Doktor Wyrostek radzi

Sportowcy oraz osoby ciężko pracujące, a także ci wszyscy, którzy funkcjonują w warunkach znacznego stresu muszą mieć świadomość, że w ich organizmach wytwarza się więcej toksyn podczas naturalnego procesu przemiany energii i materii niż u ludzi, którzy wiodą spokojny żywot. Aby się o tym przekonać, wystarczy nie spożywać płynów podczas ciężkiego oraz wyczerpującego treningu i oddać potem mocz. Nietrudno zauważyć, że mocz stracił swoją przejrzystość, jest ciemniejszy i gęściejszy niż zwykle. To efekt nagromadzenia się toksyn, które w sprzyjających warunkach mogą spowodować stany zapalne. Najpierw w nerkach, a później w innych częściach organizmu.

Jeżeli taki trening „na sucho” przydarzy nam się kilka razy, a mamy po 20 lat, nic nam nie grozi, bo w tym wieku przemiana materii jest szybka i toksyny natrafiają na mocną barierę immunologiczną. U trzydziestolatków już metabolizm jest wolniejszy, a to powoduje, że toksyny mogą szukać miejsca do zalegania.

Płyny są więc konieczne chociażby po to, aby przyspieszyć przepływ i wydalanie toksyn. Sama woda jednak nie likwiduje problemu. Potrzebne jest wsparcie ze strony witamin i minerałów. Zapewne każdy wie, że witaminy A, C i E stanowią grupę o właściwościach oksydoredukcyjnych czyli antyutleniających, a więc nie dopuszczających do uaktywnienia się tak zwanych wolnych rodników, które mogą rozsiewać ogniska zapalne. Taką samą funkcję pełni selen oraz – w mniejszym stopniu – cynk i magnez. W jednym z poprzednich numerów zwracaliśmy uwagę naszym Czytelnikom, aby przed treningiem zażywali kapsułkę witaminy E /koniecznie z niewielką porcją bułki z masłem, bo witamina ta rozpuszcza się w tłuszczu, która ograniczy rozwój toksyn i tym samym ograniczy również możliwości zatruwania organizmu. Przecież kontuzje, jakich nabywamy dźwigając tylko umiarkowane ciężary po dobrej rozgrzewce to efekt niezabezpieczonego organizmu. Wytworzyły się toksyny, które kierowały się właśnie do tych stawów, które najmocniej były obciążone, a ponieważ zawodnik nie wziął przed treningiem witaminy E, więc podczas wysiłku jego podatność na kontuzję gwałtownie wzrosła. A wszystko to bierze się z racji nadmiaru toksyn, które gromadzą się właśnie podczas wysiłku.

Bardzo istotnym antyutleniaczem, zresztą często niedocenianym jest koenzym Q-10. Niestety, jego wadą jest cena. Jedno opakowanie kosztuje 32 złote i wystarczy tylko na dwa tygodnie. Zalety koenzymu mają jednak wartość o wiele większą. Kobiety zaś, niekoniecznie ćwiczące, powinny potraktować go jako obowiązkowy suplement „reperujący” urodę.

Koenzym Q-10 jest stymulatorem pracy serca, wątroby i nerek. Praktycznie rzecz biorąc, oznacza to, że ma on wpływ na prawidłowość układu krążenia, przemiany materii, układu odpornościowego oraz – co istotne dla osób uprawiających sport – wpływ na regenerację tkanek po wyczerpującym treningu.

O znaczeniu koenzymu Q-10 najlepiej świadczy fakt, że w ubiegłym roku powstało Międzynarodowe Towarzystwo Koenzymu Q-10. Już na pierwszej sesji naukowcy podzielili się swoimi doświadczeniami, z których wynika, że jest to „przedłużacz młodości”. Nawet pacjenci, u których dokonano przeszczepu serca, żyli o kilka lat dłużej gdy brali koenzym niż odpowiednia grupa kontrolna, która enzymu nie brała.

Dotychczas twierdzono, że najsilniejszym strażnikiem życia oraz regeneratorem komórek jest witamina E. Okazało się, że koenzym Q-10 działa jeszcze skuteczniej.

Mechanizm oddziaływania tego suplementu na komórki organizmu jest podobny do funkcji, jaką spełnia witamina E, ale jest to jednak suplement typu prolongatum, czyli że ma przedłużone działanie. W organizmie przebywa przez dwie doby.

Jak wykorzystać go praktycznie, aby utrzymywać stałe i wysokie jego stężenie? Wystarczy zażywać go raz na dobę, najlepiej po jedzeniu, bo wtedy wszystkie suplementy wchłaniają się najkorzystniej. Wprawdzie minimalne ilości koenzymu Q-10 jest w stanie wchłonąć nasz organizm z pożywienia, ale taka dawka nie gwarantuje nam pełnego nasycenia. Osoby nie uprawiające sportu powinny przyjmować dzienną dawkę w wysokości 30 miligramów. Dawka sportowa wynosi już 90 mg i to jest granica, której nie ma sensu przekraczać. Raz, że drogo, a dwa – że wchłania się go tyle, ile się zużyje. Przyjmuje się, że sportowiec zużywa koenzym Q-10 w dawce 60 miligramów. Jeżeli zatem przyjmiemy 30 mg więcej, to utrzymamy jego stały wysoki poziom.

Na początku trzeba jednak przyzwyczaić organizm do tego środka. Zaczynamy więc od jednej tabletki dziennie, po kilku dniach bierzemy dwie, a jeżeli nie będzie żadnych zaburzeń jelitowych, przechodzimy na dawkę trzech tabletek dziennie i trzymamy się już tej dawki na stałe.

Z góry zaznaczam, że skutki działania tego suplementu, które mogą objawić się pod różnymi postaciami, obserwuje się nie od razu, bo nie jest to tabletka od bólu głowy. Z doświadczeń naukowców wynika, że mechanizm wpływania koenzymu na różne procesy organiczne zaczyna się po dwóch miesiącach suplementacji. Można go łączyć z innymi suplementami, co w efekcie powoduje synergistyczne działanie utrwalające regenerację tkanek.

W miarę możliwości finansowych należałoby zadbać, aby koenzym Q-10 był spożywany cały czas. Jedynie podczas wakacji można pozwolić sobie na zmniejszenie dawki do 30 miligramów.

Porady na kłopoty okolicznosciowe

Nadkwaśność żołądka

Na czczo pijemy codziennie pół szklanki letniej wody z rozpuszczoną łyżeczką miodu. Pamiętajmy, że woda nie powinna być zbyt ciepła, bo wtedy zneutralizowane zostanie lecznicze działanie miodu. Taka sam dawka obowiązuje przed snem.

Czynnikiem leczniczym w razie nadkwaśności jest między innymi sok z cytryny. Proszę mi wierzyć – sok z cytryny jest kwaśny, ale w ustroju działa alkalizująco! I to jest jedyna odpowiedź na czyjeś marudzenie, że „jak można brać coś kwaśnego na nadkwasotę.” Otóż cytrynę można i trzeba.

Olej w użyciu codziennym

Pamiętajmy o tym, że jeżeli spożywamy śledzia w oleju, naleśniki smażymy na oleju, sałatkę zakrapiamy olejem, to tenże olej wymusza na naszym organizmie suplementację witaminą E, ponieważ wybiera ją nam z wątroby.

Wrzody żołądka

Nie wolno zapominać, że w końcu lat osiemdziesiątych zmieniła się radykalnie terapia wrzodów żołądka. Było dotychczas, że przyczyną wrzodów trawiennych są stresy i kwaśna wydzielina żołądka. Dziesięć lat temu taką teorię włożono między bajki. Całkowitą odpowiedzialność za wrzody i nadżerki ponosi bakteria o nazwie Helicobacter pylori. Oblicza się, że 95 procent chorych z wrzodem dwunastnicy i 75 procent z wrzodem żołądka to ofiary tej bakterii. Pozostałe „procenty” uległy chorobie na skutek zażywania niesterydowych leków przeciwzapalnych, do których należy m. in. aspiryna.

Krótko mówiąc, łykanie tabletek hamujących wydzielanie kwasu żołądkowego oraz dieta związana z tą sytuacją była błędem! Chorym na wrzody należała się terapia przeciwbakteryjna, czyli antybiotykowa! Oczywiście leki hamujące wydzielanie żołądkowe podnosiły skuteczność antybiotyków, ale przecież lekiem z wyboru jest właśnie antybiotyk.

Według statystyk aż 50 procent dwudziestolatków i 90 procent sześćdziesięciolatków nosi w sobie Helicobacter pylori. Jest to choroba brudnych rąk, a więc do infekcji dochodzi stosunkowo łatwo. Problem w tym, czy bakteria ujawni swoją aktywność, czy też nie. Objawy zasadnicze to: ból brzucha po jedzeniu, czasem w nocy, zgaga, kwaśne odbijanie, nudności niestrawność i wymioty.

Wzdęcia brzucha po jedzeniu lub piciu – Jeżeli coś takiego się zdarza, warto zaopatrzyć się w aptece lub w sklepie zielarskim w herbatkę z ziela krwawnika. Mimo że skuteczność działania ziół objawia się zazwyczaj dopiero po dłuższym okresie czasu, każdy będzie miał okazję przekonać się, jak zaraz po wypiciu szklanki herbatki z krwawnika dochodzi do minimalizacji wzdęcia.

Pamiętajmy, że szybkie likwidowanie różnych objawów niestrawności jest dla sportowców obowiązkowe, gdyż w przeciwnym wypadku mogą nie wchłaniać się suplementy, które przecież każdy z nas przyjmuje, aby utrzymać się w dobrej formie. Jeżeli niestrawność utrzymuje się przez kilka dni, wówczas lepiej jest zrezygnować na jakiś czas z przyjmowania mikroelementów, zażywać jedynie drożdże piwne pod nazwą Lewitan oraz pałeczki kwasu mlekowego pod nazwą Lacidofil (cena przystępna – bez recepty).

Artykuł ukazał się w „Kulturystyce i Fitness” Nr 2/1999. © Copyright by Wydawnictwo KiF.

Komentarze: