent. Staram się wykonać maksymalną ilość powtórzeń w serii, bo trzeba też zwracać uwagę na wytrzymałość. Często mocno żyłuję, na przykład robię 6 serii po 10 powtórzeń, a następnie dokładam kilka kilogramów i staram się zrobić tyle samo powtórzeń. Jest to bardzo wyczerpujące, ale tylko w ten sposób można wyćwiczyć siłę.Na rozrywki da się coś wykroić w Twoim programie życiowym?– Nie mam jakichś specjalnych upodobań, a poza tym nauczyłem się już traktować swoje podróże i występy jak prawdziwą rozrywkę.Czy masz świadomość, że pędzisz żywot mnicha?– Oczywiście. Ale tylko w ten sposób mogę utrzymać się w światowej czołówce.A czy nie jest dla Ciebie męczący fakt, że jest się mistrzem? Znasz przecież ten odwieczny zwyczaj, gdy publiczność krzyczy „bij mistrza”, bo pokonanie najlepszego sprawia wszystkim wielką frajdę.– Na pewno odczuwa się presję. Jeśli mi coś nie wyjdzie, to można potem usłyszeć głos ”
O, z Pudzianem wygrałem!” Ale tak już jest, bo taka jest prawidłowość w sporcie i trzeba się do tego przyzwyczaić. W każdym razie kiedy wybieram się na zawody, to nie interesuje mnie przegrana. Jadę z nastawieniem na zwycięstwo i takie nastawienie dobrze mi robi.Dziękuję za rozmowę.rozmawiał Mirosław Prandota

Komentarze: