Jest sposób na żylaki! U nas go jeszcze nie znają!

Nie dodają nam uroku, a naszym paniom psują humor przy każdej okazji. Występują na łydkach, na udach i pod kolanami. Początkowo odczuwamy je tylko jako plamy na urodzie, z czasem zaczynają sprawiać ból. Najpierw są to tylko zgrubiałe, jasnoniebieskie sznureczki podskórne, po pewnym czasie mogą zamienić się w wyraźne sploty żył. Widać je najlepiej, gdy stoimy lub siedzimy z opuszczonymi nisko nogami. Gdy nogi uniesiemy do góry – chowają się. To właśnie za sprawą splotów żylnych, określanych popularnie żylakami, cierpimy na bóle, obrzęki, pieczenie, mrowienie, a nawet na nocne skurcze nóg.

Skąd bierze się ta dotkliwość? Niewątpliwą przyczyną są skłonności dziedziczne, ale również zaburzenia układu krążenia. Kobiety mają większego pecha. Chorują trzy razy częściej niż mężczyźni.

„Na terenie” naszych nóg znajdują się żyły głębokie i podskórne. Między nimi występują żyły łączące, tzw. performatory, wyposażone w specjalne zastawki, regulujące dopływ krwi. I właśnie te zastawki mogą sprawiać kłopot. Gdy zostaną uszkodzone, nadmiar krwi z żył głębokich przechodzi do żył podskórnych, które nie wytrzymują „powodzi”, rozciągają się, wiotczeją, wyginają, tracą sprężystość. Końcowy efekt takiego niekontrolowanego dopływu krwi to zapalenie żył i krwawienie. O efektach natury estetycznej nie warto nawet szerzej wspominać. Jak to wygląda – każdy widzi.

Co aktualnie robi się w kraju, aby dolegliwość ustąpiła lub przynajmniej była mniej odczuwalna? Stosuje się różne maści w rodzaju Rutovenu, Venescinu, Veno-żelu itp. Najskuteczniejszym wydaje się być Hirudoid, który jednak nie likwiduje kłopotu.

Metodą bardziej skuteczną jest leczenie chirurgiczne, polegające na wycięciu uszkodzonego przewodu żylnego. Obecnie coraz częściej stosuje się krioterapię, czyli zamrażanie żylaka ciekłym azotem. Są to metody inwazyjne, dość uciążliwe. Stosuje się również technikę laserową. Koszt takiego zabiegu przekracza 2 tysiące złotych i również nie ma pełnej gwarancji, że po pewnym czasie kłopot nie odnowi się. Oczywiście, ruch, ćwiczenia fizyczne, spanie z nogami uniesionymi do góry, unikanie stania w miejscu to elementy sprzyjające utrwaleniu się korzystnych efektów operacji, bo nie dochodzi wtedy do zastojów krwi żylnej. Wszystkie te metody zapewne można, a nawet trzeba stosować, ale warto przynajmniej wiedzieć o czymś, co zrewolucjonizowało pogląd na leczenie żylaków za niedaleką granicą.

Lek nazywa się Aethoxysklerol. Jest to tylko nazwa handlowa. Substancja aktywna to polidokanol.

Będąc w ubiegłym roku na wakacjach w południowej Szwecji, przeczytałem w gazecie artykuł o bezinwazyjnej metodzie leczenia żylaków. Autor pisał w taki sposób, jakby od razu dawał gwarancję pełnego wyleczenia tej dolegliwości. Wyrażał się bardzo lapidarnie, ot, zastosuje się co trzeba i po kłopocie! Pod artykułem widniał anons lekarza, który akurat zajmuje się likwidowaniem kłopotu. W pierwszej chwili potraktowałem informację jak któryś z rzędu cudowny lek na porost włosów, ale ponieważ byłem w gronie kilku Polek, spośród których jedna miała rzucające się w oczy „węzełki” na nogach, przetłumaczyłem tekst na język bardziej zrozumiały.

Bożena postanowiła zaryzykować. Zadzwoniliśmy pod wskazany numer telefonu w nadmorskim miasteczku Ahus. Zgłosiła się sekretarka, która, niestety, powiedziała, że terminy przyjęć są bardzo odległe, bo do doktora ustawiła się już duża kolejka. Poradziła, aby podjechać do szpitala dziennego w Kristianstad, bo tam również robią tego rodzaju zabiegi i to wcale nie od dziś.

Pojechaliśmy do Kristianstad. I znowu pech. W okresie wakacyjnym można liczyć tylko na kardiologa lub chirurga, natomiast wszyscy inni są na urlopach, a w ogóle to i tak trzeba było zgłosić się tydzień wcześniej, zanim pacjent zostanie wpisany na listę.

W tej sytuacji zadzwoniłem znowu do Ahus. Tym razem trafiłem od razu na lekarza. Pogadaliśmy jak Polak ze Szwedem. Dogadaliśmy się. W dwa dni później złożyliśmy wizytę. Miała kosztować 300 koron, czyli nawet niedużo jak na szwedzkie ceny. Doktor Kullander obejrzał rzucające się „węzełki” na nogach Bożeny, stwierdził od razu, że to drobnostka, mimo że drobnostkę widać było już z odległości 30 metrów i – wyjął strzykawkę.

– Zobacz, jak ja to robię – zwrócił się do mnie – bo w tydzień później dasz jej następny zastrzyk sam. To bardzo proste. Nawet przymulony narkoman trafi cienką igłą w taką „harmonijkę”.

Zrobił zastrzyk bezpośrednio do zygzakowatej żyły, obwiązał dość mocno nogę bandażem i wypisał receptę na ten sam lek, tyle że na pełne opakowanie. Nie trzeba było ani leżeć, ani nawet odpoczywać.

– Może później zaboleć, może spuchnąć, ale to nie powód do paniki – poinformował na zakończenie.

Za wizytę nie wziął ani grosza, potraktował nas jak swoich gości, co nas mocno zaskoczyło, bo Szwedzi na ogół umieją liczyć. Bożena odwdzięczyła się prezentem made in Poland, jaki Szwedzi najbardziej sobie cenią i poszliśmy do apteki, gdzie już trzeba było wydać około 400 koron.

Po przyjeździe do kraju okazało się, że nasi specjaliści nie słyszeli o polidokanolu. Nazwy tej nie ma nawet w najnowszym tomie „Leków współczesnej terapii”. Nie prowadzono żadnych doświadczeń, a urzędnik Ministerstwa Zdrowia, zajmujący się importem leków poinformował, że polidokanol jest u nich na indeksie. Ma to być lek nardzo niebezpieczny, mogący spowodować błyskawiczną śmierć, jeżeli dostanie się do tętnicy.

Gdy nieostrożnie przypomniałem, że jeżeliby te wszystkie świństwa, które wstrzykują sobie dożylnie narkomani, dostały się do tętnic (które notabene leżą bardzo głęboko), to dzisiaj nie byłoby już w Polsce problemu narkomanii, sympatyczny urzędnik przypomniał sobie, że właśnie ma pilną robotę w biurze.

Uprzejmie rozstaliśmy się, a polidokanolu jak nie było, tak nie ma. Jest w Skandynawii i w Niemczech. W pozostałych krajach Europy nie stosuje się go. Piszę o tym wszystkim dopiero teraz, bo chciałem mieć pewność, jak polidokanol naprawdę działa.

No cóż? Wszystkie „węzełki” poznikały, nogi zrobiły się tak gładkie, jakby nigdy nie było na nich żylaków.

Początkowo były trudności, bo lekarze różnych specjalizacji straszyli Bożenę jak tylko mogli. Twierdzili, że lek jest niepewny, niedobry, ryzykowny dla zdrowia. Gdyby było inaczej, nasi dawno by dokonali importu.

Tylko raz na dziesięć zastrzyków zrobił się kłopot. Noga zareagowała dużym obrzękiem. Bożena poluźniła opatrunek, smarowała co godzinę Hirudoidem i na drugi dzień było już po kłopocie.

Z opracowań badaczy szwedzkich, jakie wpadły mi w ręce, dowiedziałem się, że polidokanol został uznany za najbardziej odpowiednią substancję do leczenia żył podskórnych (zresztą łącznie z hemoroidami). Kliniczne studia prowadzono przez kilka lat. W naczyniach żylnych polidokanol działa selektywnie. Wychwytuje fragmenty ścianek, które dawno już utraciły elastyczność. Lek sprawia, że zwiotczałe ścianki naczyń, które zdążyły ukształtować się w różne zygzaki, nabierają jędrności, wraca ich pierwotny kształt i sprężystość.

Według instrukcji polidokanol powinien być podawany wyłącznie przez personel szpitalny. Oprócz samego wstrzyknięcia w chorą żyłę ważne jest bowiem uciśnięcie i dość mocne zabandażowanie nogi na dwa dni, aby sprowokować naczynie do pracy w nowym kształcie. Praktyka pokazuje, że personel szpitalny nie jest zawsze konieczny. Polidokanol zyskał sobie opinię leku dość bezpiecznego. Gdy trafi się reakcja zapalna, poleca się zastosowanie tabletek Brufenu lub Naproxenu, a w wyjątkowych wypadkach przez kilka dni antybiotyku.

Czas wyleczenia obliczono na 2-6 miesięcy. Aby przyspieszyć pozytywny efekt, powinno się zastosować leczenie dodatkowe przy pomocy maści Hirudoid.

Ponieważ wciąż nie wiadomo, kiedy polidokanol zostanie „zwolniony z indeksu” i zawita do powszechnego użytku w Polsce, podaję adres, który ewentualnie można wykorzystać podczas wakacji: Dr Nils Kullander, Koepmannagatan 44 A, 296 31 Ahus, Sweden. Tel. 0-o46 44 24 39 61, fax 0-046 44 24 19 70.

Doktor Kullander przyjmie pacjentów z zagranicy pod warunkiem, że zgłoszenie nastąpi przynajmniej 6 tygodni przed planowaną wizytą. Jeżeli ktoś nie zdąży ustawić się w kolejce, zawsze jest szansa na leczenie ambulatoryjne w szpitalach. Koszt ten sam – około 250-300 koron za wizytę. Na pojedyncze żylaki wystarczy jeden lub dwa zastrzyki, a więc będzie to kuracja prawie kosmetyczna.

Jak już wspomniałem, możliwość kuracji polidokanolem istnieje również w Niemczech. Należy kontaktować się bezpośrednio ze szpitalami lub poczytać ogłoszenia lekarskie w niemieckich gazetach.

Mirosław Prandota

Artykuł ukazał się w „Kulturystyce i Fitness” Nr 4/1999. © Copyright by Wydawnictwo KiF.

Komentarze: