Pisanie o Wieśku Stankiewiczu powinno sprowadzać się w zasadzie do opowieści o tym, jak młody człowiek walczy z upośledzeniem, które zafundował mu los. W praktyce jednak cała rzecz sprowadza się przede wszystkim do prezentowania listy rekordów, bo walkę z samym sobą Wiesiek – zabrzmi to nieco przewrotnie – nieustannie wygrywa, wieńcząc swoje zwycięstwo jakimś zaskakującym wynikiem. Suma tych wyników pozwala zaklasyfikować go do rzędu sportowców nieprzeciętnych.

Jedna krótsza od drugiejKiedy Wiesiek przyszedł na świat, za oknami śpiewały ptaszki, ulicami jeździły furmanki, a na samochód mówiło się „taksówka”. Było tych „taksówek” niewiele, bo wtedy niczego nie było w nadmiarze, a jeżeli już czegoś nie brakowało, to chyba tylko świeżego powietrza w podwarszawskim Wilanowie, czyli tam, gdzie urodził się Wiesiek. Chłopak był w porządku, miał apetyt, dużo jadł, jeżeli tylko było co jeść, szybko nauczył się chodzić i z ciekawością rozglądał się po swoim nieco ograniczonym płotami świecie.Pech dopadł go, gdy miał półtora roku. Któregoś dnia chciał wyjść jak zwykle z domu i nie wyszedł, bo nie mógł. Jakby ktoś włączył hamulce. Pojawiła się gorączka. W szpitalu powiedzieli, że to paraliż dziecięcy, na podwórku mówiło się „hajnemedina”. Okropność! Szczepionki nie było ani w Wilanowie, ani w Warszawie, ani w całej Polsce. Zresztą szczepi się przed chorobą, a nie wtedy, gdy już jest.Po wyjściu ze szpitala już nie chodziło się Wieśkowi tak luksusowo, jak przedtem. Jedna noga, a jakże, parła do przodu, ale druga zostawała z tyłu. Nie chciała też rosnąć, była zupełnie do niczego. Ani się dzieciak spostrzegł, gdy różnica między jedną a drugą sięgnęła 6 centymetrów w długości, a w obwodzie – to już w ogóle szkoda gadać! Matka płakała, bo martwiła się, co będzie, kiedy chłopak dorośnie. Dookoła sami sprawni i piękni, a Wiesiek taki pokarany przez Pana Boga, nie wiadomo za jakie grzechy. Jak on da sobie radę w życiu, jeżeli chodzi tak pokracznie? I dlaczego padło akurat na niego? Jeden brat silny jak koń, drugi też nie gorszy, ojciec potrafi pracować za dwóch, dziadek rozkładał na rękę cały Wilanów od młodego do starego; znaczy, że rodzina całkiem udana, tylko Wiesiek nie taki, jak trzeba. Kulawy, niezdarny i chyba nic z niego nie będzie.Nie zawzięty, ale upartyChłopak nie poddawał się nastrojom. A za ofiarę losu też robić nie zamierzał. Gdy tylko zobaczył, że chłopaki rywalizują między sobą niemal na każdym kroku, bo taka już ich natura, z miejsca włączał się do wszystkiego. Rzucali kamieniem – kto dalej, chodzili po drzewach, skakali, łazili na rękach, a Wiesiek starał się naśladować ich na każdym kroku. Na początku śmiali się, za niedorajdę go mieli, bo nikt nie chciał uwierzyć, że kulawy sprosta im w czymkolwiek. Wiesiek peszył się tylko na początku. Bardzo chciał być tak sprawny jak wszyscy, ale jeszcze nie do końca wierzył, że to może się udać. Na wszelki więc wypadek swoją nieporadność nadrabiał niekończącymi się powtórkami.Dziadek – murarz, który dwoma palcami kładł na rękę każdego, kto tylko miał się za gieroja, patrzył i podziwiał zawziętość wnuka.- On w kaszę nie da sobie dmuchać! – oświadczał z uznaniem przy każdej okazji i wcale nie przeszkadzało mu, że chłopak kuleje tak pokracznie. Ksiądz na kazaniu gadał, że człowiek został stworzony na podobieństwo boże, więc kto wie, a nuż i Pan Bóg bywa kulawy, przynajmniej od czasu do czasu, żeby wesprzeć duchowo tych, którzy mają kłopoty z chodzeniem?Dzisiaj Wiesiek skłonny jest twierdzić, że jeżeli chodzi akurat o niego, to nie był wcale zawzięty, tylko uparty, a to zasadnicza różnica! Upór prowadzi do sukcesu, a on zawsze chciał odnosić sukcesy, mimo że natura nie była dla niego łaskawa. Zawziętych się nie lubi, a Wieśka wszyscy lubią, chociaż często jest lepszy od innych i to pod wieloma względami. Że niepełnosprawny? I co z tego? Ale lepszy!Trzeba było się staraćIle miał lat, gdy zaczął pływać? Bodajże siedem. W wodzie nie trzeba ani tańczyć, ani skakać, więc trudno się dziwić, że chcąc w czymś dorównać kolegom na początek wybrał wodę. Że najpierw jak siekiera szedł na dno, to inna sprawa, ale od czegoś trzeba przecież zacząć. Chociażby od tej „siekiery”. Nauczony doświadczeniem szybko doszedł do wniosku, że dobrze jest wsadzić pod pachy nadmuchane dętki. Potem były butelki, bo też stawiały opór wodzie, a w końcu wystarczyły zgrane ruchy całego ciała. Czas leciał, chłopaki rośli, wypadało szybko uczyć się wszystkiego, żeby nie wypaść z grona tych, którym w życiu było łatwiej.- Człowiek był inwalidą, małym, bo małym, ale inwalidą – wspomina Wiesiek – więc żeby nie dokuczali, trzeba było się bardzo starać.A gdy już się postarał, zadziwiał wszystkich. W głowach się nie mieściło, co taki może!Rzut oszczepem, to tak naprawdę był najpierw rzut kijem, bo niby skąd miało się wziąć pieniądze na prawdziwy sprzęt? Kij też dobry, byle tylko zechciał daleko lecieć. Rzucało się raz lewą, drugi raz prawą ręką. To nie była zła metoda – jak przyszło co do czego, prawdziwy oszczep poleciał na odległość 40 metrów. Z miejsca! Dysk dwukilogramowy – 33 metry, kilogramowy – 55 metrów, kula5-kilogramowa – 16 metrów. Po prostu rzucało się i tyle! Ktoś wymyślił jakąś konkurencję, czasem do czorta niepodobną – wszyscy brali w niej udział. Wyścigi na kajakach, skoki z mostu do wody, rowerowy tor przeszkód, zawody w palanta, niekoniecznie piłką, bo nie zawsze była pod ręką, za to puste puszki po piwie – jak najbardziej. Ćwiczyło się wszystko, co tylko mogło być przedmiotem zdrowej rywalizacji między chłopakami. Wiesiek bywał gorszy, ale tylko na początku. Potem dołączał do najlepszych, bo rozsadzała go ambicja, więc trenował, trenował i trenował.Do dziś pamięta, jak matka martwiła się o jego przyszłość: że inwalida i że nie da sobie rady w życiu. Jak to nie da? Właśnie, że da! Na przekór wszystkiemu i wszystkim.Wyczyn na głodniakaWola pokazania, co potrafi niepełnosprawny, sprawiała, że Wiesiek dokonywał nieraz rzeczy wręcz niewiarygodnych. Teraz ma pięćdziesiątkę na karku, ale w garściach chyba ten sam ołów, co zawsze, bo na zawołanie wstaje i bez rozgrzewki demonstruje pompki „podwójnie klaskane”, ale takie, podczas których raz klaszcze się przed sobą, drugi raz za plecami i dopiero wtedy jest opad na ręce, pompka, wybicie się, znowu klaśnięcie z przodu, z tyłu, opad… i tak dalej. Jeszcze niedawno robił sobie sprawdzian kondycyjny – zaliczył 50 takich pompek.Jego rekord w „pompowaniu” na poręczach wynosi 89 razy, za to na podłodze… 300! Najwyższe obciążenie jednorazowe w pompce na poręczach – równe 100 kilogramów.- Takie rzeczy robi się innymi mięśniami, odmiennymi od tych, które błyszczą na okładkach pism kulturystycznych. To musi być sama natura w stu procentach, bez tabletek, hormonów i tym podobnych wynalazków – informuje Wiesiek.- Gdyby teraz komuś wypadło trenować na takiej diecie, jaką ja miałem za młodu, dawno odechciałoby mu się sportu.To akurat bardzo prawdopodobne. Jadł mianowicie śniadanko o 6 rano, szedł do pracy, kończył ją o 15-tej, następnie rozpoczynał długi trening kulturystyczny, a gdy go skończył, pojawiał się na boisku do siatkówki. Do domu wracał dwie godziny przed północą i dopiero wtedy jadł kolację. Na noc starał się oszczędzać żołądek i zjadał tylko tyle, aby zaspokoić pierwszy głód. Ale jak trafiała się okazja, to jajecznicę z 40 jajek na kiełbasie lub na boczku potrafił wrąbać za jednym podejściem.- Jak czytam w „Kulturystyce i Fitness” o tym, że najlepsi kulturyści jadają 7 razy dziennie – wzrusza ramionami Wiesiek – to pytam się, na co jeszcze mają oni czas? Chyba tylko na ósme danie!Ale mimo wszystko z żalem dodaje, szkoda, że za młodych lat nie było mu dane odżywiać się przynajmniej cztery razy dziennie. Bo na przykład trzy razy trafiało się w święta i wtedy czuło się, że to są święta.Każdy stara się wypaść jak najlepiejJego rekordy to nie przypadek, ani też jakaś szczególna eksplozja talentu, ale efekt silnej woli i ogromnego wkładu pracy w samodoskonalenie się. Niewykluczone, że siła charakteru byłaby mniejsza, gdyby Wiesiek nie różnił się
pod kątem sprawności od swoich kolegów. Chęć pokazania się i udowodnienia, że „ja też potrafię” wyzwoliła motywację do wyczynu, o jakim przeciętny młody człowiek może tylko pomarzyć.W trójskoku na jednej nodze – oczywiście bez rozpędu – zaliczył 10 metrów. Była to między sportowcami ważna konkurencja. W tamtym czasie rekord w trójskoku z miejsca obunóż dzierżył kilkakrotny mistrz Polski w kulturystyce, Paweł Przedlacki. Miał wynik 9,60 m i mało kto mógł z nim rywalizować, bo niełatwo jest sadzić ponad 3-metrowe susy, jeżeli nie jest się kangurem. Tylko Wiesiek nie miał żadnego uczulenia na prawa natury. Dołożył Pawłowi 40 centymetrów na jednej nodze.Piłeczkę palantową rzucił na odległość 80 metrów. Przysiadał na jednej nodze z 60-kilowym obciążeniem. Aby wydłużyć skok w dal, robił jednocześnie salto w przód. W przypływie dobrego humoru demonstrował salto zarówno w przód, jak i w tył. Na ulicy, między przechodniami… Jeszcze dziś salto w tył nie sprawia mu żadnej trudności.- Lubiłem robić te wszystkie sztuczki, bo czułem się potem znacznie lepiej – opowiada z pogodną miną. – Każdy przecież stara się wypaść dobrze na tle innych, a jest to szczególnie ważne, gdy ci „inni” skłonni są do krytyki przy każdej okazji. Pewien rodzaj wyczynu sportowego zamyka takim usta. A poza tym przeświadczenie o własnej sprawności fizycznej dodaje pewności siebie i poprawia swój wizerunek we własnych oczach. Nawet pośród zupełnie zdrowych osób można szybko rozpoznać, jak czuje się człowiek, który ma przekonanie o swojej przewadze nad innymi, a jak dla odmiany czuje się taki, co to ze sportem niewiele miał do czynienia. Ta różnica ujawnia się jeszcze bardziej, gdy dotyczy osób niepełnosprawnych.Pęd do sukcesu u wielu sportowców wyczynowych przeradza się często w obsesję. Wiesiek nie był jakimś wyjątkiem, też miał zakodowany w głowie sukces i dążył do niego na każdym kroku. Nawet kiedy ojciec wysyłał go po gazetę, a on po drodze zobaczył, że ktoś tam gra w hokeja, od razu czuł się, jakby mu skrzydła wyrastały. Grają bez niego? Tak nie może być! I dołączał zaraz do gry, a gazeta szła w zapomnienie. Przykro było, kiedy po skończonej grze okazywało się, że kiosk już pusty, gazety sprzedane. Podkupywało się wtedy gazety u kolegów, inaczej być nie mogło, wszak ojciec by nie darował.Jak już rąbał drzewo u babci, to nie odchodził od pieńka przez 8-10 godzin. A jak kopał ogródek, to przestał dopiero wtedy, gdy skończył. Jego filozofię życia trudno byłoby dziś wypromować, bo czas jest inny, ludzie stali się bardziej skłonni do wygodnego życia i można z góry wątpić w to, że znaleźliby się naśladowcy. W trudnych warunkach życiowych człowiek rozwija się inaczej, a motywacja jego postępowania i sposobu bycia niekoniecznie musi być zrozumiała dla szeregowego zjadacza chleba. Jest jednak sprawą budzącą podziw fakt, że człowiek, któremu obca była suplementacja, który nie miał sprawnej nogi, osiągnął wyjątkowe wyniki w wielu konkurencjach sportowych, a szczyt formy trwał u niego kilkanaście lat pod rząd! Ukoronowaniem sukcesów praktycznych było zdobycie tytułu instruktora kulturystyki.- Bo chodzi o to – kwituje sprawę Wiesiek – żeby do pracy nad sobą włączać nie tylko ciało, ale i ducha, a także o to, aby wiedzieć, po co robi się to wszystko.Listy rekordów ciąg dalszyNie jest łatwo odnaleźć taką dziedzinę sportu, której by Wiesiek nie uprawiał. Zdobył nawet uprawnienia żeglarza jachtowego. Żółty czepek ratownika uzyskał, kiedy ukończył 18 lat. Z Wilanowa nad Wisłę to tylko kilometr drogi, więc można powiedzieć, że chłopak miał wodę (nie mleko!) pod nosem. I mimo że Wisłę wypełniają nurty i wiry, przepływał ją w poprzek wielokrotnie. Technikę pokonywania długich dystansów opanował do tego stopnia, że nawet nie odczuwał bólu mięśni. Mógł pływać do znudzenia, doskonale rozluźniał się w wodzie.Prawie od dziecka organizował jakieś zawody. Latem były to biegi przez płotki na krótki dystans, bo jednak ta niedorozwinięta noga nie pozwalała na wszystko, czego by człowiek zapragnął. „Płotki” składały się z uciętych łodyg słoneczników. Przynajmniej nie czuło się bólu, gdy przypadkiem noga zawadziła o poprzeczkę. Zimą królował hokej. Ponieważ u Wieśka całe życie kręciło się na jednej nodze, trzeba koniecznie wyeksponować jej szczególne zalety. Otóż Wiesiek, który ma 171 cm wzrostu, potrafił odbić się z niej tak wysoko, że na boisku koszykówki sięgał obręczy kosza dwoma rękami. Od samego chodzenia trudno wyrobić sobie aż taką skoczność. Ale że chłopak ćwiczył seriami przysiady na jednej nodze, trzymając na barkach 60-kilogramową sztangę, podczas gdy druga noga była wyprostowana w poziomie – wybijał się prawie tak wysoko, jak dzisiaj robią to dryblasowaci koszykarze zawodowych drużyn.Co by się nie rzekło, nie słyszałem dotąd, aby któryś z mistrzów kulturystyki chwalił się, że robi przysiady na jednej nodze z sześćdziesiątką na plecach.Ta Wieśkowa noga sprawdzała się zresztą w różnych sytuacjach. Gdy któregoś dnia skoczkowie ćwiczący na zgrupowaniu w Wiśle próbowali bez powodzenia wycisnąć na atlasie 200 kilogramów obiema nogami, obserwujący te wysiłki kulturyści przyprowadzili Wieśka, który dołożył jeszcze 50 kilogramów i wycisnął ciężar 10 razy pod rząd jedną nogą. Chłopaki nie mogli uwierzyć, że coś takiego można w ogóle wykonać.Jakby i tego było mało, zaliczył 200 kg w martwym ciągu, stojąc na jednej nodze.Wzwyż skoczył 167 cm stylem nożycowym. Próbował również skakać o tyczce, posłużył mu do tego kij z wierzby o długości 240 cm. Zaliczył wysokość 235 cm, a więc o 5 cm mniej niż wynosiła długość „tyczki”.Ponieważ do lokalnego obyczaju należały bijatyki z kolegami na podwórkach i między wilanowskimi opłotkami uznał, że dobrze byłoby poznać smak boksu. Gwardia go nie przygarnęła z powodu niepełnosprawnej nogi. Legia dała mu szansę, ale tylko do pewnego czasu. Takich zapaleńców jak on zaczynało trzystu, ale skończyło się na trzydziestu. Od trenera dostał tylko wyrazy uznania, ale do boksu trzeba mieć obie nogi zdrowe.W latach 1974-75 reprezentował region warszawski we Francji, gdzie startował w pływaniu i w lekkiej atletyce. Jednak najbardziej wciągnęła go od samego początku kulturystyka. Najlepsze wyniki osiągał w wieku 30-35 lat. Miał wtedy 45 cm w bicepsie, 127 w klatce i 68 w talii, a więc nie było się czego wstydzić. Na ławeczce wyciskał 170 kg, na skośnej – 190, przysiadał z obciążeniem 135 kg, a martwy ciąg robił na poziomie 190-200 kg.Dzisiaj nosi specjalny but, który pozwala mu niemal bezbłędnie chodzić, ćwiczy kulturystykę i gra w ping-ponga. Kiedy zaś dobrze się rozgrzeje, robi pompki na poręczach krzeseł z nogami ułożonymi poziomo, ale trzymanymi w powietrzu. Jego rekord w tej konkurencji sięga 40 razy. Teraz na pewno mniej, ale i tak nieporównywalnie więcej, niż mogłoby to wykonać wielu sprawnych i wysportowanych. Niektóre wyniki sprzed lat mógłby nawet powtórzyć, ale wymagałoby to intensywnego treningu, a czasu jednak brakuje, bo trzeba zarobić i utrzymać rodzinę. Wiesiek jest z zawodu kaletnikiem, ale stawał też na bramce w dyskotece, a teraz łapie się różnych rzeczy, aby jakoś wyjść na swoje. Zarabiał nawet w knajpach, wyzywając na rękę o wiele cięższych przeciwników. Kto przegrywał, ten płacił. Jakoś tak się składało, że kasę zgarniał Wiesiek, który w ubraniu wygląda na przeciętnego mężczyznę, w każdym razie na pewno nie na takiego, który byłby w stanie zagrozić różnym stukilowym „misiom”. Z czasem został jednak zapamiętany i tak utracił niezłe „źródło zaopatrzenia”. Czas przeznaczony kiedyś na uprawianie sportu wypadło mu dziś w znacznej części zarezerwować na pogoń za pieniędzmi.Historia się powtarza. 50 lat temu nie można by

Komentarze: