Najprostsza recepta: nie ćwiczyć! Ponieważ jednak prawdziwy kulturysta będzie zapewne ćwiczył do końca życia, a może nawet jeszcze dłużej, z tego też względu musi on dbać o takie „drobiazgi” jak ścięgna i stawy w pierwszym rzędzie. O ile nadwerężone mięśnie dają się z czasem zregenerować bez kłopotów, to ścięgna, a w szczególności stawy nie są już na regenerację aż tak podatne. W każdej dziedzinie życia łatwiej jest zapobiegać niż leczyć. W sporcie tym bardziej. Kiedy obserwuje się kulturystów rozpoczynających swój trening, od razu rzuca się w oczy podstawowy błąd. Kto tylko może, kładzie się na ławkę i wyciska sztangę. I to jest właśnie to, czego nie powinno się robić zaraz po wejściu na salę. Wiadomo, że nasze siłownie upchane są zazwyczaj po brzegi ćwiczącymi, dlatego też prawdziwej sportowej rozgrzewki nikt nie zdoła tam zrobić. Jako rozgrzewkę traktuje się więc najczęściej wyciskanie (w leżeniu lub w siadzie) małego ciężaru. Nie jest to najlepsze wprowadzenie do treningu, ponieważ z miejsca obciążamy łokcie i barki, które nie są jeszcze przygotowane fizjologicznie do takiej zaprawy. ***Przygotowanie stawów dokonuje się poprzez ćwiczenia, które rozciągają otaczające je ścięgna. Tak więc zaczynamy nie od wyciskania, ale od różnego rodzaju podciągnięć sztangi. Mogą to być zatem zwykłe ciągi do klasycznego rwania, czyli podrywanie sztangi w szerokim chwycie do wysokości klatki piersiowej. Może być też ściąganie drążka z góry na dół na wyciągu, jak to jest na wieloczynnościowym atlasie. Można też na wyciągu robić tzw. wiosłowanie w pozycji

siedzącej i wreszcie – można podciągać sztangielki jednorącz w opadzie tułowia wspartego drugą ręką o ławeczkę. Gdy idzie o stawy kolanowe, a mamy w planie przysiady, to najpierw trzeba rozruszać ścięgna okołostawowe poprzez

ćwiczenia rozciągające – półszpagaty w siadzie lub w pozycji stojącej. W żadnym wypadku jednak nie powinna być zastosowana na początek jakakolwiek forma wypychania ciężaru, bo wtedy główną pracę wykonują prostowniki, których praca najbardziej obciąża staw. ***A teraz kilka uwag dotyczących zawodników stosujących środki dopingujące. Oczywiście, zawodnik nakoksowany nie odczuje skutków kontuzji od razu, ponieważ chroni go warstwa zatrzymanej przez organizm wody. Na tym polega jednak kryte niebezpieczeństwo, bo kulturysta ufny w siłę swoich mięśni zapomina, że te mięśnie doczepione są do ścięgien, które w każdej chwili mogą trzasnąć jak napięta żyłka na ryby. Jeżeli ma się pecha, to wystarczy gwałtowny ruch z dużym ciężarem, albo po prostu skok przez kałużę i… koniec kariery. Naderwanie ścięgna wymaga szycia chirurgicznego, potem trzeba przeżyć dwuletni okres rekonwalescencji, a na „klejonym” ścięgnie mięsień już nigdy nie urośnie do rozmiarów sprzed kontuzji.

Koks sprawia, że podnosimy ciężary większe, ponieważ mięsień rośnie, a tak naprawdę – puchnie! Jest to satysfakcja bardzo ulotna, ponieważ „dobroczynność” sterydów kończy się na mięśniach. Gdyby za sprawą tychże sterydów powiększały się również ścięgna, należałoby błogosławić naukowców za cud, jakiego dokonali, ofiarowując światu rewelacyjne leki. Niestety, tak nie jest. Ponieważ koksu nie da się stosować non stop, więc gdy już woda z nas wyparuje, a „opuchlina mięśniowa” opadnie, dopiero wtedy odczujemy, co w międzyczasie stało się z naszymi stawami, które do tej pory były sztucznie chronione przed kontuzją.

Różne są sposoby na częściową przynajmniej regenerację stawów. Najczęściej stosuje się „smarowidła”. Jaki jest efekt ich działania, najlepiej wiedzą ci, którzy je stosowali. Polecam jeszcze inną metodę: bierzemy lekką sztangę, tak lekką, aby ćwiczenie nie sprawiało bólu i wykonujemy 30-35 ruchów w jednej serii, potem odpoczywamy i powtarzamy jeszcze w 6-8 seriach. Chodzi mianowicie o silne ukrwienie okolicy stawu, co z czasem może przyczynić się do polepszenia jego funkcjonalności. Wykonujemy zatem wszystkie inne ćwiczenia, przy których nie odczuwamy żadnych dolegliwości, natomiast np. bolące barki leczymy w ten sposób, że wyciskamy (zależnie od możliwości) sam gryf lub 30 czy 40 kg odpowiednio długo i dokładnie w jednej serii. Po prostu pompujemy krew do miejsca, które boli. W przypadku kontuzji kolan będzie to wyprost i zginanie lekko obciążonych nóg w siadzie. Przerywamy ćwiczenie, gdy już prawie nie potrafimy wyprostować nóg mimo lekkiego obciążenia, odpoczywamy i jedziemy od początku. Ciężar można zwiększać, ale gdy tylko odczujemy najmniejszy ból, natychmiast przerywamy ćwiczenie, zdejmujemy nadmiar obciążenia i ćwiczymy od nowa. Wymaga to dużej cierpliwości, ale – alternatywa polega głównie na wstrzykiwaniu hydrokortizonu bezpośrednio do stawu, co naprawdę nie sprawia takiej radości, jakiej by człowiek sobie życzył. Takim ‚dopompowanym” stawom trzeba potem zapewnić ciepło, a więc mycie w gorącej wodzie i odpowiednie ubranie. Jeżeli nasze stawy nie są zbyt mocno zrujnowane niewłaściwym treningiem, to po miesiącu ból ustąpi i możemy nawet ćwiczyć od nowa przysiady. Stanisław Matysiak

Artykuł ukazał się w „Kulturystyce i Fitness” Nr 3/1997. © Copyright by Wydawnictwo KiF.

Komentarze: